|

|
|


|
09.10.2003 Późnym wieczorem dolatujemy do
Rangunu. Przez odprawę przechodzimy bez żadnych problemów. Prawdą
okazują się dobre wieści przeczytane wcześniej w Internecie - nie ma
już obowiązkowej wymiany. Bierzemy taksówkę za 3$ ( 1$ od osoby ) do
centrum, do znalezionego w przewodniku Mahabandoola Guest House .
Za pokój trzyosobowy będziemy płacić 3$/od osoby za noc. Nasz taksówkarz
jest trochę antyrządowy, zadziwia nas wiedzą o Polsce. W hotelu
chcemy wymienić pieniądze, ale okazuje się, że recepcjonista nie ma tylu kyatów
(
"czatów" -waluta w Birmie ). Abyśmy mieli za co zjeść pożycza
nam po 1000 Ky ( 1 $=900 Ky ). Wychodzimy na wieczorną przechadzkę.
Jedzenie na ulicy kosztuje 200-600 Ky, miejscowe picie 100 Ky. Po powrocie
do hotelu pijemy kupioną na lotnisku whisky, a potem wychodzimy oglądać
"Rangun by night". Przed 22 wszystko jest już pozamykane, przed
ratuszem rozstawione zasieki, a niektóre ulice są zamknięte dla pojazdów.
Trochę popijamy na ulicy, rozmawiamy ze sobą i z miejscowymi ( głównie
czekającymi taksówkarzami ). Mamy wrażenie, że gdy tylko odchodziliśmy,
do naszych rozmówców podeszli jacyś policjanci.
10.10.2003 Gdy już wstaniemy, oddajemy nasze rzeczy do prania. Płacimy
50-100 Ky za każdą rzecz. Idziemy na śniadanie do restauracji "Mandarin"
- za kurczaka w sosie słodko kwaśnym + napój płacimy około 1500 Ky.
Zwiedzamy Sule Paya
( bezpłatnie ) i pobliski park
miejski
( niewielka opłata ). Obserwujemy
modlących się ludzi. Potem idziemy do największej i najsławniejszej stupy "Schwedagon Paya". Akurat trwa festiwal pełni księżyca
- wszędzie krążą ogromne tłumy ludzi. Jednak i tak zostajemy wyłuskani
z tłumu i musimy zapłacić za wstęp 5$. Dodatkowo chcą ode mnie 3$ za
robienie zdjęć. Podobno dlatego, że święto ( normalnie takiej opłaty
nie ma ). W końcu daję 1$ "na odczepnego", ale chyba i tak było
to oszustwo. Janek decyduje się zatrudnić przewodniczkę, ja wole
sobie pochodzić sam. Obserwuję zapalanie świeczek, polewanie posągów
wodą, składanie kwiatów w ofierze, chodzenie wokół stupy ( zgodnie z
ruchem wskazówek zegara ). Jest niesamowicie, zwłaszcza po zachodzie słońca,
gdy zaczynają się śpiewy mnichów buddyjskich. Mam okazje posiedzieć i
porozmawiać z Birmańczykami, w tym z kilkoma
mnichami. Podobno uroczystości
trwają do 21, jednak zmęczeni wychodzimy wcześniej i taksówką wracamy
w okolice hotelu ( 1000 Ky ). Jemy kolację w położonej w pobliżu
hotelu restauracji ( trochę tańszej i serwującej naprawdę dobre
jedzenie ). Potem włóczymy się trochę po mieście, min. zachodzimy na
piwo do "ABC Country pub" ( 700 Ky za beczkowego Tigera
). Wieczorem w naszym pokoju jest bardzo parno, ciężko jest zasnąć.
Następnego dnia wstajemy dość późno, jemy śniadanie w poznanej
wczoraj "Okinawa Restaurant" ( ryba w sosie słodko kwaśnym 950
Ky ). Idziemy kupić bilety autobusowe. Na początku udajemy się w
przeciwną stronę niż potrzeba, ale przynajmniej udaje się nam
zobaczyć inny kawałek miasta. Wreszcie docieramy w okolice stadionu
miejskiego, tam mieszczą się biura sprzedające bilety. Najpierw
wymieniamy pieniądze - po kursie 900 Ky/1$ ( ale tylko za banknoty 100$,
za mniejsze niższy kurs ). Dostaję za moje 150$ całkiem pokaźną stertę
miejscowych pieniędzy. Chcemy kupić bilety do Mandalay, ale są dopiero
za 2 dni. W końcu postanawiamy jechać nad jezioro Inle następnego dnia.
Podobno trwa tam jakiś festiwal. Bilet kosztuje 9 000 Ky/osobę. Próbują
wydębić od nas jakieś "prezenty", ale nic nie dajemy.
Wracamy do miasta, oglądając po drodze całkiem ładny dworzec kolejowy.
Rozdzielamy się - ja chcę iść na pocztę i znaleźć jakiś dostęp do
sieci. Poczta jest zamknięta, a w nielicznych kafejkach można tylko wysyłać
maile. Dowiaduję się jednak, że w "Dagon Plaza" jest normalny
dostęp do sieci. Jadę tam taksówką ( 1200 Ky ). Trafiam do typowego
centrum handlowego w rodzaju warszawskiej "Promenady". Jest i Internet
- minimalny czas korzystania to godzina, potem taryfikacja co 15
min, kosztuje to 1200 Ky/h. Aby skorzystać muszę się zarejestrować, wypełnić
formularz, okazać paszport i dać sobie zeskanować odcisk palca. Dostęp do
hotmail.com i yahoo.com jest zablokowany, ale dostęp do polskich portali
w miarę dobry. Wracam taksówką za 1000 Ky i trochę się spóźniam,
muszę szukać moich kolegów. Ddy ich odnajduję, okazuje się, że jest z nimi
razem Damian - chłopak z Warszawy, podróżujący samotnie. Poleca
nam fajny hotelik "Garden", znajdujący niedaleko tego, który
dotychczas zajmowaliśmy ( rządowy, więc nieobecny w przewodniku LP ).
Koledzy zdążyli mnie już tam przekwaterować - za 4$/osoby jest całkiem
fajna jedynka. Zostawiam moje rzeczy. Postanawiamy pojechać nad jezioro Inley,
położone na północy miasta. Podobno coś tam się dzieje z okazji święta.
Jedziemy autobusem i minibusem ( po 20 Ky ) na miejsce. Miejscowa młodzież
puszcza latawce sklejone z plastikowych worków, z zapalonym ogniem w środku,
sztuczne ognie, rzucają petardy. Święcące latawce przepięknie wyglądają.
Wszystko w bardzo miłej atmosferze, żadnych ekscesów. Chodzimy, oglądamy,
trochę rozmawiamy. Po powrocie w okolice naszego hotelu idziemy jeszcze
do "ABC Country pub". Wczoraj myśleliśmy, że są tam
występy karaoke, ale okazuje się, że to jednak występuje miejscowy
zespół rockowy. Ubrani całkowicie po europejsku, niektórzy nawet śpiewają
całkiem fajnie. Tak nam się podoba, że robimy zdjęcia. Cały
lokal jest pełen miejscowej elity ... Gdy wracamy do hotelu, mamy okazję
obserwować miejscowe dzieciaki grające w klapkach na ulicy w piłkę w
środku nocy.
12.10.2003. Po śniadaniu w "Okinawa Restaurant" pakujemy
się ( bez światła - planowe wyłączenie ) i jedziemy do biura
autobusowego. Tam czekamy, aż około godziny 11 zabierają nas półciężarówką
z siedzeniami na dworzec autobusowy. Oddajemy bagaże do luku ( za
pokwitowaniem ) i usadawiamy się w autobusie. Jest on całkiem wygodny,
dostajemy chusteczki odświeżające, wodę do picia, działa klimatyzacja
( choć mało wydajnie ). Po drodze mamy kilka postojów ( picie 100 Ky,
banany 100 Ky/sztuka ). W autobusie jadą też jacyś inni biali ( chyba
Rosjanie ). |
|
|
Następnego dnia około 5:00 docieramy do Toungyi. Za 2000 Ky bierzemy taksówkę
do Nyaungshwe ( około 30 minut ). Tam zatrzymujemy się w hoteliku
"Nawng Khan" ( "Little Inn") za 4$/dzień/osobę
( dwójka
i jedynka ). Okazuje się, że właśnie trwają uroczystości, które
warto zobaczyć. Szybko decydujemy się popłynąć łódką za 6000
Ky. Oglądamy procesję
płynącą z figura Buddy do świątyni. Małe łodzie
ciągną dużą, gdzie obok figury zasiada dostojny mnich. Wszędzie sporo
policji. Na łodziach ludzie ubrani w tradycyjne stroje , dziewczęta tańczą. Na zakończenie uroczystości są
wyścigi łodzi
( mężczyźni wiosłują nogami ) . Ma chwilę wysiadamy niedaleko pagody (
musimy zdjąć buty ) i zwiedzamy ją. Cały czas podpływają do nas
sprzedawcy różnych pamiątek ( ja kupuję fajki do opium - dwie za 5000
Ky i nóż za 10$, ale chyba przepłaciłem ). Nie chcemy płynąc do
fabryki jedwabiu i wracamy do hotelu. Tu trochę śpimy, oddaję rzeczy do
prania ( od 100 Ky za sztukę do 200 Ky za spodnie ). Potem jemy obiad (
1200 Ky za kurczaka w sosie słodko- kwaśnym, 200 Ky ryż i 300 Ky
piwo ) . Trochę chodzimy po wiosce, pijemy kawę itd. Wracamy do
hotelu i idziemy spać. Następnego dnia wstajemy dość wcześnie, około
7:00 jemy śniadanie ( jajka itp. ), a o 7:30 wyruszamy na całodniową
przejażdżkę łódką ( 7000 Ky ). Najpierw płyniemy kanałami na targ.
Jest tam całkiem ciekawie, dużo ludzi. Potem pływamy po
jeziorze. Niestety targ na wodzie jest w ten dzień nieczynny. Zwiedzamy
jakieś sklepiki ( w domach na palach oczywiście - mają nawet fajne
ubrania ). Przymierzam ładne koszule o ciekawym kroju, ale albo się
okazują za małe, albo źle na mnie leżą. Płyniemy do pagody na wzgórzu
( długie podejście, ale zadaszone ), a potem do przepięknego
"cichego klasztoru". Deszcz, z początku niewielki, przemienia
się w porządna ulewę. Na obiad podpływamy do "Golden Lion".
Jem kurczaka po birmańsku z curry ( całkiem dobry, 850 Ky + 150 Ky za
napój ). Koledzy niestety muszą zapłacić sporo więcej, bo źle
dogadali się z obsługą co do cen i porcji. Robi się ładna pogoda, możemy
zrobić parę ładnych zdjęć ( nasz "kapitan" bardzo nam
pomaga manewrując łódką ). Około czwartej wracamy do przystani.
Dajemy napiwek naszemu "kapitanowi". Wracamy do hotelu.
Rozmawiamy z innymi podróżnikami i "managerem" naszego hotelu
( mniej turystów, kiepska sytuacja polityczna ). Dowiadujemy się, że
zmarł najważniejszy mnich w kraju i właśnie odbywają się modlitwy za niego.
Kupujemy bilety autobusowe do Mandalay ( 5500 Ky ) i zamawiamy taksówkę,
która podwiezie nas do autobusu ( 3500 Ky ). |
|

|
15.10.2003 Wstajemy o 4:00 rano, zabieramy nasze pranie i jedziemy
taksówką do skrzyżowania. Tam czekamy na nasz autobus, który przyjeżdża
o 5:20. Jest to właściwie minibus, zapakowany maksymalnie. Jedzie trochę
turystów, siedzenia są małe, wokół nas leżą wszelakie worki i
skrzynie. Po drodze mamy parę postojów. Droga najpierw wiedzie przez góry
( jest dość chłodno ), a potem zjeżdża w dół ( mogę zdjąć polar
). Gdy wyjeżdżamy na równinę droga jest bardzo kiepskiej jakości, pełna
dziur. Na rogatkach miasta przechodzimy kontrolę policyjną- musimy wysiąść
i pokazać paszporty. W Mandalay jedziemy z poznanym w czasie podróży
Niemcem do hotelu "ET" ( 1800 Ky ). Tam negocjujemy 6$ za dwójkę
i 4$ za jedynkę bez klimatyzacji ( nasz znajomy bierze z klimatyzacją -
kosztują odpowiednio 8$ i 5 $ ). W cenę wliczone jest śniadanie. Po kąpieli
i krótkim odpoczynku idziemy coś zjeść do Mann Restaurant ( 800 Ky
niezbyt duża porcja kurczaka, 150 Ky ryż, 1200 Ky duże piwo Myanmar ).
Postanawiamy pójść na opisywane w przewodniku przedstawienie braci
Moustache. Po drodze na chwilę wstępujemy do baru na piwo z beczki ( 300 Ky ).
Przedstawienie to tradycyjne tańce, opowieści, dowcipy ( w tym
polityczne ). Bracia za swoje dowcipy spędzili 7 lat w obozie pracy,
obecnie mają zakaz występów publicznych i podróżowania po kraju z
tradycyjnymi przedstawieniami, żyją z przedstawień dla turystów. Jest ciekawie, choć widać,
że czas robi swoje. Koszt to 2000 Ky i ewentualne
datki. Wracamy do hotelu. Decydujemy się pojechać z Niemcem na objazd
miasta i okolic z przewodnikiem. Jesteśmy umówieni na 8:00 - idziemy spać.
Wstajemy rano, jemy śniadanie ( jajka ). Nasz kierowca i przewodnik
zjawia się punktualnie o 8:00. najpierw jedziemy do biura Mandalay
Airways
( potrzeba naszego znajomego ). Słuchamy opowieści o życiu w Birmie
- brat naszego przewodnika niedawno wyszedł z więzienia, gdzie
odsiedział 13 lat za udział w buncie studentów. Zwiedzanie rozpoczynamy
od Shwe in Bin Kyang - monastyru z drewna tekowego, następnie
odwiedzamy Mahamuni Paya - pagodę ze świętym złotym posągiem
Buddy i khmerskimi figurami zrabowanymi przed wiekami. Potem jedziemy do Amarapury - jednego ze starożytnych miast, dawnych
stolic królestwa Birmy. Wchodzimy na pagodę Pahtodawgyi (
ja niestety wywracam się w kałużę ). Odwiedzamy klasztor
buddyjski, gdzie mamy okazje obserwować przekazywanie ryżu
niewykorzystanego przez mnichów dla biednych. Potem jedziemy przez
zbudowany przez Bytyjczyków Ava Bridge i dojeżdżamy do Sagaing
( bilet za 3$ ważny też w Mingun ). Po drodze przystajemy
na krótki postój przy drewnianym moście U Bein`s ( sprzedaż różnorakich
pamiątek, w tym naszyjników z pestek arbuza ). W Sagaing jemy
smaczny obiad ( kawałki kurczaka ). Potem wchodzimy na Sagaing Hill.
Znajduje się tam Umin Thounzeh, czyli 30 jaskiń, gdzie można
podziwiać posągi Buddy w półkolistej świątyni, inskrypcje z
nazwiskami i adresami fundatorów ( dla duchów zmarłych ). Następnie
odwiedzamy Soon U Ponya Shin Paya, gdzie podziwiamy ogromne posągi
Buddy, oraz ciekawe przedstawienia go jako królika i żabę ( są to dużych
rozmiarów pudełka na ofiary pieniężne ). Wracamy znowu przez Ava
Bridge, do miasta Inwa ( Ava). Przepływamy łódką
( w sumie 500 Ky ) przez odnogę rzeki, aby dostać się do starożytnej
wieży Nanmyin. Nie zwiedzamy innych zabytków po drodze, bo wstęp
kosztuje 3$. Do wieży można podjechać bryczką, ale my wolimy
sobie podejść. Towarzyszy nam bardzo miła dziewczynka - nie mówi, nie
słyszy, jej rodzice zmarli na jakąś chorobę, mieszka z babcią. Po
obejrzeniu wieży jedziemy jeszcze z powrotem do mostu U Bein`s.
Niestety zaczyna padać. Mam okazję pogadać sobie z bardzo fajną i ładną
dziewczyną, która ćwiczy swój angielski. Jest ona ciekawie umalowana
Kobiety w Birmie często malują policzki za pomocą substancji uzyskanej
ze zmielonego pewnego gatunku drzewa. Wracamy do Mandalay. Obiad w tej
samej restauracji, co poprzedniego dnia, potem piwko z beczki i ody
w Nylon Ice Creams
( bywa tam miejscowa elita, lody owocowe 350 Ky,
lassi jogurtowe 300 Ky, w miarę smaczne, ale nie rewelacyjne ). Wracamy
do hotelu, odbieramy pranie ( ja za swoje płace 1000 Ky ). Janek ma kłopoty
z zapłaceniem za pomocą lekko sklejonego banknotu - nie chcą go przyjąć.
Obserwujemy zmierzch nad Mandalay, popijając whisky na hotelowym
balkonie.
17.10. 2003. Wybieramy się do Mingun. Najpierw jedziemy
"niebieską taksówką" na przystań ( 700 Ky ). Kupujemy bilety
na łódź - 1500 Ky. Podróż przez rzekę jest bardzo przyjemna, z fajnymi
widokami. Po dotarciu na miejsce wchodzimy na największą atrakcję,
czyli niedokończoną pagodę. Choć budowla jest zrujnowana, to i tak
musimy zdjąć buty. Wchodzimy boso na szczyt po bardzo rozgrzanych cegłach,
przeskakując liczne szczeliny. Król Bodawpaya postanowił w 1790
roku zbudować ogromną świątynię ( chyba największa stupę na świecie
). Przez 29 lat, do śmierci władcy zbudowano tylko ceglaną podstawę (
około 1/3 zaplanowanej wysokości stupy ). W 1838 roku trzęsienie ziemi
bardzo poważnie ją zniszczyło, jednak nadal robi imponujące wrażenie.
Z góry rozciągają się przepiekne widoki. Po zejściu na dół
idziemy do ogromnego dzwonu ( drugi na świecie, po moskiewskim ). Nie ma
on serca, dźwięk wydobywa się uderzając w potężnym kawałkiem
drewna. Wchodzimy do jeszcze jednej pagody, skąd rozciągają się bardzo
ładne widoki. Jakieś dzieciaki chcą, abym im wymienił stare 100 zł z
Waryńskim ( chyba jakiś turysta z Polski im dał ). Wracamy na przystań
idąc wzdłuż brzegu rzeki. Niektórzy z nas coś jedzą w jednej z
restauracji. Podróż powrotna jest znacznie szybsza ( 30 minut ) i już
około 13:30 jesteśmy z powrotem w Mandalay. Ponieważ nie możemy złapać
jakiejś taniej taksówki, bierzemy riksze. Ja za przejazd do centrum
telekomunikacji płacę 400 Ky. Starszy rikszarz wywraca się na jednej z
licznych dziur i obaj leżymy ... Chcę wysłać maila do domu, ale w
jednej z kafejek liczą sobie aż 1500 Ky za jedną stronę wiadomości,
więc sobie odpuszczam. Potem idę na pocztę, wysyłam kartki ( znaczki
po 30 Ky ).Na poczcie podziwiam różne napisy w rodzaju "Jak zadowolić
klienta". Biorę za 200 Ky rikszę na targ. Niestety nie jest on zbyt
interesujący - sprzedaż typowego badziewia, głównie chińskiego. Po
pewnych poszukiwaniach udaje mi się tam znaleźć rikszę, która mnie
zawiezie do Mandalay Hill. Umawiam się na 800 Ky za podróż w
obie strony z czekaniem. Przejeżdżamy obok fortu ( podobno w środku
nie ma nic ciekawego, a wstęp jest dość drogi ). Na miejscu, aby dostać
się na szczyt trzeba wejść po wielu schodach. Po drodze mijam
niesamowite rzeźby. Na szczycie jest taras widokowy. Wcześniej mijam
tablicę upamiętniającą ciężkie walki z Japończykami w czasie II
Wojny Światowej. Chcą ode mnie
350 Ky za robienie zdjęć, ale mówię im, że nie będę robił zdjęć
i ... rzeczywiście robię je niżej. Widoki są naprawdę piękne. Wracam
na dół - za przechowanie butów płacę 200 Ky. Jadę do hotelu, robiąc
po drodze parę zdjęć Daję rikszarzowi 1000 Ky , naprawdę się chłopak
napracował. Podobno ktoś inny płacił za podobną trasę za dwie osoby
1500 Ky. Wieczorem z Jankiem, naszym niemieckim znajomym oraz Kariną (
Niemką podróżującą samotnie ) idziemy najpierw do restauracji Shan (
dobra, ale dość droga ), a potem na beczkowe piwo ( 300 Ky ). Fajnie nam
się rozmawia. Potem idę z Jankiem do urzędu telekomunikacji ( on chce
zadzwonić do domu ). Minuta rozmowy kosztuje 3,5 $, a sam urząd wygląda
jak ... typowy taki urząd w kraju trzeciego świata. Wracając do hotelu
wysyłam jeszcze maila z kawiarenki w pobliżu ( 700 Ky ).
18.10. 2003 Gdy idę rano na śniadanie dowiaduję się, że Janek
z bardzo ważnych powodów rodzinnych musi wracać do Polski. Również
Adam decyduje się wracać z nim. Czyli zostaję sam, powtórka historii
sprzed dwóch lat. No cóż, tak widać musiało być ... Zegnam się z
kolegami i wraz z Kariną jedziemy na domniemany postój pick-upów do Pyin
U Lwin ( 300 Ky ). Trochę trwa poszukiwanie miejsca postoju, ale w końcu
udaje się. Za 1000 Ky jedziemy kręta górską drogą. Podróż jest dość
przyjemna, z krótkim postojem po drodze. Po około 2,5 h dojeżdżamy na
miejsce.
|
|

|
W Pyin
U Lwin znajdujemy nocleg w Grace Hotel I - 4$ za duże pojedyncze pokoje ( właściwie
dwójki ) to dobra cena. Po odświeżeniu się wychodzę na miasto. Oglądam
rynek, budynki z czasów kolonialnych. Jest ładnie, ale widoki nie
powalają na kolana. Po powrocie ucinam sobie krótką drzemkę. Wcześniej
umawiam się z Karina na pojechanie następnego dnia do dużego wodospadu. Wieczorem
idziemy wspólnie na kolację. Jemy w Maymyo Restaurant. Danie są
dość tanie i całkiem dobre ( kurczak w sosie słodko-kwaśnym - 750 Ky,
ryż - 100 Ky, star-cola - 100 Ky ). Wracamy już po ciemku, możemy
podziwiać wspaniale widoczne gwiazdy.
Nazajutrz wstaję około 8:00. Podczas śniadania dostaję kawę w
dużym, żółtym kubku "Jacobs" z polskimi napisami !! Podobno
produkuje się je w Birmie. Po śniadaniu idziemy na targ i stamtąd
jedziemy starym, wyładowanym po brzegi, jeepem do wioski Anisakan
( 100 Ky ). Stamtąd schodzimy w dół, do wodospadu. Po drodze zaczyna
padać, robi się ślisko. Idziemy przez zarośla bambusowe i las
tropikalny. Wreszcie dochodzimy do celu - wodospad jest całkiem spory i imponujący. Przez śliski i zdezelowany most wiszący dochodzę do
punktu widokowego. Wracamy na górę. Niestety zaczynam się źle czuć -
zmęczenie, kłopoty żołądkowe, muszę często odpoczywać ( głupio się
czuję przed Kariną :-) ). Wreszcie dochodzimy do krawędzi doliny, a
potem wracamy drogą, przecinającą tory kolejowe. Gdy docieramy do
wioski
kupujemy sobie zimny napój ( 100 Ky ) i kawę ( 100 Ky ). Jeep, którym
jedziemy do Pyin U Lwin pomieścił pięć kobiet, dziecko, dwóch
mężczyzn, kierowcę w środku oraz paru ludzi stojących na zewnątrz.
Na dachu oczywiście podróżowały liczne pakunki, w tym rower. W
miasteczku chcę jeszcze zjeść zupę, ale o tej godzinie nie mają, więc
zadowala mnie star-cola. Po odpoczynku w hotelu, wieczorem idziemy na
kolację, znowu do Maymyo ( tym razem kulki kurczaka za 750 Ky ).
Moja towarzyszka pije piwo Spirulli, na którym jest napisane, że
działa odmładzająco ( 450 Ky ). Kupujemy wodę za 150 Ky i wracamy do
hotelu. Karinie ciągle się rozwiązuje "tangui" - czyli
tradycyjna birmańskie ubranie
( rodzaj saronga ), które nosi. Miejscowe
kobiety nie mają takich problemów, chyba chodzi o sposób wiązania.
Mimo hałasów w hotelu szybko zasypiam.
20.10.2003 Mamy zamówiony wóz konny na stacje kolejową ( 500 Ky
od osoby ). Po śniadaniu ( jaka itp ) i spakowaniu się czekamy na nasz
środek transportu. Wreszcie jest. Miejscowa atrakcja, czyli miniaturowa
kareta, ciągnięta przez konia. Dojeżdżamy w ten sposób na stację
kolejową. Tam kupujemy bilety do Hsipaw ( zwykłe 2$, pierwsza
klasa kosztuje 4$ ). Pociąg jest podobno opóźniony 2 h. Czekamy w
restauracji
( kawa, star-cola ), tocząc ciekawe rozmowy. Na peronie
spotykamy Singapurczyka i Austriaka pracującego w Singapurze, którzy są
z wycieczką
( jej reszta poszła do wodospadu ). Pociąg jest niestety opóźniony
jeszcze bardziej, przyjeżdża około 12:00. Pierwsza klasa różni się od
zwykłych wagonów miękkimi siedzeniami. Mniej więcej po pól godzinie pociąg
rusza, aby
około 14:30 dotrzeć w okolice słynnego wiaduktu Goitek -
arcydzieła XIX wiecznej sztuki inżynieryjnej. Przystanek jest prze samym
wiaduktem, na wiadukcie nie można robić zdjęć ( nie pozwala konduktor,
bo podobno rząd zabronił ). Przejeżdżamy metalową konstrukcja bardzo
powoli około 15:00. Potem jeszcze dwa tunele i stacja za wiaduktem. Tutaj
pozostali turyści wysiadają ( byli jeszcze Włoszka i Niemiec ), tylko
my jedziemy dalej.
|
|

|
Dopiero przed 7:00 dojeżdżamy do Hsipaw. Jest
już ciemno. Zawiadowca stacji proponuje nam pomoc, ale decydujemy sami
dostać się do "Mr Charles Guesthose". Bierzmy rikszę (
300 Ky ). Po drodze mijamy przedstawienie teatralne, bardzo podobno do tego
widzianego w Mandalay. Czyli ta tradycja żyje, objazdowe trupy jeżdżą
po kraju i pokazują sztuki. Nasz pojazd nie ma świateł, w jaki sposób
omijamy dziury pozostaje tajemnicą. Na miejscu dostajemy pokoje. Bardzo
ładne, nowiutkie. Za pokój z łazienką płacę 5$. Oddaję rzeczy do
prania ( bardzo brudne po wypadzie do wodospadu ) - 300 Ky. Idziemy coś
zjeść. Dobre i tanie jedzenie jest w chińskiej restauracji w
centrum miasteczka Piwo kosztuje od 600 Ky
( chińskie Dali ) do 800 Ky (
miejscowe ), mięso 800 Ky, ryż 100 Ky. Kupuje bilet na 22.10.2003 do Mandalay
( autobusowy, pociągi są jednak kiepskim środkiem transportu w Birmie
). W firmie Yoma Express płacę 1800 Ky. Wracamy do hotelu.
Zamawiam na następny
dzień na śniadanie po birmańsku, czyli "lepki ryżi" i warzywa ( wliczone w cenę
noclegu ). Idziemy spać.
21.10.2003 Śniadanie jakie sobie zamówiłem ( czyli tradycyjne )
nie smakuje rewelacyjnie, ale jest przynajmniej jakaś odmiana od
jajek. Wraz z innymi turystami ( pewna Francuzka i para Holendrów )
idziemy wraz z Mr.Charls`em na bezpłatną przechadzkę do wioski
Shan. Właściciel hotelu, dość zamożny biznesmen, codziennie rano
robi spacer i zaprasza na niego gości hotelowych. Opowiada nam o miejscowym ryżu. Sadzone są
tutaj dwa rodzaje ryżu - tradycyjny Shanów ( lepszy, ale mniej wydajny ) i
chiński
( gorszy w smaku, ale bardziej wydajny, narzucany przez władze,
prawdopodobnie zmodyfikowany genetycznie ). Idziemy do młyna, potem oglądamy
świątynię ducha wioski i fabryczkę
cygar. Wokół nas przepiękne
krajobrazy, pola ryżowe, z daleka widzimy mauzoleum przedostatniego władcy
Hsipaw. Wracamy około południa i jemy obiad w knajpie Shan,
a następnie odpoczywamy. Wycieczka była bardzo fajna. Po południu całą
grupą postanawiamy zobaczyć inne miejscowe atrakcje. Wpierw szukamy
fabryki popcornu. Po pewnych trudach udaje się nam trafić.
Produkcja odbywa się naprawdę wybuchową metodą - wrzucają ziarno kukurydzy
do szczelnego metalowego pojemnika, zamykają go i mocno
ogrzewają nad ogniskiem ( około 20 minut ), a potem otwierają jednym
uderzeniem siekiery, kierując wylot w stronę małej bambusowej szopy. Popcorn
fruwa w powietrzu i opada na podłogę ( a raczej klepisko ), skąd jest
zamiatany i potem jeszcze podgrzewany ( podsmażany ) w blaszanym bębnie.
W tej samej "fabryce" wytwarzają też "tamata"
- pastę do malowania twarzy, ze zmielonego pewnego gatunku drewna z
dodatkiem perfum, przygotowywaną w formie sprasowanych kostek, podobnych
do mydła. Inne wyroby to chipsy i słodycze. Mają też mały sad owocowy.
Pokazują nam owoce, używane nadal czasami przez miejscową ludność zamiast szamponu ( ich sok pieni się w wodzie, zwłaszcza gorącej ). Po
opuszczeniu fabryki idziemy do pałacu. Wita nas tam bratanek ostatniego
księcia i jego żona. Pałac ( a raczej duży dom w kolonialnym stylu
angielskim ) jest trochę podniszczony a ogród zaniedbany. Położony w
ogrodzie drewniany domek rozpada się. Wchodzimy do środka. Żona
bratanka księcia opowiada nam historię ostatniego władcy Hsipaw
( ożeniony a Austriaczką, reformator, zaginął bez wieści w czasie
zamachu stanu ) i o obecnej sytuacji kraju. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej
i dajemy donację - po 1000 Ky każdy. Wnuczkowi Mr Donald`sa (
bratanka księcia ) oddajemy podarunek z fabryki popcornu
( popcorn oczywiście
). Gdy wychodzimy jest już ciemno. Idziemy do restauracji na kolację -
kurczak słodko-kwaśny 800 Ky, ryż - 100 Ky, piwo
"czerwone" ( 7% ) - 800 Ky. Karina źle się czuje, wracamy wcześniej
do hotelu. Rozmawiamy - rozstajemy się po kilku dniach wspólnej podróży,
ona zostanie jeszcze w Hsipaw. Ja odbieram pranie i kładę się spać,
następnego dnia o 5:30 mam być przy autobusie, odjazd o 5:45.
|
|

|
Obsługa mnie budzi, choć nie zamawiałem takiej usługi :-) Idę na
"dworzec autobusowy" i w miarę punktualnie odjeżdżamy. Jest
dość chłodno. Na początku jest niewielu pasażerów, wsiadają po
drodze. Są to głownie kobiety, jadące na targ z warzywami itp..
Jedziemy, płatną, choć nie najlepszą drogą. Wczoraj w pałacu
powiadano nam, że koncesję na drogę ma były "drug lord", który
zawarł ugodę z rządem. Dojeżdżamy do Kyaukme. Trwa targ i różne
przedstawienia wędrownych trup, jest dość chłodno. Autobus zjeżdża
na stację, a ja trochę chodzę po mieście, ucinam sobie pogawędkę z
chłopcem, który stale przyjeżdża do autobusów, aby porozmawiać z
turystami po angielsku i podszkolić język ( dobrze mówi ). Dowiaduje się,
że ostatnio turystów jest mniej. Tymczasem autobus jest sukcesywnie załadowywany, głownie różnymi workami. Po
pewnym czasie całą podłoga jest nimi założona, na moim plecaku leżą
jakieś butle. Wreszcie wyruszamy, Po drodze jest kilka postojów.
Przejeżdżamy przez wąwóz, ten sam nad którym wznosi się wiadukt Goitek.
Wiaduktu nie mogę dostrzec, ale widoki są wspaniałe, jedziemy serpentynami najpierw w dół, a potem do góry. Przejeżdżamy przez Pyin
U Lwin, aby około 14 dotrzeć do Mandalay. Po drodze liczne
kontrole wojskowe ładunku i opłacanie się przez kierowcę policjantom.
Za 800 Ky jadę do hotelu E.T. ( pokój 4$ ). Kupuję bilet na prom do Mandalay.
Płacę 16$ + 2$ prowizji dla hotelu ( ale mam transport do przystani ).
Chodzę sobie po mieście, zaglądam do pobliskiej Schwekyuimint Paya
( stare posągi Buddy, przeniesione z Fortu Mandalay, po zajęciu
go przez Brytyjczyków ). W środku jest sporo wojska. Kupuję sobie
ciastka za 900 Ky i wysyłam za 700 Ky maila do domu. Idę coś zjeść
do miejscowego fast-fooda. W "Father House" ( a` la KFC )
jest drogo ( 2500 Ky za kurczaka ), a jedzenie jest raczej średnie,
za to obsługa niesamowita ( są
bardzo usłużni - otwierają mi drzwi itd. ). Potem jem coś jeszcze w Mann Restaurant ( 1050
Ky ) i wypijam sobie piwko
( 300 Ky ). Mam chęć pójść na
przedstawienie marionetek, ale w końcu rezygnuję.
23.10.2003 Wstaję wcześnie rano, pakuje się. Wiozą mnie wraz
z jakimś Niemcem na przystań. Aby dojść do naszego statku przechodzimy
przez normalny, miejscowy. Ludzie śpią na matach. Za to mój prom jest
tylko dla turystów, są nawet ubikacje "Foreigners only".
Wyruszamy o 6:00. Wschód słońca. Widoki pagód w starożytnych miastach
zapierają dech w piersiach. Aż do mostu Aiwa oglądam i robię
zdjęcia. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy, głownie aby zmienić
pilota. Zawsze przybiegają dzieciaki, proszą o pieniądze, kobiety chcą
coś sprzedać. Niestety turystyka straszliwie zmienia świat. Widoki są
ciekawe, rzeka potężna, z daleka widać co pewien czas wioski i
pagody . Na promie jest restauracja, ale dość droga ( kawa 300 Ky, cola
1000 Ky, jedzenie, wyroby ludowe, pocztówki ). Przesiaduję głownie na pokładzie,
rozmawiam. Spotykam znowu Singapurczyka i Austriaka z całą grupą.
Niestety zasypiam na słońcu i potem mam kłopoty żołądkowe. Około 15:00
dobijamy do Bagan. Trzeba zapłacić 10$ za wstęp do strefy
archeologicznej. Ceny przejazdów z przystani są sztywne, wywieszone na
tablicy. Do Nyaung U, gdzie są tanie hotele, riksza kosztuje 500
Ky,
wóz 1000 Ky, a samochód 1500 Ky. Biorę wóz konny. Do celu docieramy po
około półgodzinnej jeździe. Zatrzymuję się w Eden Hotel, pokój
z klimatyzacją kosztuje 5$, następnego dnia może będzie prawdziwa
jedynka za 4$. Troszkę chodzę po mieście, oddaję rzeczy do prania. Prąd
włączają dopiero po 19:00. Nie czuję się najlepiej, idę spać dość
wcześnie.
24.10.2003 Po raczej średnio przespanej nocy wstaje przed 8:00,
jem śniadanie ( w cenie pokoju, dobre, nawet dostaję dokładkę ) i
wynajmuję bryczkę za 5 000 Ky na cały dzień. Jadę do biura
turystycznego ( prowadzonego przez .... zawiadowcę stacji ), gdzie za 500
Ky potwierdzają mój bilet lotniczy w Rangunie. Potem kupuję bilet na
autobus do Kalaw
( 3 500 Ky ). Odwiedzamy po kolei różne świątynie
- złoconą Schwezigan Paya, Hiltominio Pahto, ogromnych
rozmiarów Gawdapalin Pahto, Mahuya Paya ( siedzący Budda
i trzy stojące posągi w ciasnym pomieszczeniu ), Gubyawkgyi
( z
malowidłami ), pozłacaną Myazedi ( obok niej znajduje się
stella z napisami w 4 językach ), Mingalazedi ( ceglana
stupa, jedna z nielicznych, na które można wejść - przepiękne widoki
), Bupaya ( niewielka stupa, bardzo stara, miejscowi twierdzą, że
z 300 r ne., a naprawdę prawdopodobnie z 850 r ne., odbudowana po trzęsieniu
ziemi ), Mahabodhi Paya ( w kształcie piramidy, w górnej części
nisze z posągami Buddy ), niewielką Pahtothamya ( z pięknymi
widokami ), przepiękną Ananda Pahto z pozłacaną kopułą i posągami
Buddy, najwyższą Thatbyinyu ( 61 m wysokości ), największą
pod względem rozmiarów Dhammyangyi Pahto ( ściśle dopasowane
cegły, częściowo zasypana gruzem ) i ostatnią Sulamani Pahto z
ładnymi widokami. Na koniec dnia jedziemy obejrzeć zachód słońca do małej
świątyni, ale niestety chmury zasłaniają niebo. Cały czas spotykamy
sprzedawców różnych wyrobów - z laki, malowideł. Trochę kupuję .
Wracam do hotelu, płacę za podróż, odbieram pranie ( 400 Ky ) i oddaję
następne rzeczy do prania. W recepcji płacę za pokój i wynajmuję na następny dzień taksówkę
do Mt. Popa
( 15 $, podobno czasami jest taniej, ale tłumaczą mi, że jest niekorzystna relacja cen benzyny i kursu dolara ). Kolację jem w pizzerni
"San Kabor" - pizza kosztuje 2 500 Ky, sałatka owocowa -
500 Ky, star-cola 150 Ky. Jest straszny upał, więc jeden z kelnerów
mnie wachluje - czuję się dość dziwnie w tej sytuacji. Wracając do
hotelu wypijam w herbaciarni star-colę za 150 Ky.
Znowu śpię nie najlepiej, wstaję około 7:00, jem śniadanie i około
8:00 wyjeżdżamy. . Podróż na miejsce trwa około 1 h 20 minut. Po
drodze można się zatrzymać w wytłaczarni oleju ( 500 Ky za możliwość
robienia zdjęć ), ale ja nie mam na to ochoty. Tuż przed górą
zatrzymujemy się w sanktuarium sławnego mnicha, skąd jest ładny widok
na górę, a dzieciaki sprzedają wulkaniczne kamienie ( ciekawe, bo puste w środku,
z małym grzechoczącym kamieniem, ). Wejście pod górę jest dość
strome. Po przejściu części trasy trzeba zdjąć buty i wchodzić dalej
boso. Wszędzie jest sporo małp, karmionych przez pątników, a po drodze
mija się świątynie duchów opiekuńczych ( z manekinami przedstawiającymi
różne duchy ). Sama góra to miejsce kultu wszystkich duchów opiekuńczych
Birmy. Na górze znajduje się mały monastyr. Pątników jest raczej
niewielu, za to całkiem sporo turystów. Po krótkim pobycie (
ciekawe widoki na okolice ) schodzę na dół. Okazuje się, że mój
samochód się zepsuł, wracam innym minibusem. Kierowca chce po zakończeniu
15$, muszę tłumaczyć, że już zapłaciłem w hotelu, ale wygląda to
naprawdę na nieporozumienie, a nie próbę wyłudzenia. W hotelu musze
umyć stopy, bo odchody małp były trudne do uniknięcia .... Postanawiam resztę dnia spędzić, jeżdżąc rowerem. Wypożyczam chiński
pojazd marki Hero za 200 Ky na pół dnia. Odwiedzam świątynie,
zwykle te same, co poprzedniego dnia. Trochę czasu spędzam na Mingalazedi
- widoki ceglanych pagód wystających z zieleni i skąpanych w popołudniowym
słońcu są wspaniałe. Przy świątyni Htilominio kupuję lalkę (
poruszaną sznurkami ) za 6$ ( bardzo mi się spodobała ). Z białej świątyni
oglądam zachód słońca, ale niestety znowu są chmury. Wracam do
hotelu, odbieram pranie. Na kolację jem kurczaka w sosie słodko-kwaśnym
i sałatkę z majonezem ( 500 Ky ) i piję star-colę ( 150 Ky ). Po
powrocie płacę za rower ( zostawiłem go przed hotelem ) i idę spać.
|
|

|
26.10.2003. Muszę wstać o 4 rano, aby zdążyć na autobus. Miły
człowiek od śniadań ( i dokładek ) przychodzi mnie obudzić, a potem
pomaga zapakować się do autobusu, który odjeżdża o 4:30. Podróż
przebiega najpierw przez równinę, a potem przed miejscowością Thaz
zaczyna się piąć w górę. Wszyscy turyści zostają upakowani obok
siebie - starsza para z Australii, para Niemców, Japonka i ja. Po drodze
jest kilka przystanków. Na miejscu idę do hotelu Golden Kallaw Inn
- 3$ za pokój z łazienką i ciepłą wodą. Chodzę po mieście i
dopytuję się o trekking. W większości miejsc pokazują mi podobne (
czy wręcz te same ) zdjęcia. Jeden z przewodników jest katolikiem i wie
z jakiego kraju pochodzi papież !!!. Jem w "Nepali food center"
( w mieście jest spora mniejszość nepalska, sprowadzona tutaj w czasach
panowania brytyjskiego ) - smażony kurczak kosztuje 1000 Ky, frytki 600
Ky, star-cola 150 Ky, a lassi - 400 Ky. Jedzenie jest dość dobre, ale
porcje są małe. Ostatecznie decyduje się na 2-dniowy trekking
( 10 $, po 5$ za dzień, w przypadku jednej osoby cena wzrasta do 7$/dzień
) z przewodnikiem z mojego hotelu. Na to rozwiązanie zdecydowali Australijczycy, a przy większej liczbie uczestników cena
jest niższa. Przepakowuję się, myję i idę spać.
Następny dzień rozpoczynam wcześnie. Oglądam mnichów, obdarowywanych ryżem oraz
dzieci idące do szkoły.
Po śniadaniu
wyruszamy. Najpierw idziemy do pagody, położonej w jaskini, ale jest
zamknięta ( stróż z kluczami się nie zjawił ), a potem dalej - przez
miasto i wioskę, do pagody z 500-letnią statuą Buddy,
zrobioną z bambusa i pokrytą złotem ( podobnie wykonana była ta
na jeziorze Inle ).Maszerujemy ścieżkami i polną drogą wzdłuż
tarasów ryżowych
( ryż "mokry" ) i pól z ryżem górskim ( "suchym"
). Mijamy tartak. Widzimy, jak ludzie ( także dzieci ) niosą drogą różnego rodzaju
belki i baliki. Nasz przewodnik tłumaczy nam, że ktoś zakupił
nielegalnie drewno tekowe na budowę domu i zatrudnił ludzi, aby mu je znieśli
do Kalaw. Za zniesienie jednego kawałka drewna płaci się, zależnie
od jego wielkości, 150-200 Ky - zwykle udaje się wykonać jeden kurs
dziennie. Idziemy drogą aż do punktu widokowego, gdzie jest restauracja.
Tam jemy lunch - ciapati i dynię. Herbata wliczona w cenę, star-cola 200
Ky. Potem schodzimy do wioski ludu
Paulang. Tam oglądamy jeden z ich
słynnych długich domów, gdzie kilka rodzin mieszka wspólnie. Częstują
nas owocami, my im dajemy prezenty ( ja kupiłem wcześniej za 120 Ky
proszek, jak sugerował nasz przewodnik ).Od dzieciaków kupuję miejscową
czapkę za 700 Ky. Wracamy z powrotem do punktu widokowego, gdzie jemy
kolację ( ryż i różne warzywa - dynia, ogórki, oraz sałatka z papai ).
Śpimy w domku ( a właściwie szopie z materacami ) koło punktu
widokowego. Podobno przedtem turyści sypiali w wiosce w długim domu, ale
odkąd pokryto go blachą, dym z paleniska nie ma jak uciekać i bardzo
przeszkadza..
Następny dzień zaczynamy od śniadania o 7:00 - chińska zupka i smażone
jajko. Po posiłku wyruszam przez wioskę ludzi Paulang do wioski
ludu Danu, gdzie jemy obiad ( makaron z dodatkiem i smaczną zupę z
kapusty z imbirem ). Następnie idziemy wzdłuż torów kolejowych do stacji. Tam obserwujemy ludzi z różnych grup etnicznych, jak sprzedają
towary dla pasażerów pociągu, ładują kapustę do części towarowej składu.
Ze stacji idziemy drogą utwardzoną kamieniem i wracamy do Kalaw.
Po drodze mijamy rozbudowany budynek szkoły wojskowej, kościół
katolicki, szkołę
( dawniej katolicką, znacjonalizowaną ), ładne
budynki z czasów kolonialnych i eleganckie domu bogatych ludzi, hotel Kalaw
( z czasów kolonialnych, znacjonalizowany, obecnie dzierżawiony ). Około
17 docieramy do naszego hotelu. Po kąpieli idę zjeść - w restauracji Golden
Leaf przy głównej ulicy smaczny kurczak w sosie słodko-kwaśnym to
wydatek 1100 Ky, ale porcja jest duża. Jestem zmęczony i po powrocie do
hotelu szybko zasypiam.
29.10.2003 Dzień zaczynam od smacznego śniadania. Nasz przewodnik znowu wyrusza na trekking ( a podobno niedawno
się ożenił ), tym razem z jakąś parą - żegnam się i daje mu
proszek do prania ( został mi ), aby przekazał go mieszkańcom
wiosek. Postanawiam przejść się na targ. Jest tam sporo ludzi, wielu w
tradycyjnych strojach, na przykład kobiety z ludu Pao (
"Czarni Karnowie" ) ubrane na czarno i w indygo, a także
Paulangowie w strojach niebiesko-czarnych, Shanowie, Danu.
Udaje mi się zrobić kilka interesujących zdjęć. Potem idę do jaskini
- świątyni Buddy, której nie udało się nam zwiedzić w czasie
wycieczki. Jestem tam wiele posągów Buddy, różnych rozmiarów.
Całkiem ciekawe miejsce., zostawiam nawet donację. Wracając przysiadam
na chwilę w jakiejś kafejce i popijając star-colę
( 150 Ky ) obserwuję
nieśpieszne życie mieszkańców. Płacę za hotel i trekking ( w
sumie 16$ ), dostaje karteczkę na autobus ( pieczątka hotelu po
angielsku, bilet kosztuje 7 000 Ky ) i idę do Sun Restaurant,
gdzie wymieniam karteczkę na bilet linii Eastern State Express. Zanim
przyjedzie opóźniony autobus udaje mi się jeszcze wypić star-colę i
kupić smaczne ciastko z orzechami ( 100 Ky ). Przejazd przez góry jest
dość powolny, bo trwa rozbudowa drogi i musimy czekać, aż wysadzą skały.
Potem też przejazd nie jest zbyt wygodny.
|
|
|
30.10.2003. W Bago jestem po 6:00. Naganiacze zachęcają
mnie do hoteli Emperor i Mayandar Guesthouse. W końcu
wybieram Mayandar. Jednym z argumentów naganiaczy jest, że Mayandar
to hotel rządowy, ale mi to nie sprawia różnicy ( to zresztą chyba
nie jest prawda, bo jest wymieniony w LP, a oni nie opisują hoteli
rządowych ). Za pokój z łazienką płacę 4$. Po kąpieli idę na
przystanek koło kawiarni, gdzie łapię autobus jadący do Złotej Skały
za 1500 Ky. Jest dość zapchany ( rozłożone są dodatkowe siedzenia ).
Na miejsce docieramy około 12:00 - nie mam szans wrócić tego samego
dnia do Bago. Zatem wynajmuję pokój w hoteliku SeaSar za
3$ i wsiadam na ciężarówkę z deskami służącymi za siedzenia. Za 400
Ky dowiezie mnie z jedną przesiadką ( na drugą ciężarówkę ) pod skałę.
Potem ostre podejście do góry ( można wynająć tragarzy, którzy wniosą
człowieka na górę w lektyce ). Na szczycie jest monastyr i słynna pozłacana
skała. Oglądam skałę. Można podejść blisko, dotknąć świętego
miejsca. Ale tylko, jeżeli jest się mężczyzną. Muszę zostawić
plecak i zdjąć nakrycie głowy. Jacyś wojskowi wyższej rangi
przyjechali z wizytą - chodzą z obstawą. Ja rozmawiam z trzema ( jeden
z nich to mnich ) pątnikami z Rangunu ( a raczej z jego okolic ),
którzy odwiedzają to miejsce już po raz trzeci. Schodząc natykam się
na Niemców, których spotkałem w drodze do Kalaw. Wracamy ciężarówkami
w dół ( taniej - tylko 300 Ky, a w kabinie kierowcy nie 800 Ky, ale 600
Ky ). Jazda jest szaleńcza. Po dotarciu na dół kupuję bilet na następny
dzień na 6:30 na autobus do Bago, wymieniam 7$ ( kurs 800 Ky za 1
$ ) i płacę za pokój. Na kolacje jem smaczne kulki mięsa w sosie słodko-kwaśnym
( 1500 Ky ). Ponieważ dostałem od hotelu mydełko i ręcznik mogę się
umyć. Chodząc wieczorem słucham występów miejscowego zespołu - całkiem
ładnie śpiewającego.
31.10.2003 Wstaję przed 6:00, aby zdążyć na autobus, jem śniadanie
( wliczone w cenę hotelu ). Autobus wyjeżdża dopiero o 6:44 i jedzie dość
powoli, czekając przy moście na pasażera, który się nie zjawia. Wyprzedza
nas inny autobus, chyba ten, który wyjechał o 7:00. W Bago jestem
o 10:00. Idę do mojego hotelu, myję się i wyruszam na miasto. Umawiam
się na taksówkę za 4000 Ky do Rangunu około 13:00.
Najpierw oglądam "hal modlitwy" ( niezbyt ciekawy ), potem cztery duże
figury Buddy, zwrócone do siebie plecami ( teren wokół nich jest zarośnięty
zielskiem ). Wreszcie udaję się do największej atrakcji miasta - leżącego
Buddy. Bilet za wstęp kosztuje 10$ ( ważny na wszystkie zabytki w mieście
).
Ale ponieważ nie ma nikogo sprzedającego bilety, więc płacę tylko 50 Ky za
używanie aparatu fotograficznego. Figura jest olbrzymia, leży w pozycji
"zrelaksowany Budda" - nogi założone jedna na drugą (
"pozycja Nirwana", to nogi leżące obok siebie ). Na ścianach
obrazy z historii powstania posągu i jego ponownego odnalezienia i
oczyszczenia po latach zapomnienia. Wracam do hotelu na piechotę,
bo jakoś nie mogę się dogadać z rikszarzami. Niestety docieram już po
13:00 i moja taksówka odjechała ( nie mogła czekać ). Muszę łapać
autobus - siadam w pobliskiej kawiarni, przed którą się one zatrzymują. Z pomocą pracownika lokalu łapię klimatyzowany autobus za
1000 Ky do Rangunu.
|
|
|
Dojeżdżam na miejsce po16:00. Za 2000 Ky
biorę taksówkę do hotelu Garden i wynajmuje pokój za 4$. Jem
obiad w Okinawa Restaurant. Biorę znowu taksówkę za 1000 Ky do
"Dagon Center" ( taksówkarz miał trudności z
odnalezieniem tego miejsca ) i korzystam z Internetu ( 1200 Ky/godzinę, jestem już
zarejestrowany ). Potem idę piechotą do Schwedagon Paya ( pięknie
oświetlona ), a potem autobusem do hotelu
( kilkadziesiąt Ky ). Jeszcze
wieczorne piwo w "ABC i idę spać.
01.11.2003 Dzień zaczynam od bezpłatnego śniadania ( nie wiedziałem,
że mi się należy ). Oddaję rzeczy do prania w Ava Laundry - trochę
drogo, ale mam nadzieję, że dobrze wypiorą ( 2200 Ky za osiem sztuk różnych
rzeczy ). Jadę taksówką do Schwedagon Paya
( 1000 Ky, wstęp 10 $ ) i funduję sobie zwiedzanie z przewodnikiem (
2000 Ky - umówiony byłem na 1500 Ky, ale dałem napiwek ). Mój przewodnik
ciekawie opowiada o całym kompleksie i religii buddyjskiej. Po ponownych
odwiedzinach wspaniałej pagody jadę taksówką ( 1000 Ky ) na przystań,
skąd odpływają promy do Dalah. Bilet powrotny kosztuje 2 $ (
niestety nie mają wydać z 10$ i muszę przepłacić, dając bileterowi 2000 Ky ).
Brudny statek przepływa rzekę w jakieś 20 minut. Za 500 Ky jadę jeepem
do Twante ( jak się potem okaże tak cena to zdzierstwo i oszustwo ). Po
drodze tankujemy na "ciekawej" stacji benzynowej ( niestety nie
pozwalają mi zrobić zdjęcia ). Na miejscu wynajmuje rikszę za 1000 Ky, która
obwozi mnie po mieście - oglądam zakład garncarski
( wytwarzający nie tylko garnki, ale i inne
przedmioty ) w znanej z tej działalności dzielnicy Oh-Bo. Zakład jest
bardzo tradycyjny ( koło garncarskie ), wszyscy są mili, dostaję nawet
glinianego banana w prezencie. Potem jedziemy do pagody, w sumie dość
podobnej do Schwedagon Paya, całkiem fajnej. Okazuje się, że promy z Twante
pływają znacznie rzadziej niż było napisane w moim przewodniku - o 3 i o
11, więc decyduję się wracać autobusem ( płacę tylko 150 Ky !!! ). Jest
on bardzo zapchany i podskakuje na wybojach. Potem jeszcze prom powrotny,
odbieram pranie i kolacja ( znowu Okinawa Restaurant ). Ponieważ to dzień
moich urodzin, idę na piwo - najpierw do Kyaw Music Pub ( powiązany z
firmą autobusową ) - 1200 Ky za butelkę piwa Myanmar ( nie mają Dagon
), 300 Ky za grilowane skrzydełka kurczaka, ogólnie dość smętna atmosfera
i chińskie szansonistki, oklaskiwane wyłącznie przez obsługę. Położony
naprzeciw Emperor ciekawie wygląda, ale piwo kosztuje aż 2000 Ky, więc
nie idę. Resztę wieczoru spędzam w ABC - 2 razy piwo po 700 Ky ( plus
podatek ) - ciekawie, więcej ludzi. Dość późno wracam do hotelu i idę spać.
02.11.2003 Ostatni dzień w Birmie. Wstaję dość wcześnie,
jem śniadanie i jadę na rynek Byagyoke. Po drodze słyszę głosy
Polaków - pierwszy raz w Birmie, ale nie zdążyłem ich "złapać".
Kupuję prezenty - kukiełkę i wyrób z laki za 5$, drewnianą figurkę za 3,5
$, T-shirt za 3$, rum Mandalay za 450 Ky. Wcześniej potwierdzam mój bilet
lotniczy. Jem obiad, jak zwykle w Okinawa Restaurant. Chodzę i robię ostatnie zdjęcia
w Birmie w okolicach Sule Paya. Potem jadę taksówką na
lotnisko za 3$. Na miejscu jestem sporo przed czasem. Kupuję sobie soczki, ale
i tak zostają mi jeszcze kyaty na pamiątkę. Oddaję bagaż i przechodzę kontrolę
paszportową i celną. Sklepy na lotnisku otwierają się przed wylotem
samolotu. Ceny nie są zbyt interesujące, np. rum Mandalay kosztuje 2-3$.
Jest sporo biżuterii. Idę do poczekalni przed jedynym "gatem" na
tym lotnisku. Brama zamknięta jest na kłódkę. Po pewnym czasie przychodzi
ktoś z obsługi, otwiera kłódkę, wsadzają nas do autobusu i zawożą do
samolotu. Odlatujemy z opóźnieniem. Mam miejsce przy oknie. Lot jest całkiem
OK, dają dobre jedzenie.
|
|