|

|
|
|
24.07.2000 wjechaliśmy
do tego górskiego kraju. Granica z Peru sprawi wrażenie dużego
bałaganu. Dostajemy pieczątkę, uprawniającą do 30-dniowego pobytu w
kraju. Wymieniam pieniądze ( 4 sole = 6,20 boliwiano ). Szybko przejeżdżamy
do Copacabana i zamieszkujemy w hotelu Aroma ( 10 boliwiano od
osoby za noc ). W całym mieście ( położonym przecież nad jeziorem )
zimna woda jest tylko w godzinach 7-9. W naszym hoteliku mamy zimną i
ciepłą wodę w godzinach 7-9 i 17 -20 ( zgromadzoną wcześniej ). W
innych godzinach do dyspozycji jest woda w baczkach. Po głównej ulicy spływają
do jeziora ścieki, wybijające z niesprawnej kanalizacji. Jemy obiad w
Snack 6 de Agosto ( 10 boliwiano za dość kiepskie menu dnia ). Potem
zwiedzamy miejscową katedrę
z figurą Matki Boskiej - Pani Znad Jeziora, słynącą z cudów.
Przychodzą tutaj liczne pielgrzymi z Peru i Boliwii. Wymieniamy pieniądze
po kursie 1$=6 boliwiano. W mieście jest dostęp do Internetu ( 20
boliwiano za 15 minut ! ). Wieczorem spotykamy Polaków ( tych samych, co
w Cuzco ). Jest bardzo zimno - strasznie wieje. Następnego dnia płyniemy
na wycieczkę na Isla del
Sol i Isla de la Luna. Wycieczka nie jest zbyt udana - na
wszystko jest za mało czasu, zabytki mało ciekawe, opłaty za wstęp dość
wysokie. Najpierw płyniemy na Isla
del Sol ( Wyspa Słońca ) w ciągu 2 godzin oglądamy muzeum
przedmiotów wydobytych z dna jeziora ( mało ciekawe ) oraz idziemy do świętej
skały Inków ( 6 boliwiano). Krajobrazy są prześliczne, woda lazurowa.
Gdyby nie temperatura można by pomyśleć, że jestem nad Morzem Śródziemnym.
Po powrocie na statek płyniemy na drugą z wysp. Po opłaceniu następnych
6 boliwiano okazuje się, że nie było warto - zrekonstruowany klasztor
inkaski nie jest zbyt ciekawy. Wracamy znowu na pierwszą wyspę, gdzie w
lokalnym muzeum można za opłatę "co łaska" stroje i występy
ludowe. Z barku czasu Świątynię Słońca oglądamy tylko z pokładu
...Po powrocie na ląd kupujemy bilety na autobus do La
Paz na następny dzień ( 14 boliwiano ). Z okazji niedzieli mamy
cały czas zimną wodę, a w budynku niedaleko naszego hotelu trwa
dyskoteka. |
|
|
Z samego ranka jedziemy do La
Paz. Po godzinie jazdy docieramy nad przesmyk Tiquina. Nasze
paszporty sprawdza żołnierz Marynarki Wojennej Boliwii, następnie za
1,5 boliwiano przewozi nas na drugą stronę ( autobus oddzielnie płynie
promem ). Po drugiej stronie można podziwiać pomnik bohaterów
wojny o saletrę z Chile. Nasz pojazd już na przedmieściach stolicy
psuje się na tyle skutecznie, że dalej musimy jechać taksówką ( aż
25 boliwiano ). Zamieszkujemy w Alojamiento Universo ( 16 boliwiano od
osoby ). Idziemy obejrzeć miasto. Rozciąga się ono na brzegach 400
metrowego wąwozu - centrum na dnie, miasto biedy El Alto ( dosłownie
"miasto wysokie" ) wyżej. Jemy w Mc Donald`s ( 23 boliwiano za
powiększony zestaw ) i wymieniamy czeki podróżne ( kurs 1 $ = 6,17
boliwiano ) i korzystamy z Internetu ( 8 boliwiano / h ). Chcemy coś kupić
na słynnym targu rzemieślniczym, ale ceny są tam wysokie, wyższe niż
w Peru. Na głównym Plaza ( parlament, katedra, pałac prezydencki
) oglądamy uroczyste ściągnięcie flagi z masztu ( żołnierzy w
strojach historycznych ochraniają współcześni z bronią ! ). Po
powrocie do hotelu oddaję rzeczy do prania ( 6 boliwiano / kg ).
Następnego dnia jedziemy do wycieczkę. Najpierw minibusem w okolice
cmentarza ( 1,6 boliwiano ), a potem autobusem do Tihuanaco ( 6,5
boliwiano ). Ponieważ nie mamy drobnych, jacyś podróżni pożyczają
nam 10 boliwiano. Wstęp do muzeum i ruin kosztuje 15 boliwiano. Dawna świątynia
w kształcie piramidy, to obecnie sterta ziemi, ale ciekawa jest świątynia
z wyrzeźbionymi głowami oraz słynne posągi i Brama Słońca. Tuż obok
zabytków można kupić dość tanie pamiątki. Po powrocie do miasta
schodzimy do centrum przez przedmieścia. Mieszkańcy, zwłaszcza
"miejskie Indianki", są niesamowici. Po zjedzeniu
okropnego obiadu w knajpce "La Fiesta" idziemy na targ
czarownic. Można tam kupić magiczne proszki "na miłość" i
"na interesy", amulety, suszone płody lam i pancerniki. W
kawiarni internetowej jakiejś dziewczynie kradną torebkę. Znowu
spotykamy Polaków i idziemy z nimi do fajnej kawiarni Eli`s.
Następnego dnia jedziemy do Villa Fatima ( taksówka 8 boliwiano ),
a tam wsiadamy do autobusu do Coroico ( 15 boliwiano ). |
|

|
Po drodze do Coroico
mijamy kontrolę policyjną ( szukają koki, nie wolno jej przewozić w
ilościach handlowych ). Kończy się asfalt i zaczyna "droga śmierci".
Jedziemy górskimi serpentynami, przez przepiękne Pogórze Yungas.
Mijamy resztki jakiejś ciężarówki, która spadła w przepaść. Robi
się coraz cieplej. Po 4 godzinach jesteśmy na miejscu, gdzie panuje,
przyjemny śródziemnomorski klimat. Zamieszkujemy w miłym hoteliku
La Casa ( 25 boliwiano od osoby ). Jest tam Internet ( 20 boliwiano / h ).
Obiad w fajnej knajpce kosztuje 25 boliwiano ( stek i coca-cola ). Następny
dzień zaczynamy dość późno, około południa idziemy na wycieczkę do
pobliskich wodospadów. Nie są one zbyt imponujące, ale sama przechadzka
jest bardzo ciekawa. Oglądamy plantacje koki i kawy, typowe dla tego
rejonu. Wieczorem telewizja transmituje mecz Pucharu Ameryki. Całe
miasteczko zamiera. Policja wystawia na zewnątrz megafon, przez który można
słuchać transmisji meczu. Zamknięte są restauracje. Również następny
poranek spędzamy na przyjemnym leniuchowaniu. Jajecznica na śniadanie
kosztuje 14 boliwiano. O 13:30 wsiadamy na ciężarówkę do Yongenia
( 2,5 boliwiano ), a tam przesiadamy się do opóźnionego autobusu do Rurrenbaque
( bilet kupiony dzień wcześniej - 60 boliwiano ). Droga jest w bardzo złej
kondycji i autobusem mocno trzęsie. Zatrzymujemy się w jakimś
miasteczku na posiłek ( kurczak z ryżem i frytkami 6 Boliwiano,
coca-cola - 3,5 boliwiano ). Czeka nas jeszcze szczegółowa kontrola w
poszukiwaniu liści koki. Choć droga schodzi na nizinę nadal mocno trzęsie. |
|

|
Około 9:00, po 14
godzinach jazdy autobusem docieramy do Rurrenbaque. Znalezienie
wolnego miejsca w hotelu nie jest proste, niestety dotarliśmy tutaj jako
chyba ostatni turyści. W końcu zamieszkujemy w hotelu El Porteno ( 20
boliwiano od osoby ze wspólną łazienką, 40 z prywatną ). Jemy dobre
śniadanie - jajecznicę ( 9 boliwiano ) i lody ( 4 boliwiano ) w
Heladeria Bambi. Wykupujemy wycieczkę na pampę w polecanej przez Lonely
Planet agencji Eco Tours ( 3 dni po 30$ dziennie, wycieczka do
dżungli kosztuje 25$ dziennie, tyle samo do parku Alto Madidi ). Mamy mieć
świetnego przewodnika. Resztę dnia spędzamy na włóczeniu się po mieście,
wizycie nad rzeką. Oddaję rzeczy do prania ( 8 boliwiano / kg ). W parku
odbywają się targi wyrobów artystów ludowych. Kupuję łuk.
Następnego ranka oddajemy rzeczy do przechowania w naszym hotelu i
idziemy do Eco Tours. Tu czeka nas niemiła niespodzianka "mały, duży
problem". Nie ma wystarczającej grupy na wycieczkę na pampę,
proponują nam wyjazd do dżungli. Po naszym stanowczym proteście dołączają
nas grupy z innej agencji. Czujemy się oszukani. Wraz z dwoma Szwedkami i
parą z Belgii jedziemy pickupem wzdłuż rozlewisko przez 4 godziny, krótkim
postojem w Reynes. Po drodze widzimy 2 aligatory i liczne ptaki. W
wiosce Santa Rosa jemy obiad i podjeżdżamy na przystań. Tam po długim
oczekiwaniu wreszcie wyruszamy. Razem z nami jedzie nasz przewodnik i
kucharka. Po drodze do naszego obozu widzimy mnóstwo aligatorów , parę
kajmanów, żółwie, liczne ptaki ( w tym rajskie ) oraz małpy, które
karmimy bananami. Można popływać z delfinami ( podobno odstraszają
kajmany i aligatory ). Po smacznej kolacji wyruszamy na nocne łowy. Oglądamy
świecące się oczy, a nasz przewodnik łowi małego aligatora (
wypuszczamy go później ). Śpimy na materacach, pod moskitierami.
Po śniadaniu wyruszamy na poszukiwanie anakondy. Po krótki marszu przez
wysokie trawy, docieramy do rozlewisk, gdzie podobno żyją te zwierzęta.
Brodzimy po kolana w błocie. Widzimy mnóstwo ptaków i łeb jakiegoś węża.
Po obiedzie i sjeście płyniemy na połów piranii. Łapiemy jedną
piranię, klika małych rybek i 3 z kolcami. Zjemy je później usmażone
na kolację. Chętni mogą pływać. Wieczorem płyniemy do zatoki, gdzie
chodzi stadko kapibar ( największe gryzonie na świecie ), a potem oglądamy
przepiękny zachód słońca. Wieczorem Roberto ( nasz przewodnik )
opowiadał nam o zwyczajach anakond, walce z nimi ( podobno należy je
ugryźć - ludzka ślina jest dla nich trująca ), jak bardzo są płochliwe.
Mówił też o parku Alto Madidi ( podobno niesamowite miejsce ).
Następny dzień zaczynamy o 5:30 - płyniemy, aby słuchać głosów ptaków
i obejrzeć wschód słońca nad pampą. Po śniadaniu płyniemy w górę
rzeki i oglądamy z bliska aligatory i kajmany ( ciemniejsze, o trochę
innym kształcie ), niebieskawe ptaki i kapibary. Po obiedzie wracamy do
cywilizacji. Po drodze spostrzegamy płynącego węża. Nasza łódź
natychmiast zawraca. Nasz przewodnik, wraz z drugim ( z innej łódki )
wyciągają węża z krzaków ... Nasz wąż to kobra. Łódka psuje się
nam kilkakrotnie, ale w końcu dopływamy do wioski i wracamy do Rurrenbaque.
Chcemy kupić bilety do Trinidadu, ale wszystko jest już zamknięte.
Na kolację średnia pizza ( 22 boliwiano ) i smaczne, miejscowe piwo ( 8
boliwiano ).
02.08.2000 wstajemy wcześnie, aby zdążyć na autobus, ale gdy
docieramy na dworzec autobusowy, okazuje się, że bilet do Trinidadu
jest jutro o 3:00 rano, a bilet kosztuje aż 140 boliwiano ( wczoraj mówiono
nam, że 75 boliwiano ). Postanawiamy więc, że polecimy samolotem.
Musimy czekać do otwarcia biura wojskowych linii TAM. Udaje się
nam kupić ostatnie 2 bilety na 8:30 ( 320 boliwiano + 5 boliwiano za
dojazd na lotnisko i 10 boliwiano za nadbagaż, ponad 15 kg ). Czekamy w
parku miejskim. Po zjedzeniu wspaniałej melby ( 11 boliwiano ) jedziemy
autobusem do Areopuerto Rurrenbaque. Wygląda ono dość dziwnie,
jak na lotnisko. Pas startowy jest trawiasty, ochrona przeciwpożarowa, to
jedna gaśnica, a bagaże wnoszone są ręcznie. Musimy jeszcze zapłacić
6 boliwiano opłaty lotniskowej i 1$ podatku lokalnego. Wreszcie
przylatuje nasz opóźniony samolot. Po 50 minutach lotu ( trochę trzęsie
) jesteśmy na lotnisku w La Paz. Taksówka za 30 boliwiano zawozi
nas na główny dworzec autobusowy. Kupujemy bilet na nocny autobus do Cochabamby
( 20 boliwiano ). oddajemy bagaże do przechowalni ( 2 boliwiano ) i
ruszamy na miasto. Wypłacam pieniądze ( dolary ) z bankomatu. O 21:30
jedziemy. Droga jest dobra, a autobus wygodny. |
|

|
O 5:30 jesteśmy w Cochabamba.
Znajdujemy hotel w pobliżu dworca - Elisa ( 30 boliwiano za pokój z łazienką,
15 bez łazienki ). Po krótkim wypoczynku wychodzimy obejrzeć miasto (
trzecie co do wielkości w Boliwii ). Na ulicy Calle Ayacucho S-259
znajduje się sklep ze zdrową żywnością Coincoca, jak sama
nazwa wskazuje, sprzedający głownie różnorakie wyroby z koki - liście
( 2 boliwiano za torebkę ), ekstrakt ( 10 boliwiano ), maść do
nacierania ( 8 boliwiano ), pastę do zębów, wino, gumę do żucia i
inne. W mieście nie ma zbyt wiele atrakcji, więc odwiedzamy kawiarnię
internetową ( 6 boliwiano / h ) i restaurację. W czasie sjesty wszystko
jest zamknięte i dopiero po południu ożywa. Kupujemy bilet do Sucre
( 15 boliwiano ). Za pokój liczą nam tylko po 25 boliwiano ( byliśmy
tylko część doby ). Nasz autobus wyrusza o 19:30. Droga szybko
przestaje być asfaltowa, wjeżdżamy w góry. Trzęsie tak, jakby ktoś
specjalnie podkładał kamienie pod koła. Po drodze czeka nas kolejna
kontrola policyjna. Nad ranem jesteśmy na miejscu. Decydujemy się jednak
jechać dalej, do Potosi i przesiadamy się na autobus do tego
miasta ( 15 boliwiano ). Przejeżdżamy przez centrum Sucre -
konstytucyjnej stolicy Boliwii. Miasto wygląda bardzo ładnie. Nasz
autobus jedzie dobrą, asfaltową drogą, wijącą się przez suche, puste
góry. |
|
|
Około 10:00 docieramy do Potosi.
Jedziemy taksówką do hotelu Felcar ( pokój ze wspólną łazienką - 20
boliwiano od osoby ). W naszym hotelu mieści się także biuro podróży
i tam wykupujemy wycieczkę do kopalni srebra i cyny na następny dzień (
cena nominalna 10$=62 boliwiano, stargowaliśmy do 40 boliwiano ). Jutro
zaczyna się trzydniowe święto narodowe Boliwii, dlatego zwiedzać
kopalnie można tylko rano. Po krótkim odpoczynku idziemy zwiedzić
miasto. Chcę znaleźć bank - niestety przewodnik Pascala
po raz kolejny okazuje się niezbyt dokładny, bank znajduje się w całkiem
innym miejscu niż na mapce w książce. Odwiedzamy katedrę, dawną
mennicę królewską Casa Real de la Moneda (wstęp do środka 10
boliwiano, fotografowanie 10 boliwiano, filmowanie 10 boliwiano, na szczęście
na dziedziniec można wejść za darmo i na tym poprzestajemy ). Ładne są
kolonialne kamieniczki. Odwiedzamy rynek artystów ludowych - można tu
kupić swetry z alpaki ( 55 boliwiano ), ładne czapki ( 20 boliwiano ),
wyroby ze srebra. Przyjemnie zaskakuje nas wieczorem pogoda. Choć jesteśmy
na wysokości 4070 m n.p.m., to jednak jest cieplej niż nad jeziorem
Titicaca.
Rankiem wyruszamy na wycieczkę do kopalni. Dostajemy stosowny ubiór - żółte
kurtki, gumiaki kaski. Wpierw jedziemy rynek górniczy. Tutaj właśnie
zaopatrują się pracownicy kopalń. My kupimy dla nich podarki - do
wyboru są liście koki ( wraz ze specjalnym skamieniałym popiołem -
10 boliwiano za sporą torbę ), papierosy, 97 % spirytus, dynamit i
amonit ( paczka za 10 boliwiano ). Potem jedziemy do kopalni.
Spotykamy kobiety "palliri"
( wdowy po górnikach ), zajmujące się odzyskiwaniem srebra ze starych
odpadów. Widzimy pokaz wysadzania skał dynamitem. Dostajemy lampy -
karbidówki i schodzimy wraz z naszym przewodnikiem ( byłym górnikiem )
do wnętrza kopalni. Próbujemy, jak smakują liście
koki. Żuje się je wraz z kawałkiem popiołu ( zawarte w popiele
substancje wydobywają z liści substancje czynne ). Po chwili szczęka
drętwieje ( jak podczas znieczulenia u dentysty ) i czuje się wyraźny
dopływ energii. Posuwamy się wąskim chodnikami, zgięci w pół. z
powodu święta nie ma zbyt wielu pracowników. Pracują oni ręcznie -
wykuwają otwory pod dynamit, a potem wysadzają skały ( wybuchy są o
13:00, a głośne stukanie kilofami ostrzega przed wchodzeniem w rejon
detonacji ). Przewodnik opowiada nam o kopalni - znajduje się w niej 40
żył srebra o długości do 5 km, grubości od 5 cm do 5 m i wysokości
do 800 m. Po wydobyciu cały urobek jest wywożony taczkami. Kopalnia jest
spółdzielcza, każdy ze współwłaścicieli sam w niej pracuje i
zatrudnia pomocników, kupuje liście koki i dynamit. W ciągu 2 tygodni
zarobek całej grupy to około 1 000 boliwiano. Spotykamy górników w różnym
wieku - zarówno 65 latka, jaki pomagającego ojcu 10
latka. Obdarowujemy ich koką i papierosami ( a dzieciaka cukierkami
). Zwykle pracę zaczyna się w wieku 12 lat. Spotykamy także grupę
pracującą w sposób bardziej nowoczesny - mają młoty pneumatyczne i
elektryczne lampy. Na koniec schodzimy na sam dół do bożka
"El Tio". Jest on połączeniem indiańskich bogów i
chrześcijańskiego diabła, właścicielem kopalni i jej minerałów. Górnicy
składają mu ofiary w postaci liści koki i papierosy ( gdy je wypala, to
dobry znak ). Na korytarzach kopalni wiszą małe flagi - pozostałość
po obchodach rytuału quaracu.
W czasie karnawału, 23 maja i 1 sierpnia składane są ofiary dla starożytnej
bogini ziemi Pachamamy oraz dla El Tio. Zabija się
wtedy lamę, a jej krwią spryskuje na szczęście zabudowania
kopalni i jej korytarze. Po oddaniu dla El Tio resztek naszych
zapasów koki i papierosów wychodzimy na powierzchnię. Wracamy do
miasta. Tu właśnie kończą się obchody święta narodowego.
Idziemy obejrzeć przepiękną fasadę
kościoła św. Wawrzyńca ( Iglesia de San Lorenzo ), oraz
miejscowy targ.
Następnego dnia jedziemy autobusem do Uyuni. Chociaż wsiedliśmy
do autobusu przed biurem firmy transportowej, to on i tak jedzie na
miejscowy dworzec. Tylko po to, abyśmy zapłacili opłatę za korzystanie
z dworca, na którym nawet nie byliśmy .... Po zatankowaniu (
dlaczego nigdy nie można zrobić tego przed wyruszeniem w trasę ? )
ruszamy dalej. Droga jest kiepska, ale krajobrazy przepiękne - różne
kolory skał ( zielone i czerwone ), stada lam i alpak, przepiękne wąwozy
quebrada. Zatrzymujemy się na krótki postój w biednej wiosce (
na środku, ogrodzona drutem kolczastym, antena satelitarna i panele słoneczne,
dostarczające prąd ). W końcu docieramy do celu. Na środku kompletnego
pustkowia, na równinie znajduje się Uyuni. |
|

|
Do zimnego i
wietrznego Uyuni wjeżdżamy
około 18:00. Chcemy jechać taksówką do hotelu Tunupa, ale w końcu
kierowca zawozi nas do Hotelu Avenida. Za pokój dwuosobowy ze wspólną
łazienką musimy z góry zapłacić 20 boliwiano. Na szczęście
od 7:00 do 20:00 jest prysznic z ciepłą wodą, co w tych warunkach
daje jedyną możliwość kąpieli. W pobliskiej agencji Tunupa Tours
wykupujemy wycieczkę do Salar de Uyuni i dalej do granicy z Chile
( 75$ + 5 $ za wstęp do Parku Narodowego, wycieczka z powrotem do Uyuni
70$ ). Gdy idziemy na kolację do pizerni ( pizza 20-25 boliwiano,
herbata 2 boliwiano, piwo 9 boliwiano ) ciepło zapewniają piecyki
gazowe. W nocy nie jest nawet tak zimno. Za to następnego ranka czeka nas
niespodzianka - w łazience umywalkę pokrywa lód. Mimo wszystko biorę
ciepły prysznic. Mamy mieć wyjazd o godzinie 11:00. Idziemy do biura
emigracyjnego - tam za jedyne 15 boliwiano wbijają nam pieczątkę
wyjazdową z Boliwii. Potem długo czekamy na wyjazd i ruszamy dopiero po
12:00. Z nami jest pięć Francuzek oraz drugi samochód Włochów. Jedzie
z nami kierowca-przewodnik i kucharka - Indianka ciągle żująca liście
koki. Pierwszym punktem wycieczki jest składowisko starych, parowych pociągów.
Robi naprawdę duże wrażenie. Potem jedziemy przez rezerwat wikunii
( dzikie krewniaczki lam, bardzo płochliwe, podobne do saren ). Oglądamy
kopalnię soli i wreszcie wyjeżdżamy na Salar
de Uyuni, mijając przy wjeździe sklep z tandetnymi rzeźbami
solnymi. Jedziemy przez niesamowitą białą pustynię, aż docieramy do
hotelu w całości wykonanego z soli ( nocleg kosztuje 20$ za noc z wyżywieniem
). Obok znajduje się równie dziwny pałac z soli, jeszcze w budowie. Po
dość skromnym posiłku jedziemy dalej. Docieramy do wyspy Pescado
( Wyspa Ryby ), nazywanej tak od jej kształtu. Żyją tam wiskacze,
gryzonie, wyglądające jak skrzyżowanie królika z małym kangurem , a
dokładniej, z kangurzym ogonem. Teren całej wyspy porastają ogromne
kaktusy, o przedziwnych kształtach. Intensywnie niebieskie niebo, biały
salar i brązowo-zielona wyspa tworzą wspaniały widok. Udajemy się pod
wygasły wulkan Tunupa, do hotelu o tej samej nazwie, gdzie spędzimy
noc. Przy brzegu gnieżdżą się stada flamingów. Przed kolacją idziemy
obejrzeć mumię na wzgórzu i wracamy już po ciemku. Posiłek jest znowu
raczej skromny, co nie nastraja nas zbyt przyjaźnie w stosunku do
organizatora naszego wyjazdu. Wstajemy o 6:00 rano, żeby obejrzeć wschód
słońca, ale to pokazuje się dopiero po 7:00. Jest zimno, zamarzają
nawet słone sadzawki. Po, tradycyjnie już, niezbyt obfitym śniadaniu
wyruszamy dalej. Po opuszczeniu solniska wjeżdżamy do bazy wojskowej.
Musimy pokazać nasze paszporty. Zatrzymujemy się, aby obejrzeć z daleka
czynny, dymiący wulkan i zniszczone przez erozję skały wulkaniczne.
Mijamy kilka lagun z dużymi stadami ptaków. Przy jednej z nich
zatrzymujemy się, aby z bliska podziwiać flamingi czarne i czerwone.
Przy brzegu jest cuchnące błoto boraksowe. Po opuszczeniu laguny wjeżdżamy
do parku Narodowego. Znowu spotykamy wiskacze. Mijamy płaty śniegu i
docieramy do skały
Salvadora Dali ( San Piedro ), wyrzeźbionej przez wiejący w
tym miejscu z dużą siłą wiatr. Jeszcze trochę jazdy po wertepach i
docieramy do Laguna Colorado. Opłacamy bilet do parku ( 30
boliwiano ), kwaterujemy się i już robi się za ciemno, aby zrobić zdjęcie
w tym przepięknym miejscu. Szkoda. Czerwona woda jeziora jest przepiękna.
Jest bardzo zimno, porywisty wiatr jeszcze pogarsza sprawę. Śpimy
wszyscy w jednym pomieszczeniu, w "hotelu" pokrytym falistą
blachą. Na kolację. po długim oczekiwaniu, dostajemy
"spageti", czyli makaron z cebulą i kawałkami mięsa.
09.08.2000 wstajemy o 6:00 rano. Ubieramy się w ciemności i
pakujemy. Na dworze jest bardzo zimno. Jedziemy do gejzerów ( a właściwie
fumaroli ). Z
ziemi wydobywają się kłęby gorącej pary, z jednego z otworów leci
ona, jak z czajnika. W wielu bulgocze błocko. Grzeję ręce w kłębach
pary. Dopiero po wschodzie Słońca robi się cieplej. Następnym etapem
naszej wycieczki są ciepłe źródła, zasilające zatokę jeziora. Dzięki
temu temperatura wody utrzymuje się tam na poziomie 30 st. C. Można
moczyć nogi, oglądając liczne ptaki, gnieżdżące się w pobliżu. Po
zjedzeniu śniadania ruszamy dalej. Mijamy ogród skalny, czyli ostańce
rozrzucone na piasku. Przejeżdżamy obok Laguna Blanca i docieramy
do Laguna Verde,
położonej u podnóża wulkanu. Ma ona zielonkawy kolor, a o 11:00 ma
nastąpić magiczna zmiana koloru ( wiatr zmienia ułożenie skał na dnie
). Niestety nie jest nam dane zobaczenie tego. Musimy jechać na granicę Chile.
Jestem wściekły. Oczywiście potem okazuje się, że można było jednak
poczekać. Posterunek graniczny to jeden budynek na środku pustkowia. Można
tam podbić paszport. Kosztuje to mniej niż w Uyuni ( 5 boliwiano
). Po pewnym czasie podjeżdża minibus, zabierający turystów do San
Pedro de Atacama. Na początku droga jest piaszczysta, w pewnym
momencie pojawia się jednak asfalt. To znak, że przekroczyliśmy już
granicę. Jak powiedział nasz kierowca "Witajcie w
cywilizacji". |
|