|
Chiny |
|

|
|

|
Mongolię opuściliśmy w dniu 14.07.1999
Bez żadnych problemów przekroczyliśmy granicę i pociągiem przejechaliśmy
do miasta Eren. Już na samym początku skosztowaliśmy świetnego
jedzenia za niewielkie pieniądze oraz doświadczyliśmy. trudności z
porozumieniem. W pierwszej z brzegu knajpie zjedliśmy wspaniałe danie z
ryżem oraz zetknęliśmy się po raz pierwszy z doskonałym miejscowym
.piwem.
Okazuje się, że pieniądze mają tu kilka nazw.
Oficjalnie waluta to RMB ( "Renminbi" - pieniądz ludowy
), a jej jednostki 1 Juan = 10 Jiao i 1 Jiao = 10 Fen
( feny praktycznie nie są używane ). W mowie potocznej Juan to kuai,
a Jiao to mao.
W przygranicznym mieście hotel kosztował nas 10 Juanów ( 1$ w Bank of
China to 8,07 Juana ). Miasteczko zabudowane jest niskim budynkami,
jedynie budynki rządowe i paru firm wyróżniają się znacząco.
Wyruszamy pociągiem do miasta Jining, oglądając po drodze step ( 21
Juanów ), a tam łapiemy autobus sypialny za 51 Juanów do Pekinu.
Ten typowo chiński wynalazek to przerobiony zwykły autobus z dwoma
"poziomami" łóżek. Na każdym śpią dwie osoby. Ja wylądowałem
na samym tyle, razem z czterema Chińczykami. Za pomocą rozmówek szybko
nawiązaliśmy konwersację. Moi współtowarzysze okazali się bardzo
troskliwi - w nocy przykryli mnie, gdy zrobiło się zimno. Ponieważ
obsługa po wyjechaniu z dworca nieoficjalnie "dopakowała" pasażerów,
w trakcie podróży można było wysiąść tylko przez okno. Mimo
wszystko dość wygodnie dotarliśmy nad ranem do Pekinu |
|

|
W Pekinie znajdujemy dość dobre
lokum w podziemiach eleganckiego hotelu za jedyne 30 Juanów. Na początku
zwiedzamy plac Tiananmen . Oczywiście jemy w słynnym McDonald`s (
zestaw 16,80 Juanów ). Ogromny plac robi niesamowite wrażenie.
Odwiedzamy oczywiście mauzoleum Mao i rozpoczynamy zwiedzanie Zakazanego
Miasta. Ten wspaniały kompleks to rzeczywiście cud świata, choć byłoby
przyjemniej, gdyby nie 40 stopniowy upał i tłumy chińskich turystów (
wstęp 30-50 Juanów ). Przepiękna jest panorama Zakazanego Miasta z
pobliskiego wzgórza. Niedaleko historycznego kompleksu mieści się tzw.
nowe Zakazane Miasto, czyli siedziba władz ChRL. Następnego dnia
wyruszamy na zwiedzanie Pałacu Letniego. Niestety transport w
stolicy Chin jest fatalny, a dogadać się z Chińczykami jest bardzo ciężko.
Przejazd metrem i autobusem 375 zajmuje nam ponad 3 h ! ( metro 1 Juan,
autobus 1 Juan, wstęp 33 Juany, przejazd łódką 5 Juanów ). Miejsce
jest przepiękne, tylko znowu te tłumy....
Kolejny dzień chcemy poświęcić na obejrzenie Wielkiego Muru.
Znalezienie taniego przejazdu do Badaling nie było jednak takie
proste. W końcu na placu Tiananmen na przystanku linii nr 17 znajdujemy
specjalną linię wycieczkową w cenie 36 Juanów. Odwiedzamy Juyongpass
( twierdzą na Wielkim Murze ), odcinek muru w Badaling i grobowce
Mingów. Wstęp na na mur to konieczność wydania 30 Juanów. Jednak
pieniędzy nie żal - tu czuć historię.
Wieczorem idziemy na nocny targ żywności - można delektować
się między innymi smażoną szarańczą, ptaszkami, skorpionami lub
kokonami owadów. Ja decyduję się tylko na zasmażane krewetki ( smaczne
) i smażoną czarną rybę ( ohydztwo ). W "supermarkecie"
można kupić chińską wódkę - jest ekstremalnie tania, mocna i taka
sobie w smaku.
Ostatni dzień w Pekinie pozwala poznać mi trochę prawdziwe miasto - zarówno
wyburzane hutongi
( stare budownictwo ), jak i nowoczesne wieżowce wyrastające z dnia na
dzień. Główne ulice miasta są szerokie. Mają wydzielone pasy dla
rowerów. Tłumy rowerzystów przemieszczają się bardzo sprawnie.
Obok naszego hotelu płynie straszliwie zanieczyszczona rzeka, a niedaleko
rozciągają się slumsy . Wieczorem mogę podziwiać puszczanie latawców
nad placem Tiananmen. Wspaniałe smoki majestatycznie unoszą się nad
miastem. Gdy rozpoczyna się zachód słońca ma swój początek ceremonia
zdjęcia flagi Przy dźwiękach "Międzynarodówki" czerwona
flaga powoli spływa z masztu, a potem oddział wojska odnosi ją do
Zakazanego Miasta. |
|

|
Dnia 20.07.1999 wyjechaliśmy pociągiem
do X`ian. Kupno biletów w dniu odjazdu nie było takie proste. Nie
skorzystaliśmy z usług koników i w rezultacie tylko przez część
trasy mieliśmy miejsca siedzące. Jednak nie było powodów do narzekań
Za 162 juany jechaliśmy w dość luksusowych warunkach, z klimatyzacją.
Kilkunastogodzinną jazdę urozmaicała nam rozmowa z chińskim studentem.
Jego poglądy były były dla nas trochę szokujące ( masakra w 1989 roku
to dzieło ... terrorystów ), ale ciekawe. W każdym razie rano dotarliśmy
do X`ian. Znajdujemy miejsca w hotelu po 25-30 Juanów. W tym mieście
doznaliśmy najwspanialszych przeżyć kulinarnych - wołowina w sosie słodko
kwaśnym, serwowana w jednej w małych restauracyjek na starym mieście,
była niezapomniana ( 10 Juanów ). Do tego oczywiście piwo. Po odespaniu
podroży obejrzeliśmy niesamowitą dzielnicę muzułmańską,
gdzie można było zjeść fajne szaszłyczki. Następnego dnia pojechaliśmy
zobaczyć słynną terakotową armię. Znajduje się ona trochę
poza miastem - autobus kosztuje 5-6 Juanów. Za wstęp trzeba wydać
65 Juanów. W środku nie można robić zdjęć :-) . W 4 pawilonach
można zobaczyć dumnych wojowników, którzy mieli strzec grobu cesarza.
W mieście można skorzystać z dość wolnego Internetu w China Telecom
( 18 Juanów za godzinę i 10 Juanów za 1/2 h ). |
|

|
Wieczorem wyruszamy do Chengdu.
Myślimy, że pociąg będzie wyglądał, tak jak poprzednio. Jednak wkrótce
przekonamy się, jak bardzo się mylimy. To prawdziwa rzeźnia. W środku
kłębi się tłum pasażerów, którzy stoją przez całe 19 godzin podróży.
W środku panuje straszny zaduch, na podłodze wyrasta warstwa śmieci,
siedzenia kleją się do pośladków. Co pewien czas przepycha się ktoś
sprzedający jedzenie. Największym wzięciem cieszą się zupki w
plastikowych pojemnikach. Zawsze dostępna jest gorąca woda w termosach.
Wielu Chińczyków ma ze sobą specjalne słoiczki na herbatę.W pewnym
momencie wybucha bójka o miejsce do siedzenia. Można przysnąć tylko na
chwilę i z utęsknieniem czekać na koniec tej męki. Gdy wysiadamy tłum
rusza, aby zająć nasze miejsca. 40-50 letnia kobieta z dużą zręcznością
wskakuje przez okno. Z przyjemnością udajemy się do hotelu, mieszczącego
się w .... szkole medycyny chińskiej ( 35 Juanów za miejsce w dwójce,
20 w trójce ). Chengdu to jedno z najnowocześniejszych miast chińskich
- wszędzie mury pną się ochoczo do góry. Udaje się nam wymienić
TC na gotówkę w banku ( mniej niż 1% prowizji ), a tą na juany u
cinkciarzy po kursie 8,7 Juana / USD. |


 |
W Chengdu kupujemy bilety na
rejs po Jangcy. 4
( ostatnia ) klasa kosztuje 157 Juanów. Następnego dnia jedziemy
autostradą luksusowym autobusem do Chongqing ( 102,5 Juanów ). Na
miejscu czekają na nas już z nazwiskiem na kartce. Usilnie namawiają
nas do wykupienia lepszej klasy. Potem zawożą nas na statek, ale
chyba na inny niż mieliśmy płynąć pierwotnie. Za to płyniemy 3 klasą.
I cieszymy się z tego, bo 4 klasa, to zbiorowa kabina. Mamy klimatyzację
i jesteśmy sami
( Chińczyk z naszej kabiny....uciekł ! ). Na statku są dwie toalety i
prysznic z wodą z rzeki. Mamy też restaurację
( z nawet przyzwoitym jedzeniem ) i salonik ( na dzień dobry
"Titanic" z płyty CDV oraz karaoke ). Towarzystwa dotrzymują
nam karaluchy i szczur w kabinie.
Sama podróż jest dość monotonna, rzeka ma kolor żółto- brązowy i pływa
w niej mnóstwo opakowań po chińskich zupkach i inne zanieczyszczenia.
Co pewien czas zatrzymujemy się w różnych miejscowościach. Jest
wycieczka do tzw. małych przełomów - za 100 Juanów
( nie skorzystaliśmy ). Same przełomy robią dość duże wrażenie
- ogromna rzeka w pewnym momencie bardzo się zwęża. Po trzech dniach
podróży docieramy około północy do Ychang. Po nocy w hotelu (
30 Juanów ) wyruszamy pociągiem do Sanjiang ( hard seater za 51
Juanów, sypialny kosztował 151 Juanów ). |
|



|
Podróż do Sanjiang przypomina
przejazd do Chengdu, na szczęście w połowie drogi wysiada część pasażerów.
W nocy budzi nas policjant, żeby ... porozmawiać z nami po angielsku !
Po 17,5 h podróży docieramy do Sanjiang, skąd za 5 Juanów jedziemy do
wioski mniejszości Dongów. Za 10 Juanów mamy bardzo przyzwoity
hotelik. Sama wioska jest niesamowita - czas płynie tu inaczej. Słynne
mosty ( dla turystów opłata 5 Juanów za wejście ), pola ryżowe, urządzenia
nawadniające sprawiają, że widoki są niezapomniane. Żałuję, gdy
następnego dnia wyjeżdżamy. Następnym celem naszej podróży jest Longsheng.
Po 2 przesiadkach i wydanych 15 Juanach docieramy do wioski ludu Yao. W
czasie jazdy mamy okazję obserwować wieśniaków wiozących na targ żywe
prosiaki lub ryby ( razem z urządzeniem do napowietrzania wody ! ). Możemy
zamieszkać na dole w wiosce ( 10 Juanów ), lub wdrapać się na górę z
plecakami ( kobiety Yao mogą wnieść plecaki za 15 Juanów, ale to
naruszałoby moją męską dumę ! ). Zostajemy na dole. Mieszkamy w
chacie na palach, w raczej prymitywnych warunkach - pod nami jest chlew, a
w naszych pokojach imponujące pająki.
Wdrapanie się na tarasy ryżowe w upalny dzień nie jest takie proste,
ale widoki wynagradzają trudy ( wstęp 20 Juanów ). System nawadniania
zbudowany kilkaset lat temu działa do dziś.
Wieczorem mamy okazję być świadkami pogrzebu - strzelają petardy, męczone
są świnie, a żałobnicy są ubrani na biało.
W czasie kolacji mamy możliwość przekonać się, że kobiety Yao są
najgorszymi kucharkami na świecie - z kolacji dał się zjeść tylko ryż.... |
|
|
31.07.1999 docieramy do Guilin
( 15 Juanów ), a stamtąd do Mekki zachodnich turystów - Yangshoo.
Na miejscu tłumy, więc o miejsce w hotelu jest trudno ( pokój 20 Juanów
). Za to można zadzwonić do domu
( 1 minuta 16 Juanów ) i skorzystać z Internetu ( 1 h = 20 Juanów ). W
mieście można zjeść dania europejskie, choć często dodawane chińskie
przyprawy czynią je mało jadalnymi ( pizza 10 Juanów, kolacja 25 Juanów
). Choć okolica ma wspaniałe krajobrazy, to wiele osób spędza czas na
głównej ulicy nazwanej przez nas "Krupówkami", zmieniając
tylko restauracje.
Okolicę można oglądać z siodełka roweru ( mnóstwo wypożyczalni )
lub z rikszy. Do najciekawszych miejsc należą "Moon Hill"
- wzgórze o specyficznym kształcie ( wstęp 8 Juanów, wspaniałe widoki
) oraz ogromne drzewo "Big Banyan Tree"( 13 Juanów, można
wejść bokiem ).
Warto także wybrać się na przejażdżkę łódką po słynnej rzece Li.
Można płynąć z samego miasta, albo dojechać do Xinping ( 5 Juanów
w jedną stronę ) i stamtąd przepłynąć najciekawszy odcinek (
Xinping-Yangdi-Xinping to wydatek 40 Juanów ). Ta wycieczka to dobrze
wydane pieniądze. Gdy po deszczu z mgły wydobywają się ostańce czuję
się, jakbym przeniósł się do staro chińskiego obrazu. Krajobraz nad
rzeką wielokrotnie opiewany przez poetów to właśnie te prawdziwe
Chiny, które chciałem obejrzeć.
Trzeciego dnia pobytu w Yangshoo postanowiłem wybrać się
na krótką wycieczkę do Guilin ( autobus 5-10 Juanów ). Największa
atrakcja to grota "Red Flute Cave". ( wstęp 40 Juanów
). Jest ona bardzo ciekawa, tylko przerobiona w "chińskim"
stylu, to znaczy z kolorowym podświetleniem i betonowymi chodnikami. Oglądam
sobie także park "Seven Stars"( 15 Juanów ).
W Yangshoo kupuję trochę prezentów - malowidła chińskie za 20-30 Juanów,
kaligrafię za 8,5 Juana, piękny wachlarz za 2 Juany. |
|



|
Po trzech dniach odpoczynku w
kurorcie, wyruszamy w podróż do najbiedniejszej prowincji Państwa Środka
- Guizhou. Poprzez Guilin wracamy się do Longsheng,
tam łapiemy autobus do Longe. Za 10 Juanów przemierzamy przez 3
godziny tą drogę w niesamowitym pyle i kurzu. Na dachu wszelkie bagaże
- w tym żywe kury w klatce. Jedyny hotel otwarty dla cudzoziemców
pobiera opłatę 15 Juanów. Wykąpać można się w pobliskiej rzece.
Następnego dnia o godzinie 6:00 mamy autobus do Zhaoxing ( 5 Juanów,
2 godziny ). Znajdujemy całkiem przyzwoity hotel ( w którym
notabene spotykamy turystkę z Francji, z pochodzenia Polkę ). Za to w
knajpie za 5 Juanów próbują na wcisnąć ryż z jakimś zielskiem.
Dziewczyny same kupują na targu potrzebne warzywa i po usmażeniu
wszystkiego w woku powstaje całkiem smaczny obiad. Sama wioska jest
przecudowna. Skapana w słońcu z życiem toczącym się niespiesznie.
Mieszkańcy ( głównie mężczyźni ) spędzają całe dnie na
zabudowanych mostach. W czasie spaceru można zobaczyć pracującego
kowala lub oprawianie psa na obiad .Następnego dnia jedziemy o 7:00
do Liping ( 10 Juanów ), gdzie łapiemy autobus sypialny do 45
Juanów do Leishan. Droga jest straszna , autobus podskakuje na
wybojach, wszędzie wciska się pył. Z powodu kłopotów z silnikiem
dopiero po 7,5 h jesteśmy na miejscu. Hotel pocztowy kosztuje nas 20 Juanów
od osoby. Rano, za 7 Juanów odbywamy szybką podróż do Kaili. Tu
kupujemy bilety na pociąg do Kunmingu na 19:30. Kosztuje nas tylko
113 Juanów, ale nie mamy rezerwacji ( stacja jest za mała ). Widząc tłumy
na peronie ogarnia nas trochę strach przed podróżą. Czas do odjazdu
pociągu spędzamy w miłej kafejce, niedaleko dworca. Tuż przed odjazdem
pociągu dostajemy dobrą radę od Chinko-Francuzki - mamy iść do wagonu
restauracyjnego. Po wepchaniu się do pociągu, przedzieramy się przez
zatłoczony pojazd ( podłoga pokryta jest dość grubą warstwą śmieci
i plwocin ). Wreszcie udaje nam się odnaleźć wagon restauracyjny i tam
znajdujemy bezpieczny azyl. Za 20 Juanów dostajemy herbatę i zupkę z
makaronem, oraz możemy siedzieć od 22:00 do 6:30. Trochę śpię, trochę
rozmawiamy z poznaną parą turystów ( Austriaczka i Niemiec ). Rano
bezapelacyjnie wyrzucają nas z restauracji, ale znajduję sobie przytulne
miejsce, gdzie na karimacie śpię aż do przybycia do celu. o 12:30 |
  |
08.08.1999 jesteśmy w Kunmingu.
Straszliwie zmęczeni po podróży wybieramy pierwszy hotel z "Lonely
Planet". - Kuhnu Hotel. Miasto robi na mnie bardzo dobre wrażenie
- przyjemny klimat, czysto, wszystko odremontowane z okazji odbywającej
się tutaj wystawy światowej ( tak, tak Expo`99-kto o tym wie ? )
W "La Pizetta" można zjeść wyśmienitą pizzę za 25 Juanów,
a w tutejszym China Telecom jest najtańszy Internet - 10 Juanów za
godzinę. Następnego dnia jedziemy do "Kamiennego Lasu".
Wsiadamy do autobusu za 18, 50 Juana na dworcu i.... okazuje się, że
trafiliśmy na tak typową dla tego kraju wycieczkę. Zanim dotrzemy na
miejsce zdążymy odwiedzić trzy jaskinie, sklep z biżuterią i
restaurację. Po 5 godzinach jesteśmy na miejscu. Bilet to koszt 55 Juanów,
dla studentów - 30 Juanów. "Kamienny Las" byłby
niesamowity, gdyby nie tłumy Chińczyków, głośnych i ciągle robiących
zdjęcia. Po 1,5 godziny mamy dość i za 20 Juanów łapiemy mikrobus z
powrotem. Za 107 Juanów kupujemy bilet na autobus sypialny do Lijiang.
Teoretycznie powinniśmy wyruszyć o 19:00, ale przez 2 godziny czekamy na
chętnych do zajęcia dwóch wolnych miejsc. W nocy zaczyna mocno padać
deszcz, a ktoś dobiera się do bagażu jednej z dziewczyn. |
|
W Lijiang znajdujemy wolne
miejsca dopiero w hotelu "Red Sun", tuż obok pomnika Mao
( za 20 -30 Juanów). Główna atrakcja, to Stare Miasto - światowe
dziedzictwo kultury UNESCO. Przetrwało ono trzęsienie ziemi, które zrównało
nowoczesne budynki. Część z zabytkowych budynków jest odnowiona,
jednak najbardziej urokliwe są te uliczki, gdzie nic się nie zmieniło
od dawnych czasów. Nad jednym z kanałów przecinających dzielnicę
odnajdujemy fajną knajpkę "Sakura Restaurant", gdzie jedzenie
jest zawsze wspaniałe. Lokalna specjalność, to kanapka Naxi z sera
koziego. Pizza kosztuje 12 - 14 Juanów, wspaniałe musli - 8 Juanów.
Następnego dnia postanawiamy zobaczyć monastyry. Jedziemy nawet do
pobliskiej wioski, ale ciągłe opady zmuszają nas do szybkiego powrotu.
Kupujemy bilety na autobus do Dali. Droga jest świetna i po 3
godzinach jesteśmy na miejscu. Jest tam dość dużo białych turystów i
sporo guesthousów, oferujących przyzwoity nocleg za 10-20 Juanów. |

 |
13.08.1999 wyruszam na zwiedzanie Dali. Miasto,
choć nie tak piękne jak Lijiang, to jednak ma sporo atrakcji.
Przede wszystkim jest miastem mniejszości narodowych. Można tu spotkać
wielu ludzi w pięknych strojach regionalnych. Ciekawe są bramy miejskie
( wstęp 2 Juany ). Na jednej z nich spotykam interesujących staruszków.
Niestety po zmierzchu bramy są oświetlane.... jarzeniówkami, najczęściej
w czerwonym kolorze, tak że nazywamy je "Pizza Hut". Dali,
to trochę kurort - niedaleko jest jezioro i góry. Jest wiele
przyzwoitych restauracji - nam najbardziej przypadła do gustu
"Tibetan Cafe". Dlatego można tu spotkać wielu białych - między
innymi jedyną poznaną przez nas w Chinach polską grupę. Warto wybrać
się w góry. My odbyliśmy wycieczkę do świątyni Zhonghe. Wejście
jest dość męczące, bo trasa jest śliska i zajmuje około 1,5 h. Droga
jest jednak ciekawa, bo wiedzie min. przez cmentarz. Można wjechać wyciągiem
krzesełkowym za 35 Juanów. Sama świątynia nie jest zbyt imponująca,
ale niedaleko jest "Cloud Road", wiodąca przez wodospady, z
niesamowitymi widokami na jezioro i niebezpiecznymi punktami widokowymi.
Następnego dnia jadę na zorganizowaną wycieczkę statkiem na "Wase
Market" - targ w jednej z miejscowości nad jeziorem ( 30 Juanów ).
Mimo niesprzyjającej pogody ( ciągle pada - góry ), jest całkiem
fajnie i udaje mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć. Na targu można
kupić wszystko i np. jeden z wycieczkowiczów ( mały Izraelczyk ) kupuje
żywego kurczaka. Wieczorem kupujemy bilety na sypialny autobus do Kunmingu
( 90 Juanów ).Cały następny dzień pada deszcz, więc oddaję się słodkiemu
lenistwu i zakupom nabywam między innymi stemple z imieniem po chińsku (
15 Juanów ) i płytę z ludową muzyką ( 14 Juanów ). Około
19:00 opuszczamy miłe Dali. W czasie podróży muszę skorzystać
z toalety publicznej. Chińskie toalety to temat na osobną opowieść. Z
reguły nie ma tam sedesów - ani normalnych, ani "narciarskich"
( jak w krajach islamskich ). Po prostu przez środek biegnie odkryty
kanalik, spłukiwany co pewien czas wodą, którym spływają nieczystości.
Poszczególne kabiny są oddzielone niskimi murkami, nie mają drzwiczek.
W środku jest niemiłosiernie brudno, a każdy biały korzystający z
takiego przybytku jest bacznie obserwowany cały czas ( z głośnymi
komentarzami ). Podobnie wygląda ( choć jest niewątpliwie
czystsza ) toaleta przy stacji benzynowej dużego zachodniego koncernu. |

 |
Znowu wracamy do Kunmingu, do
tego samego hotelu. Mogę wreszcie odebrać moje rzeczy oddane do prania,
których zapomniałem zabrać przed wyjazdem. Niestety pogada znacznie się
popsuła - ciągle pada. To niweczy moje plany wejścia na EXPO. Cała
wystawa jest na świeżym powietrzu i szkoda mi wydawać 100 Juanów,
przy braku pewności, że cokolwiek zobaczę. Postanawiam powtórzyć próbę
następnego ranka. Niestety nadal padał deszcz. Rezygnuję także z
wyjazdu do "Bamboo Temple". Ponieważ jednak wstałem o 7:00
rano, to mam okazję zobaczyć ćwiczenia Tai-Chi. Widzę między
innymi ćwiczenia z mieczami, czy mistrza ćwiczeń z wachlarzem.
Niedaleko głównego placu w mieście wielu starszych ludzi ustawia klatki
z kanarkami. Inni uczą się tańczyć lub grają w badmintona. Okazuje się,
że pociągi do Hekou odjeżdżają z południowej stacji
kolejowej. Za 77 Juanów kupujemy bilety na pociąg sypialny. O ironio, tuż
przed odjazdem wypogadza się. O 14:55 wyruszamy. Podróż jest bardzo
przyjemna. Czysta pościel. termosy z gorącą wodą. Policja sprawdza
paszporty i dokumenty, od Chińczyków inkasuje po 10 Juanów. |
|

|
Rano jesteśmy na miejscu. Pada okrutnie
- jakby ktoś lał z węża. Znajdujemy hotel Nan Ya za 40 Juanów za pokój
( niezależnie ile osób w nim mieszka ). Mając zaświadczenie z banku,
udaje mi się zamienić w banku juany na dolary ( 8,28 RMB/USD ). Zjeść
można tylko zupkę z makaronem za 3 Juany lub wątpliwej jakości mięso
za 10 Juanów. Widać, że całe miasteczko nastawione jest na handel z Wietnamem.
Można pobawić się w wesołym miasteczku. Wieczorem do naszych pokoi
hotelowych dobijają się prostytutki. Jednej nawet udaje się wejść do
pokoju i trudno ją wyrzucić. Cała sytuacja powtarza się jeszcze w nocy
kilkakrotnie. Trochę niewyspani ruszamy, aby przekroczyć granicę. Urzędnicy
po chińskiej stronie są bardzo mili, dają nam nawet krzesełka do
siedzenia. Potem wystarczy już tylko przejść most graniczny i ... witaj
Wietnamie. |
|