|
Egipt |
|

|
|
|
03.10.2002 wyleciałem wcześnie rano z Okęcia samolotem
LOTu, obsługującym połączenie linii Alitialia. Po krótkim locie,
opóźnionym ze względu na mgłę, na pokładzie dość ciekawie wglądającego
samolotu Embraer, wylądowałem na lotnisku Malpensa, koło Mediolanu. Tu
przesiadłem się na samolot do Kairu. W czasie tego lotu miałem okazje
podziwiać wspaniałe widoki min. wybrzeża Chorwacji, a przy podejściu
do lądowania piramid w Gizie. Na lotnisku w stolicy Egiptu wymieniam
pieniądze ( 20$=92 LE ), a następnie miejskim autobusem ( z parkingu )
jadę do centrum. Muszę się przesiąść na 2 terminalu, cała podróż
trwa około 2 h i kosztuje 2 LE. Szczęśliwie wysiadam przy stacji
kolejowe Ramzes. Znam tutaj ( z mojego poprzedniego pobytu , 5
lat wcześniej ) hotel "Ciao". Niestety okazuje się, że hotelu
nie mogę zlokalizować i muszę wziąć taksówkę, która za 5 LE podwozi mnie kawałek ( a wystarczyło przejść na drugą stronę dworca
). W hotelu znowu rozczarowanie - podrożał znacznie od poprzedniego
pobytu. Robi się jednak późno i po negocjacjach śpię w pokoju z łazienką
i śniadaniem za 40 LE. Kupuję bilet do Asuanu na następną noc.
Podobno jest tylko I klasa, płacę za ten luksus 75 LE. Pomaga mi
policjant "turystyczny". Chcę dowiedzieć się jeszcze o prom
do Sudanu, ale już jest za późno. Na kolację jem falafela ( 3 kulki za
1 LE ), popijając wodę i colę ( razem 3 LE ). Bez problemu udaje mi się
wysłać SMSy do domu ( sieć Vodafon ). Wieczorem chodzę sobie po mieście
- ten zgiełk, ryk klaksonów, tłumy ludzi - ta metropolia naprawdę tętni
życiem. Piję sok z trzciny cukrowej ( 0,50 LE ), a potem piwo Stella w
hotelowej restauracji ( 6,50 LE ), wracam do pokoju i idę spać. W nocy
robi się trochę chłodno.
Rano wypytuję się o możliwość kupienia karty ISIC, ale dostaje tylko
propozycje kupienia wycieczki do Gizy ( 60 LE taksówką ) i przy
okazji wstąpienia do odpowiedniego biura sprzedającego karty ( podobno
miejsce zna tylko kierowca :-). Idę na dworzec kolejowy, do biura firmy
żeglugowej ( tuż przy punkcie sprzedaży miejsc w wagonach sypialnych
), ale z okazji piątku biuro jest zamknięte. Pakuję się, oddaję bagaż na
przechowanie. Jadę metrem do stacji Sadat, stamtąd idę do Nill Hilton
Mall, gdzie wypłacam pieniądze z bankomatu. Niedaleko jest Muzeum
Egipskie - mnóstwo policjantów, zwiedzanie odkładam na później.
Spaceruje wybrzeżem Nilu, potem
idę przez dzielnice na wyspie, aż docieram
do ulicy Manyal ( Manial ) 23, gdzie za 52,5 LE wyrabiam legitymacje ISIC ( właściwie
bez większych problemów ). Przechodzę przez most do dzielnicy Giza, tam
łapię ( z wydatną pomocą miejscowych ) autobus miejski za 50 piastrów,
który podwozi mnie pod same piramidy. Jeszcze minibus za 2 LE i już
jestem w rękach miejscowych naganiaczy. Choć z początku nie mam ochoty,
ale w końcu decyduję się wynająć wielbłąda za 30 LE ( plus 10 LE
napiwku dla poganiacza ). Mój przewodnik jest całkiem fajny, umie robić
dość dobre zdjęcia. Zsiadam z wielbłąda pod piramidami i dalej
zwiedzam już samodzielnie, wchodzę na wzgórze, skąd jest ładny widok,
wspinam się na jedną z mniejszych piramid ( za mały napiwek dla strażnika,
sam mi zaproponował ). Wszędzie mnóstwo naganiaczy, trudno się skupić
na zwiedzaniu, trwają przygotowania do jakiegoś przedstawienia ( Aida ?
). Wreszcie przy piramidzie Hefrena spotyka mnie policjant na wielbłądzie
i karze opuścić teren ( zamykają już o 16:00 ). Jeszcze oglądam Sfinksa, jem pizzę w Pizza Hut naprzeciwko piramid ( 30,5 LE ). Nie
zostaje na widowisko "Światło i dźwięk", ale wracam taksówką
na stację kolejową ( za 15 LE ). Trochę chodzę po okolicach dworca,
pije piwo w hotelowej restauracji, a potem idę do pociągu. Wagony w
"Nefretiti" są wręcz luksusowe, podróż przebiega sprawnie.
Rano ucinam sobie pogawędkę ze współpasażerem, która schodzi na
bardzo osobiste tematy ( dotyczące seksu itp ). Około 11:00 jestem na
miejscu. |
|

|
Na peronie w Asuanie
czekają już na mnie Ania i Janek - razem odbędziemy tą wspaniałą
podróż. Na początku idziemy do biura żeglugowego ( bardzo obskurnego
), gdzie za 192 LE kupuje bilet pierwszej klasy na prom do Wadi
Halfa. Mieszkamy w hotelu Noorhan ( miły i tani ). Po kąpieli
idziemy na poszukiwanie wycieczki do Abu Simbel
( były i takie za 75$, ale jedziemy w końcu do świątyni Ramzesa za 50
LE ). W centrum są 2 bankomaty, w jedynym czynnym udaje mi się dokonać
wypłaty pieniędzy. Wynajmujemy felukę
na rejs do
wyspy Kitschenera
( 10 LE ), gdzie zwiedzamy przepiękne ogrody i kupujemy niesamowite,
pachnące naszyjniki z owoców ( 1 LE ). Ponieważ nasz kapitan feluk jest
miły, nie nagabuje nas, więc postanawiamy popływać jeszcze po rzece za
15 LE, aż do zachodu słońca. Jemy w bardzo dobrej knajpce naprzeciwko
hotelu ( 3 LE za "fasolię" i wywar z kurczaka , 1 LE za sałatkę
).
Następnego dnia wstajemy o 3:30 i około 3:45 już czekamy na minibus.
Potem zbieramy pozostałych uczestników wycieczki z innych hoteli.
Czekamy na zebranie się całego "konwoju" i przed świtem wyjeżdżamy
z miasta. Po mniej więcej 3 godzinach jazdy przez pustynię jesteśmy na
miejscu, w Abu Simbel. Wstęp kosztuje 36 LE, dla studentów 19,5
LE. Przy wejściu jest kontrola bagaży, Jankowi zabierają nóż. Cały
teren jest strzeżony, są tam kamery. Wspaniałe posągi
Ramzesa, które widzę po raz drugi, robią na mnie
niezapomniane wrażenie, jednak Janek jest zawiedziony. Oglądamy jeszcze
widoki jeziora Nassera i wracamy. Widzę fatamorganę. Odwiedzamy Wielką Tamę Asuańską
( High Damm ). Nie jest to coś niesamowitego, ale zobaczyć
warto. Na tamie panuje niesamowity upał - czuję, jakby ktoś wbijał mi
w ciało szpilki. Następny punkt wycieczki to wyspa Philae
( wstęp 20 LE, studenci 10 LE, łódka na wyspę 3 LE ). W
planach jest jeszcze niedokończony obelisk ( 10 LE ), ale my rezygnujemy
( i inni też ). Wracamy do hotelu, odpoczywamy i idziemy coś zjeść. Za
radą spotkanych podróżników idziemy do restauracji Asawa Moon,
mieszczącej się na barce zacumowanej na Nilu. Panuje tam super atmosfera
i są piękne widoki, ale jedzenie jest drogie ( ryba + frytki 15 LE, piwo
6 LE + 15% podatku i opłaty za obsługę ) i raczej nie najlepsze. Razem
z nami je czeska wycieczka i "overland tour". Po posiłku
korzystam z internetu ( 15 minut - 5 LE ), kupuje wodę mineralną ( 1,5
LE ) i wracam do hotelu. W budynku obok odbywa się wesele.
07.10.2002, to dzień odpływania promu do Sudanu. Ranek
zaczyna się dla mnie niezbyt miło - mam ból brzucha ( chyba po
wczorajszej kolacji ). Jednak krople żołądkowe pomagają i idę wysłać
kartki na pocztę ( kartka 1 LE, znaczek do dowolnego kraju 1,25 LE
). Potem pakujemy się, łapiemy spod dworca kolejowego taksówkę do High Damm
( 15 LE - nie było łatwo, jeżdżą tam tanie lokalne pociągi, ale nie
mieliśmy już czasu ). Egipskiej waluty wyzbyłem się do tego stopnia,
że częściowo płaciłem dolarami ... Sama droga idzie wzdłuż linii
kolejowej, krzyżując się z nią, przez hałdy. |
|

|
W porcie przechodzimy kontrolę
"bezpieczeństwa" ( prześwietlanie bagażu !, filmy udaje mi się
od tego uchronić ), paszportową, celną ( dla nas bezproblemowa ).
Zabierają nam część kwitków, w zamian wydają inne. Wreszcie
wchodzimy na statek. Jest on całkiem nowoczesny ( produkcji chyba
niemieckiej ), pierwsza klasa to dwuosobowe kabiny z klimatyzacją, druga
klasy - wspólne ławki na niższym pokładzie, ale też klimatyzowana. Do
promu doczepiona jest metalowa
barka, na której są załadowane przewożone
samochody ( w tym "overlanda" ) oraz ładunki. Załadunek trwa
nieustannie, przez kilka godzin. Tymczasem dostajemy smaczny posiłek ,
wliczony w cenę biletu (zupa, sałatka z gujawy, chleb - pita, bób ). Można
zakupić na miejscu napoje ( cola 1,5 - 2 LE ). Są dwie kantyny - dla
pierwszej i drugiej klasy. Różnią się dość znacznie jakością
jedzenia i obsługi. W kantynie drugiej klasy nawet cola jest w mniejszych
buteleczkach ( zarazem tańsza ). Opryskliwy sprzedawca w brudnym fartuchu pali
papierosa nawet wydając posiłki - klimaty, jak z Misia. Do mojej kabiny
"dokwaterowują" mi bardzo miłego Chilijczyka. Prom odbija
dopiero o 17:00, po całkowitym załadunku, tuż przed zachodem słońca.
Modlący się muzułmanie obracają się w stronę Mekki, dostosowując się
do ruchu statku. Wieczór spędzamy na rozmowach - zarówno z
kilkorgiem podróżujących białych, jak i Sudańczykami. Bardzo pomaga
nam zwłaszcza jeden Sudańczyk bez ręki, mający dość duże znajomości.
Okazuje się, że przewożenie samochodu jest kosztowne - za wóz
kempingowy płaci się 600$, a za ciężarówkę ( "overlandy" )
- 1000$. Oddajemy nasze paszporty, mamy je odebrać rano. W nocy śpię całkiem
dobrze, choć jest bardzo zimno ( klimatyzacja ).
Rano jem śniadanie ( 8 LE - bób, pita, biały serek, dżem, dziwne
warzywa; herbata z mlekiem 1,5 LE ; cola 2 LE ). Około 11 mijamy Abu
Simbel - widok z jeziora jest naprawdę niesamowity. Pozwalają nam
nawet stanąć tuz przy mostku gdzie widok jest najlepszy. Biali , którzy płyną razem z nami, są często naprawdę dziwni, np.
para Francuz i Niemka z dzieckiem ( sprzedali wszystko i jadą na południe
Afryki ), para na motocyklu. Około 13:30 stajemy przy granicy (
wyznaczonej na jeziorze przez pływające beczki i linę ), jedna motorówka
zabiera egipskiego policjanta, potem następna przywozi sudańskich. Około
17 przybijamy wreszcie do Wadi Halfy - jesteśmy w Sudanie. |
|
|
01.11.2002 znowu wróciłem do Asuanu.
Po wydostaniu się z promu idziemy szybko do odprawy. Tam prześwietlają
nasze bagaże. Niestety, mam kłopoty w związku z nożami, które kupiłem
jako prezent. Jednak po obejrzeniu mojego paszportu i wyjaśnieniach
zostaję przepuszczony. Rozglądam się, aby wymienić sudańskie dinary,
które mi zostały, ale nic z tego. Bierzemy taksówkę do miasta ( 20 EP
), od razu na dworzec kolejowy. Tam panuje straszliwy rozgardiasz, bo
szwankuje system komputerowy rezerwacji. Ania stojąc w kolejce dla kobiet
dostaje się do kasy, ale okazuje się, że biletów na dziś wieczór już
nie ma, a po bilety na jutro trzeba przyjść później - może system już
będzie działał. W tej sytuacji idziemy do hotelu Noorhan,
gdzie za 7,5 EP od osoby dostajemy ładną trójkę z łazienką ( za 6 EP
są pokoje bez łazienki ). W pobliskiej restauracji jemy fasoliję ( 1 EP
) i smażonego kurczaka ( 5 EP za połówkę ). Potem odwiedzamy
stację autobusową ( ostatni autobus do Kairu za 65 EP odjechał o 15:30
) i udajemy się znowu na dworzec kolejowy, aby kupić bilety na jutro.
Jednak zagaduje nas gruby tragarz, który obiecuje nam załatwić bilety
na dzisiejszy pociąg. Mam przyjść o 19:00. Ucinamy sobie pogawędkę ze
znajomymi Sudańczykami z pociągu i promu ( właśnie walczą o bilety na
pociąg, nawet proponują nam pomoc w ich kupnie, ale my nie możemy nim
jechać - nie jest dla turystów ), a potem żegnamy się z nimi. Ruszamy
na zakupy na bazar ( czerwona papryczka za 1 EP za opakowanie, dwie
czapeczki nubijskie za 15 EP, szafran za 8 EP ) a potem do hotelu na kąpiel.
Wymeldowujemy się i idziemy na stację z nadzieją, że zdobędziemy
bilety. I rzeczywiście - po chwili niepewności mamy je w reku ( 1
klasa "Nefretiti" ze zniżką studencką 65 EP ). Gruby
odprowadza nas do wagonu i chce pieniędzy za przysługę - 20
EP od osoby. Po dłuższych dyskusjach dostaje razem 35 EP + 5 EP dla obsługi
pociągu. Około 20:00 ruszamy. Do Luksoru pociąg jest pusty, dopiero tam
dosiadają się inni pasażerowie - Arabowie. Jazda jest całkiem fajna,
może tylko jest za zimno ( włączona klimatyzacja ). Rano około 10:00
docieramy do Kairu. Metrem dojeżdżamy do stacji Sadat. Na początku
chcemy spać w hoteliku Meramees ) ( polecanym nam przez
Chilijczyka w Wadi Halfa ), ale po jego odnalezieniu okazuje się droższy
niż inne ( choć całkiem ładny ). Po drodze cały czas zaczepiają nas
różnorodni naciągacze ( a już się odzwyczailiśmy od tego w Sudanie
), na przykład mówiąc nam, że na ulicy jest niebezpiecznie ...W hotelu
Dahab wynajmujemy trójkę z łazienką za 15 EP od osoby. Oddajemy
rzeczy do prania ( 50 pts za sztukę, polar 1 EP ). Godna podziwu jest
winda w budynku, w którym mieści się hotel - pochodzi z XIX wieku i ciągle
działa ! Człowiek z hotelu proponuje nam interes ze sklepem wolnocłowym.
Ponieważ właśnie przyjechaliśmy do Egiptu mamy prawo kupić tam
alkohol. W zamian za 10 EP dokonamy tych zakupów dla niego. Podobno jest
teraz duży popyt na trunki, bo nadchodzi ramadan i sprzedaż alkoholu będzie
zakazana. Godzimy się i umawiamy na później. Tymczasem wychodzimy na
miasto, wymieniamy pieniądze ( 1$=4,62 EP, nikt nie chce wymienić pieniędzy
sudańskich ), jemy śniadanie w KFC ( zestaw 9,50 EP ), odwiedzamy
księgarnię na Uniwersytecie Amerykańskim. Są tam piękne, ale drogie (
120 - 190 EP ) albumy ze zdjęciami. Wracamy do hotelu akurat na czas, aby
pojechać taksówką do sklepu wolnocłowego. Tam wbijają nam pieczątki
do paszportów, całe zakupy załatwiają za nas, a potem wypłacają
obiecane pieniądze. Widać, że to dobrze zorganizowany biznes.
Przy okazji mamy okazje poznać trochę inny Kair - sklep mieści się w
bardzo eleganckiej dzielnicy. Potem jadę na dworzec autobusowy, aby kupić
bilety na autobus do Dahab ( 62 EP ) i idę zwiedzać Muzeum
Kairskie. Wstęp tam kosztuje 20 EP ( studenci 10 EP ), bilety na
fotografowanie 10 EP, bilet do sali z mumiami 40 EP ( studenci 20 EP ).
Niestety jest mnóstwo turystów, ciężko jest podziwiać wspaniałe
zbiory, gdy ciągle przechodzi jakaś grupa zwiedzających. Jak przy
poprzedniej wizycie znowu zachwycają mnie posągi Chefrena, białej pary,
przewodniczącego wioski. Ogromne wrażenie robią mumie ( w tym Ramzesa
II ) oraz zawartość
grobowca Tutenchamona. Niemniej ciekawe są sarkofagi, czy
posągi faraona Echnatona z grubymi ustami. Jak i poprzednio mam wrażenie,
że mniej ważnymi zbiorami nikt się zbytnio nie interesuje i leżą
zapomniane, pokryte kurzem. Środki bezpieczeństwa są teraz znacznie
ostrzejsze niż kiedyś, wnoszony bagaż jest dwa razy prześwietlany, a
potem jeszcze ręcznie sprawdzany. Na zwiedzaniu spędzam kilka godzin i
wychodzę tuż przed zamknięciem. Wieczorem idę wraz z moimi
towarzyszami podróży na pożegnalną kolację - jutro rano się
rozstajemy. Jemy w Pizza Hut, a potem jeszcze pijemy soki i palimy
sziszę w pobliskim barze. Mamy chęć napić się piwa, ale jedyny w
okolicy ( polecany przez przewodnik ) lokal o nazwie Stella wygląda
raczej niezbyt zachęcająco. Wracamy więc do hotelu, ja idę jeszcze na
internet ( szybki dostęp jest na parterze budynku z naszym hotelem, 3 EP/30
minut ). |
|
|
03.11.2002 Jadę na dworzec autobusowy (
współdzielona taksówka kosztuje 6 EP, czyli 2 EP od osoby ). Elegancki,
klimatyzowany autobus odjeżdża punktualnie o 7:15. Niestety w czasie
jazdy daję się skusić na jedzenie i picie. Myślałem, że jest bezpłatne
( jak w Sudanie ), a tu przyszło zapłacić 20 EP. Liczne kontrole
paszportów, zwłaszcza po przejechaniu tunelu pod kanałem sueskim..
Przejeżdżamy przez Sharm el Sheikh i około 15:30 jestem w Dahab.
Wynajmuje pokój za 10 EP od osoby, jem przepyszny posiłek za 31 EP. Dahab
to prawdziwy kurort z promenadą. Jest tutaj nawet bank i bankomat. Główne
atrakcje dotyczą nurkowania ( jest tutaj nawet Polska Baza Nurkowa ), choć
jest też parę plaż.
Wieczorem jem bardzo dobrą rybę za 30 EP. Dość długo chodzę po
promenadzie, oglądam sklepy. Następnego ranka, po śniadaniu
kontynentalnym ( 6 EP , sok 4 EP ) jadę taksówką ( 5
EP ) na dworzec autobusowy. Bilet do Nuweiby to koszt 11 EP. Wyjeżdżamy
o 10:30. Po drodze jest kilka kontroli i przepiękne krajobrazy. Droga
jest miejscami zniszczona przez ulewne deszcze, które przeszły niedawno
( i odcięły na 3 dni Dahab od świata ). Na miejsce docieramy około
11:40. Biorę taksówkę do terminala, gdzie sprzedają bilety ( 5 EP ).
Jednak zanim odnajduję kasę sprzedającą bilety jest już za późno,
aby zdążyć na prom o 12:00. Kupuję zatem za 45 $ bilet na szybką
łódź o 15:00 ( wolniejszy prom kosztuje 32$, drugi tego dnia odpływa o
18:00 ). Wracam w okolice wejścia do portu, korzystam z bankomatu, a
potem siedzę sobie w knajpce ( cola 3 EP ). Około 13:00 idę do portu.
Po drodze czeka mnie kontrola i prześwietlanie bagażu, aczkolwiek jest
bardzo miło. Potem jeszcze kontrola paszportowa ( bardzo długa kolejka,
na szczęście ktoś "wyławia" białych z kolejki i ustawia ich
w oddzielnej kolejce ). Na odpłynięcie czekam dość długo, bo prom się
opóźnia i wyrusza dopiero około 16:00. Na statku jest mało pasażerów,
dużo wolnych miejsc. W czasie rejsu wymieniam 10$ po kursie 1$ = 0,64 JD
( jak się później okaże raczej niekorzystnym ). Płyniemy około 1,5 h
( według rozkładu miała być tylko godzina ), praktycznie cały czas
przy brzegu. W końcu zapada zmrok, widać światła Akaby ).
Dobijamy. Przed wyjściem zabierają nam paszporty. Autobusem podjeżdżamy
do budynku, gdzie odbywa się odprawa. Tam czekam na zwrot paszportu.
Zmieniają mi w nim ważność wizy na 14 dni. Jestem już w Jordanii. |
|
|
08.11.2002 Wróciłem znowu do Nuweiby.
Najpierw czekamy na statku około pół godziny, aż podjadą autobusy i będziemy
mogli zejść, potem na jeszcze odprawę. Wszyscy turyści z promu
postanawiają razem jechać do Dahab. Gdy już wyszliśmy na miasto
taksówkarze próbują nas przekonać, że odjechał ostatni autobus i
proponują transport za 20 EP . W końcu jeden nawet mówi o 10 EP, ale
okazuje się, że autobus jeszcze nie odjechał, więc za 11 EP jedziemy
nim. Po godzinie jazdy, około 17:00 docieramy na miejsce. Z dworca do
tzw. "wioski Beduinów" bierzemy pickupa - wychodzi tylko
po 1 EP od osoby. Wynajmuje znowu pokój w Coral Reef za 10 EP (
choć tym razem trochę gorszy ). Zjadam kolację we Friend`s Restaurant (
kebab z kurczaka za 20 EP ) i jadę na stację autobusową kupić bilet na
następny dzień do Kairu ( po przyjechaniu z Nuweiby nie mogłem
tego zrobić, bo właśnie zapadł wzrok i wszyscy jedli ). Wracam nad
morze, chodzę po promenadzie, kupuje parę upominków ( 2 flakoniki na perfumy za 75
EP,
onyksowe jajko za 10 EP, koraliki za 5 EP ). Tak się rozpędzam z tymi
zakupami, że muszę skorzystać z bankomatu. Dość późno idę
spać.
Następnego ranka jem na śniadanie pyszne naleśniki z bananem ( 6
EP ) i piję sok ze świeżych pomarańczy ( 3 EP ). Spędzam czas na słodkim
lenistwie - trochę się opalam ( gdy słońce wygląda zza chmur ), nawet
moczę nogi w wodzie :-). Jem jeszcze owoce z lodami ( 7 EP ), a na obiad
ziemniaki z tuńczykiem ( 8 EP ). W knajpkach można jeść na sposób
starożytnych Rzymian - w postawie półleżącej, na kanapach
postawionych na plaży. Wszędzie jest mnóstwo kotów, ale jakże
odmiennych od sudańskich. Miejscowe są dobrze odżywione i mniej
namolne. Do ich odstraszania obsługa rozdaje butelki z wodą ( polewa się
z nich koty strumieniem wody ). Przygotowanie posiłku niestety często
trwa bardzo długo - tutaj nikt się nie śpieszy. Np. na obiad przez
odjazdem czekałem około godziny i musiałem zrezygnować z deseru. Wziąłem
na dworzec taksówkę ( 5 EP tym razem ) i o 14:30 wyjechałem autobusem
do Kairu. Jazda odbywała się bez większych problemów ( kilka
kontroli po drodze, tym razem nie dałem się nabrać na
"rozdawane" jedzenie ). Około
23:00 jesteśmy na miejscu. |
|
|
W Kairze czekają na mnie niemiłe
niespodzianki. Po pierwsze jakaś woda zalała mi plecak ( na szczęście chyba
z klimatyzacji, a nie z toalety ), a po drugie autobus zakończył trasę
daleko od centrum. Nie do końca jestem pewien, czy to nie jakieś
miejscowe oszustwo. Dość długo dyskutuję o cenie za taksówkę (
"pomaga" mi policjant turystyczny, który najwyraźniej trzyma
stronę taksówkarzy, a później chce bakszysz, którego mu zresztą nie daję ).
Wreszcie jadę do hotelu Dahab za 25 EP, na koniec kłócąc się z
kierowcą, który chce mnie wysadzić wcześniej. W hotelu wynajmuję dość
obskurny pokój bez łazienki za 20 EP.
10.11.2002 Po oddaniu kilku moich ciuchów do prania idę do biura
Alitalii w hotelu Hilton, gdzie potwierdzam mój lot. Potem chcę coś zjeść,
ale z powodu Ramadanu prawie wszystko jest pozamykane ( nawet KFC, Mc
Donald1s i Pizza Hut ). Pojedyncze otwarte knajpki albo są drogie,
albo nie wzbudzają mojego zaufania. Zadowalam się dwoma snikersami.
Jadę taksówką do Khan-al-Khallili ( 5 EP ).
Kupuję tam trochę prezentów ( poduszka + chusta - 35 EP, narzuta - 35
EP, bardzo dobry jakościowo
T-shirt 15 EP, papirus 5 EP, 0,5 kg herbatki carcade - 5 EP, flakonik na
perfumy gorszej jakości - 6 EP ). Potem zwiedzam uniwersytet
Al-Azhar ( nic nie płacę za wstęp ), gdzie spędzam dłuższą chwilę,
obserwując uczących się, modlących lub tylko odpoczywających ludzi.
Stamtąd podjeżdżam taksówką ( 5 EP ) do meczetu
w stylu irackim ( Ibn
Tulun ),
gdzie nawet wchodzę na minaret ( wstęp 10 EP wrzucane do skarbonki, meczet w
trakcie remontu ). Rozdaję dzieciakom
trochę flamastrów, które zostawili mi Ania i Janek ( wcześniej
rozdawałam w Petrze, ale i tak sporo przywiozłem do domu, jakoś mi to
nie szło ) Wracam na piechotę przez stary Kair - obok cytadeli,
bazaru a potem aż do murów miejskich. Jest to ciekawy fragment miasta,
choć trochę zbyt turystyczny. Widać, że trwają liczne prace
renowacyjne. Na ulicach wszedzie słychać strzelające kapiszony - rzucają je
nawet dorośli. Przy starej bramie miejskiej
spotykam miłych starszych
dziadków, czekających na zachód słońca i głos muzeina, oznajmiający,
że można już zacząć jeść. Przed wieloma restauracjami wystawione są stoły,
gdzie po zachodzie słońca będzie można szybko zaspokoić głód. Łapię
taksówkę i bardzo miły pan zawozi mnie za 5 EP w okolice dworca "Ramzes". Robię zdjęcie ciekawego
billboardu z prezydentem i wracam
metrem w okolice mojego hotelu. Ulice są wyludnione - wszyscy właśnie jedzą.
Na stołach przed restauracjami porozrzucane naczynia świadczą o pośpiechu
z jakim konsumowano pierwszy posiłek. Ja jem w Piza Hut (
średnia pizza, sałatka i picie za 32 EP ). Obsługa rusza się jak
muchy w smole. Potem jeszcze idę do cukierni, gdzie kupuję do spróbowania
w domu słodkie arabskie ciastka ( 1 kg około 12-16 EP ), a potem korzystam z
internetu (chciałem zapłacić dolarami, ale pani odmówiła, w ten
sposób pozbyłem się reszty funtów egipskich ... ). W hotelu
zamawiam taksówkę na jutro rano ( 30 EP ) i idę spać.
11.11.2002. Muszę wstać około 2:30, aby zdążyć się umyć i
spakować. Około 3:00 czeka już taksówka dla mnie. Ciekawe, jak dużą prowizję wziął dla siebie hotel, bo taksówkarz nie jest zbyt
zadowolony z kwoty, jaką mu płacą. Ruszamy na lotnisko, jadąc przez
naprawdę eleganckie dzielnice. Mijamy ładnie oświetlone budynki rządowe
i panoramę wojny z 1973 roku. Przed wyjazdem na parking przy lotnisku
taksówkarz chce ode
mnie 2 EP, ale ja nie mam już wcale funtów. Nic mu nie daję,
zresztą od razu znajduje klienta na jazdę powrotną. Przy wchodzeniu do
budynku jest sporo kontroli, ale udaje mi się uchronić moje filmy od
kolejnego prześwietlenia. Jeszcze zakupy w sklepie wolnocłowym i kawa w
barku ( 1 $ lub 4,25 EP ). Cała obsługa, korzystając że jest jeszcze
przed wschodem słońca, je śniadanie. Wylatujemy do Mediolanu w miarę punktualnie, o
5:00. Na pokładzie nie serwują żadnego alkoholu, a pierwszy posiłek
rozdają bardzo szybko, zanim wzeszło słońce ( Ramadan ). Nie mam
miejsca przy oknie, ale i tak niewiele widać, bo niebo przykrywają
chmury. |
|