|
Etiopia |
|

|
|
|
Z Okęcia wylecieliśmy rano 22.10.2001. Ponieważ
było stosunkowo niedługo po zamachach w USA byłem na lotnisku już 2
godziny przed odlotem samolotu ( 6:40 ). Jak się okazało zupełnie
niepotrzebnie. Zaostrzone kontrole zwiększyły kolejki, ale nie aż tak
.... Pan z linii lotniczych ( KLM ) chciał zobaczyć nasze wizy. Na szczęście
wystarczyła mu promesa. Po przesiadce w Amsterdamie wylecieliśmy do
Nairobi. Lot przebiegł spokojnie i już wieczorem byliśmy na miejscu.
Lot do Addis mamy rano. Możemy wyjść do miasta ( i zapłacić za wizę
tranzytową ) lub przeczekać noc na lotnisku. Wybieramy to drugie rozwiązanie.
Jednak plecaki można odebrać dopiero po przejściu przez kontrolę
paszportową ... Na szczęście miły pan z biura transferowego KLM
przynosi je nam. W "transit longue" spędzamy całą noc. Jesteśmy
jedynymi białymi. Warunki byłyby całkiem znośnie, gdyby tylko na międzynarodowym
lotnisku nie zabrakło wody ( ubikacja w związku z tym została zamknięta,
a jedyna czynna była w dość opłakanym stanie ). Na szczęście rano
jest woda !!!. Można się nawet wykąpać. Po porannej toalecie ruszamy z
plecakami do stosownego wyjścia. Czekając na wylot mamy okazję zaobserwować
bardzo ciekawych ludzi. Do samolotu idziemy schodami na płytę lotniska i
tam dopiero oddajemy nasze bagaże. Dwugodzinny lot ( w towarzystwie min.
misjonarzy Kościoła Dnia Ostatniego ) przebiega bardzo spokojnie - mamy
okazję obejrzeć Etiopię z góry.
Na lotnisku w Addis Abebie okazuje się,
że obiecane wizy nie czekają na nas i dostaniemy je dopiero następnego
dnia w Immigration Office ( nikt nie wie za ile - raz mówią 20$, a inna
osoba 65$ ). Oddajemy paszporty - w zamian dostajemy kartoniki z
nazwiskami. Wymieniamy pieniądze ( kurs 1$=8,53 Birra, prowizja 1 Birr ).
Dowiadujemy się, że poniżej 500$ w gotówce nie potrzeba deklaracji
walutowych. Przed dworcem lotniczym bierzemy ( po krótkich negocjacjach )
taksówkę do centrum za 20 Birr. Jedziemy do hotelu Tropical (
znalezionego w przewodniku Lonely Planet ), ale uznajemy jego ceny za wygórowane
w stosunku do niskiego standardu ( 50 Birr pokój z łazienką, 25 bez ).
Szukamy innego hotelu - oczywiście znajduje się mnóstwo "pomocników"
Gdy idziemy na Piazza i na chwilę przystaję na chodniku koło budynku
wojskowego - strażnik przepędza mnie...
Ostatecznie przy pomocy kilku chłopców znajdujemy Park
Hotel, gdzie wynajmujemy dwójkę ze wspólną łazienką z zimną
wodą ( 45 Birr za pokój, pokój z ciepła wodą i łazienką - 45 Birrów
od osoby ). Oczywiście nasi pomocnicy ( ciemni , jak noc, pochodzą znad
granicy z Sudanem ) za swoją pomoc chcą pieniędzy. A wcześniej
zapewniali nas o swojej bezinteresowności - spławiamy ich. Wieczorem
wychodzimy na miasto. W jednej z tanich jadłodajni przy stadionie jemy
Indżerę ( bardzo kwaśny placek o konsystencji gąbki od materaca ) z mięsem.
Cały posiłek kosztuje nas 7 Birrów + 2 Birry za coca-colę. Poznajemy
nocne życie stolicy Etiopii - miasto nie sprawia najlepszego wrażenia,
mnóstwo hotelików-domów publicznych i prostytutek. Po kąpieli w zimnej
wodzi idziemy spać.
Następny dzień zaczynamy od wizyty w Immigration. Nie jest to takie
proste - u strażnika przy wejściu trzeba pokazać plecaki zostawić
aparaty fotograficzne. W zamian dostaje się niewielką tekturkę. Okazuje
się, że nasze paszporty jeszcze nie dotarły z lotniska - mamy przyjść
po południu. Idziemy coś zjeść - pizza kosztuje 14 Birrów. Rozmowa do
Polski ( minimum 3 minuty ) to wydatek 72 Birrów, list 1,90, a kartka 2
Birra. Rezerwujemy bilet lotniczy Aksum - Lalibella. W budynku
telekomunikacji jest jedno stanowisko z dostępem do Internetu za
jedyne 0,75 Birra / minutę ( działa może nie za szybko, ale da się
wytrzymać ). Wracamy do naszych ulubionych urzędników w Immigration. Po
odwiedzeniu kilku pokoi, wytłumaczeniu dlaczego nie mamy wizy i
wniesieniu opłaty ( poniżej 20 $ ) możemy już jutro po południu
odebrać wizę. Jeszcze jeden dzień siedzenia w Addis... Kolację jemy w
taniej knajpce przy dworcu autobusowym ( befsztyk za 10 Birrów ). Postanawiamy
wieczór spędzić w restauracji Al-Mendi ( wg. LP Mendi ), gdzie
można żuć czat ( popularną i legalną tutaj roślinę o działaniu
lekko narkotycznym ). Po pewnych poszukiwaniach odnajdujemy ją. Porcja
czatu kosztuje 30 Birrów, można nabyć też 1/2 i 1/3 porcji. W
oddzielnym pokoiku, urządzonym na sposób arabski, z dywanami na podłodze
jest już goście - piosenkarz z Dżibutti ( Jimmy ) i Senegalczyk pracujący w
Arabii Saudyjskiej ( to właśnie Arabowie sa tu głównymi gośćmi ).
Zaczynamy żuć - liście rośliny trzyma się w buzi i połyka sok. Działanie
jest dość łagodne i dopiero po dłuższym czasie pojawiają się pewne
objawy. Stajemy się coraz bardziej rozmowni - prowadzimy dyskusje o
wszystkim - od sytuacji w Senegalu do biurokracji w Etiopii. W pewnym
momencie przychodzą do nas dziewczyny - Etiopka, Erytrejka i Somalijka. Są
przepiękne, choć zdajemy sobie sprawę, jaki jest ich zawód. Co pewien
czas któraś z dziewczyn na jakiś czas znika, bo pojawił się klient.
Około północy po kilku godzinach żucia czas na następny etap naszej
rozrywkowej eskapady. Płacimy ( około 60 Birrów od osoby za czat, pokój
i picie ) i idziemy do pubu na (tanie) piwo i tańce. Bawimy się świetnie,
aż do momentu, gdy panienki zaczynają wspominać o pojechaniu do hotelu
itd... Gdy odmawiamy w ich pięknych ustach pojawia się magiczne słowo
"money". Dajemy im w końcu po 50 Birów - w sumie dużo forsy,
jak na miejscowe zwyczaje, ale i zabawa była przednia. Senagalczyk z jedną
z dziewczyn jedzie do swojego hotelu. My też wracamy nad ranem do
"Park Hotel". Śpimy krótko. Gdy kończy się działanie piwa
nie czujemy już senności - działa czat. Jedziemy do ambasady Kenii (
taksówka w jedną stronę 18 Birów ). Tu mamy kolejny pokaz afrykańskiej
biurokracji - najpierw kontrola bagaży ( zostawiamy je u strażnika, ze
względu na aparaty fotograficzne ), potem oglądanie wystawy produktów
kenijskich ( w tym grabie, maczety i zamki do drzwi ) w oczekiwaniu na
panienkę zajmującą się wizami. Okazuje się, że na wizę czeka się 2
dni i zostawia w ambasadzie paszport. To zła wiadomość - jeżeli chcemy
jechać drogą lądową stracimy kolejne 2 dni w Addis. Wracamy,
idziemy na dworzec autobusowy i kupujemy za 52 Birry ( cena wzrosła w
stosunku do informacji z przewodnika ) bilet na jutro do Bahar-Daru.
Wracamy przez Mercado - podobno największy bazar Afryki( i raj dla
kieszonkowców ) do hotelu. Przeczekujemy tam niesamowitą ulewę ( jakby
miał się zacząć potop ), wykupujemy bilety lotnicze ( płacimy kartami
kredytowymi - 65$, pani nas obsługująca jest niesamowitej urody
), wymieniamy pieniądze ( gdy Janek szuka pieniędzy pod bankiem
przybiega do nas zaniepokojona ochrona ). Duże wrażenie sprawa na nas
kolejka do Teatru Narodowego, porządku której pilnują ochroniarze z
drewnianymi pałami. Szczęśliwie udaje się skorzystać z Internetu i
odebrać paszporty z wizami ( choć paszport kolegi znalazł się w przegródce
dla obywateli USA i były trudności z jego znalezieniem ). Po
obiado-kolacji w Ibex Lallibella znowu wędrujemy do Al-Mendi.
Tym razem jesteśmy tam dość krótko ( ze względu na jutrzejszy wczesny
wyjazd ), ale jesteśmy świadkami niesamowitej dyskusji ( po arabsku, ale
rozumiemy sporo z gestykulacji ) na temat możliwości seksualnych jednego
z gości ...Musimy odmówić propozycji wspólnego obiadu z
"naszymi" dziewczynami. Wracając kupujemy wodę na jutro ( 10
Birów ), mijamy wspaniale oświetlony Africa Hall i ... slumsy u
jego stóp. Umawiamy się z taksówkarzem na zabranie nas rano na dworzec
autobusowy.
|
|


|
26.10.2001 Wstajemy rano - mamy
autobus do Bahar Dar o 6:00 rano. Oczywiście nasz taksówkarz nie zjawia się ( później
przyzwyczaję się do tego w Etiopii ). Bierzemy innego za 25 Birrów. W
ostatniej chwili zjawia się ten umówiony poprzedniego dnia, ale
ignorujemy go.
Jesteśmy na dworcu dużo wcześniej przed odjazdem. Widok tonącego w
ciemnościach miejsca, z paroma lampami, z ludźmi ładującymi swoje bagaże
na dachy autobusów jest naprawdę niesamowity. Wreszcie przychodzi i
nasza kolej. Wszystko przebiega dość sprawnie i wkrótce wyruszamy. Na
granicy miasta czeka nas mała kontrola. Wkrótce kończy się asfalt i
zaczyna wyboista droga. W pewnym momencie , na postoju wchodzi do autobusu
kapłan, daje wszystkim do pocałowania krzyż i zbiera pieniądze. Około
południa zatrzymujemy się na lunch w miejscowości składającej się
chyba wyłącznie z hotelików i restauracji. Jedzenie ( pasta, czyli
makaron ) jest tanie, smaczne i bardzo ostre. Wieczorem, gdy już
zmierzcha docieramy do miejscowości Motta. Tu będziemy nocować.
Z trudnością znajdujemy jakieś wolne miejsca w bardzo prymitywnym
hoteliku ( 7 Birrów od osoby ). Budzimy bardzo duże zainteresowanie
mieszkańców, zwłaszcza dzieci. W pewnym momencie podchodzi do nas człowiek,
przedstawia się, jako policjant i każe odejść spod banku, gdyż tak duży
tłum nie powinien tam stać. Robimy zdjęcia, rozdajemy adresy i
odpowiadamy na mnóstwo pytań. Na kolację jemy indżerę z jajecznicą (
5 Birrów ) i pijemy miejscowe piwo o ciekawej nazwie "Meta" (
3,5 Birra ). Podłoga w restauracji wysypana jest jakimiś roślinami, a
prąd jest tylko przez 4 godziny wieczorem. Po wiosce oprowadza nas
miejscowy nauczyciel, który ciągle nam mówi, jak dobrze jest w Etiopii.
Wcześniejsze rozmowy z mieszkańcami były mniej optymistyczne, np.
po zmroku nie można chodzić po ulicach Motty bez ważnego powodu. Noc
jest raczej ciężka, bo łóżko ciasne i niewygodne. Wstajemy około 5
rano, aby około 6 ruszyć w dalszą drogę. Żegna nas chyba pół
wioski. Na jednym z postojów po drodze na autobus ładują związane
kury. Po około 4 godzinach docieramy do celu. Zakwaterowujemy się tutaj
w całkiem miłym i tanim hotelu Tana
Pastry ( w przeciwieństwie doi drogiego Tana ), mieszkamy w
pojedynczych pokojach ze wspólna łazienką z ciepłą wodą ( 20 Birrów
od osoby ). Oddaję rzeczy do prania ( 12 Birrów za sporą kupkę brudów
), odpoczywamy, jemy coś w hotelowej restauracji ( pasta 7-8 Birrów,
cola 2,5, piwo 4 Birry ). Potem chcemy kupić bilety do Gonderu,
ale okazuje się, ze najwcześniej można dzień przed wyjazdem. Chcemy
zobaczyć źródło Nilu -podjeżdżamy na most, idziemy przez
jakieś złomowisko
wojskowe, ale niedaleko celu zostajemy zatrzymani przez strażnika z
powodu tamy. Wracamy do mostu. Nie chce się już nam iść do pałacu
Haille Selassie. Wracamy do miasta i idziemy na targ. Potem dogadujemy się
w sprawie jutrzejszej wycieczki nad jezioro ( 100 Birrów ). Płacimy w
hotelu Ghion. Tam też korzystam z Internetu ( 1 Birr / minutę ).
Wieczorem chodzimy trochę po barach. Jednak spotykamy głownie żebraków
ma ulicach ( np. małą dziewczynkę usiłującą sprzedać nam kukurydzę
- dajemy jej 1 Birra ) i prostytutki.
Następnego ranka idziemy do hotelu Ghion, a stamtąd wyruszamy na
wycieczkę po jeziorze. Najpierw płyniemy do źródeł
Nilu ( czyli miejsca na jeziorze gdzie widać prąd wodny,
zmieniający się potem w rzekę będącą początkiem Nilu Błękitnego
), potem oglądamy rybaków i hipopotamy ( z oddali wyglądają, jak kłody
). Odwiedzamy trzy monastyry ( wstęp do każdego 15 Birrów ) - Beta
Maryan, Kebran Gabriel ( wstęp tylko dla mężczyzn ) i dość
młody monastyr żeński. W pierwszym z nich widzimy różne przedmioty,
które należały do króła Yohannesa IV - ubranie, krzyż i klucze.
Mnisi oprowadzają nas po monastyrach i pokazują skarby z muzeów - starożytne
krzyże, korony i Biblie spisane jeszcze w języku Gez ( staro etiopskim
). W drodze powrotnej rozmawiamy z naszym towarzyszem podróży -
okazuje się być Etiopczykiem, byłym ambasadorem przy UE, zaangażowanym
w sprawę odzyskania przed kilku laty słynnego krzyża z Lalibeli (
skradzionego i wywiezionego z kraju ). Po powrocie i odpoczynku chcemy
znowu dojść do pałacu Haille Selassie i znowu nam się nie udaje.
Spotykamy po drodze kilku młodych Etiopczyków, zaczynamy z nimi rozmawiać.
Pokazują nam nabożeństwo w kościele ( śpiewy, nauka ), a potem
zabierają do najlepszego w mieście tej baru ( czyt. tadź ),
gdzie wyrabia się i pije tadź - tradycyjny napój alkoholowy na miodzie.
Wnętrze jest bardzo prymitywne, to właściwie mieszkanie kobiety
wyrabiającej ten napój. Jednak sam alkohol jest całkiem dobry, łagodny
i słodki, podawany w pojemnikach o kształcie menzurki. Kupujemy trochę
czatu ( same liście - 10 Birrów za torebkę ). Wieczorem idziemy do
podobno najlepszego lokalu w mieście John Pub. Są tam jednak
prawie same prostytutki. W innych miejscach ( o nazwach w stylu Shooting
Star ) jest tylko gorzej. Mijamy kilka domów publicznych - pod jednym
faceci stoją w kolejce, pod innym parkuje samochód z literkami UN.
29.10.2001 jedziemy do Tis
Isat ( co oznacza "grzmiącą wodę "
)
- miejsca wodospadów na Nilu. Na poranny autobus rzuca się
straszny tłum. Za 3,60 Birra jedziemy przez godzinę do wioski. Tam w
informacji od miłej pani z małpką dostajemy broszurkę ( jedyny taki mój
przypadek w Etiopii ), płacimy 15 Birrów za wstęp. Idziemy przez kanał
odwadniający do wejścia. Strażnicy sprawdzający bilety są dość natrętni,
ale potem widoki są niesamowite. Przechodzimy przez most z XVII zbudowany
przez portugalskiego inżyniera ( spoiwem były jajka ) i dochodzimy do
wodospadów - najpierw małego a potem tego właściwego. Słońce padające
na krople wody tworzy niesamowitą tęczę. Przechodzimy w bród
przez strumień, by wreszcie podejść blisko wodospadu i wykapać się
w naturalnym "prysznicu" z kropel wody. Od stale towarzyszących
nam dzieciaków
kupujemy "calabashe", czyli wysuszone tykwy przeznaczone do
przechowywania sfermentowanego mleka z krwią ( miejscowego napoju ) za
5-7 Birrów. Jeszcze szybki przemarsz równiną , przepłynięcie łódką
( 10 Birrów, chcieli więcej, ale znałem cenę od pani z informacji ) i
jesteśmy w wiosce. Dla naszego samozwańczego i małoletniego przewodnika
5 Birrów to za mało ( chce 10 Birrów ), więc dochodzi do małej
scysji. Ogólnie wioska nie sprawia zbyt miłego wrażenia. Wracamy
autobusem, który na końcu się psuje ... Kupujemy bilety na autobus do Gonderu
po 20 Birrów. Jemy w restauracji Hot Canape ( mięso wołowe w
kanapeczkach ) i dobrą, nie kwaśną indżerę. Wczoraj zaprosili
nas do siebie nasi "znajomi". Nie chce się nam korzystać z ich
zaproszenia, ale przychodzą do hotelu i w końcu idziemy do domu
jednego z nich na ceremonię
parzenia kawy. Siostra naszego "znajomego" praży
specjalne ziarna kawy, uciera je w moździerzu, a inne ziarna ( pochodzące
z okolic Gonderu ) pali. Napój jest świetny i wcale nie taki mocny, jak
się obawialiśmy. Pijemy 3 filiżanki - zgodnie z tradycją. Mieszkanie
jest bardzo ubogie, to właściwie jedna, prosta izba. Mieszkają sami (
matka nie żyje, ojciec jest niezdolny do pracy ), on zarabia na budowie
0,5$ dziennie, ona prowadzi dom, za wynajem płacą 50 Birrów dziennie.
Kupujemy im trochę jedzenia, bardzo im współczujemy. Jednak maja w
stosunku do nas różne oczekiwania, których nie możemy spełnić ( np.
ożenić się z dziewczyną , podarować im aparat fotograficzny ). Jest
mi głupio, gdy porównam kwoty wydane na rozrywkę w Addis z sytuacja
tutaj.
To jeszcze nie koniec niemiłych niespodzianek. Janek wreszcie dodzwania
się do domu ( z hotelu Ghion - 33 Birry, ale minimalny czas rozmowy, to 1
minuta, a nie 3 , jak na poczcie ). Okazuje się, że z powodu sytuacji
rodzinnej musi pilnie wracać do domu. Idę spać w dość nieciekawym
nastroju. Rano żegnamy się. Idę na stację autobusową. Autobus rusza do Gonderu
o 6:30. Zaczyna się moja samotna podróż. |
|
Wśród pasażerów autobusu jest kilkoro białych,
w tym dziwaczny Norweg zachowujący się, jak archetyp białasa w Afryce (
np. rozrzuca dzieciom cukierki ). Mamy mały postój po drodze i po pięciu
godzinach dojeżdżamy do Gonderu. Wpierw biorę taksówkę do
polecanego w przewodniku Fasil Hotel ( dworzec autobusowy jest na
drugim końcu miasta, a uliczki są strome ), ale jest droższy, niż w
książce i bez ciepłej wody. Idę więc do do Ethiopia Hotel.
Jest on bardzo prosty, z myszami, puściutki, ale pokój z zimną wodą (
na zewnątrz ) kosztuje tylko 15 Birrów. Pranie - 2 Birry T-shirt, 1 Birr
- majtki. Biorę taksówkę do słynnego kościoła Debre
Berhan Selassie ( 40 Birrów - zupełnie bez sensu, bo i tak
czekam ze względu na przerwę obiadową ).Wstęp kosztuje 15 Birrów, kościół
ma wspaniały sufit i malowidła ścienne. Po powrocie rezerwuję bilet w
Ethiopian Airlines na trasę Lalibela - Addis Abeba. Potem idę oglądać
największą atrakcje tego miasta - zamki ( wstęp 50 Birrów ). Największy
i ( najlepiej zachowany ) Fasiladasa
jest zamknięty do renowacji, ale i tak miejsce jest niesamowite i
dziwne ( bardziej przypomina Europę, niż Afrykę ). Po zwiedzaniu
wymieniam czek w banku przy Quara Hotel ( bank prywatny, więc i
operacja szybka i bezbolesna - nie ma kontroli przy wejściu ) i wykupuje
bilet ( 814 Birrów ). Jadę jeszcze do łaźni
Fasiladasa ( wstep wliczony w cenę biletu do zamków, przejazd
minibusem 1 Birr w jedną stronę ). Obok jest śmieszny
stadion z pasącymi się kozami i propagandowymi planszami z czasów
komunizmu. Wieczorem jem stek w Fogera Hotel ( 12 Birrów, zupa 6
Birrów ) - miejsce dość dziwne, bo niby luksusowe, a brakuje wody w
kranach. Za bardzo wolny Internet płacę prawie 50 Birrów. Chodzę
trochę po mieście, zaraz mam 2 młodocianych przewodników - daję im 5
Birrów, bo oprowadzają mnie po ciekawych miejscach. Umawiam jeszcze taksówkę
na jutro - ciekawe, czy przyjedzie. |
|
|
Rano wyruszam do Aksum.
Oczywiście taksówka nie przyjechała.
Jednak łapię minibusa i za 5 Birrów dojeżdżam do dworca autobusowego.
Wpuszczają najpierw mnie i dwójkę Japończyków. Ładują nasze bagaże
na dach, a nas do środka pojazdu i chcą za to oczywiście ekstra pieniędzy.
Gdy nie chcemy im dać jest lekka awantura. W końcu jednak odjeżdżamy.
Pierwszy przystanek to Debark ( stąd wyruszają trekingi do gór Siemen
). Ogólnie jest to straszna dziura, a stacja Shella wygląda
dziwnie. Po wyjeździe z miasta wjeżdżamy w góry - kręta, górska
droga, zbudowana przez Włochów ( jest nawet monument ku czci tych, którzy
zginęli przy budowie ) wiedzie przez wspaniałe góry. Po drodze stajemy
w pewnej wiosce - spotykamy tam wielbłąda i małpki. Przepiękna
perspektywa najwyższych szczytów gór. Po opuszczeniu gór wyjeżdżamy
na równinę, by wieczorem dotrzeć do Shirez. Jest już ciemno,
mam kłopoty ze znalezieniem hotelu - pomaga mi jakiś chłopak ( 2 Birry
za fatygę ) - okazuje się, że jest całkiem miły blisko dworca
autobusowego ( 15 Birrów za pokój ). Jem coś w miejscowej restauracyjce
( 7 Birrów za indżerę ). Gdy rozpakowuję plecak, okazuje się, że
rozlał mi się płyn do kąpieli i sporo czasu zajmuje mi doprowadzenie
wszystkiego do porządku. Później okazało się, że to miasteczko było
dla mnie pechowe ...
Rano następnego dnia idę na stację ( bilet do Aksum kupiłem już
poprzedniego dnia po przyjeździe ). Po otwarciu bram wszyscy biegną do
autobusów. I w tym zamieszaniu "znika" mój portfel. Jestem
jakieś 60$ do tyłu, wściekły. Dobrze, że chociaż bilet miałem w ręku
i mi został ... Po jakiś 2 godzinach dojeżdżamy do celu. Znajduję pokój
w hoteli Africa ( normalna cena - 50 Birrów, wytargowałem 40 Birrów
za pokój z łazienką i ciepła wodą ). Jem śniadanie w Axum
Touring Hotel ( stek, taki sobie - 12 Birrów ). Dość szybko
przykleja się do mnie jakiś dzieciak - przewodnik. Idę na bazar - robię
trochę zdjęć. Potem idę do Muzemu Narodowego i stell (
bilet łączny 50 Birrów, przewodnik ostrzega mnie przed dzieciakiem -
przewodnikiem ). Zbiory muzeum są raczej skromne,. ale stelle
wspaniałe. - od największej leżącej do mniejszych stojących. Jest też
dół po jednej ze stelli wywiezionej w czasie włoskiej okupacji do Włoch,
podziemny grobowiec ( obrabowany ), z "fałszywymi drzwiami".
Potem idę do pałacu króla Kaleba, a raczej do jego ruin. O ile
sam pałac jest nie jest zbyt atrakcyjny ( kilka podziemnych krypt ) to
droga do niego ciekawa ( wzdłuż pól traw z których nasion robi się mąkę
do wypieku indżery, po drodze mija się starożytną stellę z napisami w
trzech językach - arabskim, greckim , gez - umieszczoną w domeczku, bo
kto ją ruszy, wg legendy umrze ). Z góry są niesamowite widoki na góry
Siemen. Spotykam tam też wycieczkę z Irlandii - jedyny raz w Etiopii. W
drodze powrotnej kupuje pamiątki - małą skórzaną Biblię i zwój
za 50 Birrów. Potem zachodzę na taras widokowy ze wspaniałymi widokami
na stelle i kościół Maryi z
Syjonu. Pod wpływem błagań jednego
dzieciaka kupuje od niego dwa małe krzyżyki za 13 Birrów. Uradowany
prowadzi mnie do "pijalni" tadżu ( alkoholowego napoju z miodu,
podobno najlepszego właśnie w Axum ) Kolację jem w hotelu ( 10
Birrów za stek i 3,5 za piwo Dashen ).
Następnego dnia 02.11.2001 śpię dość długo, i po smacznym śniadaniu
( jajka za 4 Birry ) idę w towarzystwie mojego "przewodnika" idę
do kościoła Maryi z Syjonu ( St. Mary of Sion
). Wstęp to znowu wydatek
60 Birrów. Oglądam z zewnątrz nowy kościół, budynek, gdzie podobno
przechowywana jest Arka Przymierza ( strażnik Arki pokazuje
mi skarby świątyni ), wchodzę do starej świątyni. Wszystko to
pokazuje mi strażnik, potem chce oczywiście jakieś pieniądze - wykręcam
się 2 Birrami ( przy takim koszcie wstępu przewodnik powinien być w
cenie biletu ). Potem wymieniam pieniądze ( o dziwo nie ma kontroli przy
wejściu do banku ) i potwierdzam mój lot w
liniach lotniczych ( opłata lotniskowa to 10 Birrów, a nie 10$, jak
twierdzi przewodnik LP ). Żegnam mojego "przewodnika" - nic mu
nie daję, jest zawiedziony, ale cóż mówiłem mu od początku.
Wymieniamy się adresami ( tak robią tutaj wszyscy, ciekawe, czy ktoś
napisze )
Po południu robię sobie wycieczkę do pałacu królowej Saaby (
wstęp na podstawie biletu z muzeum ). Pałac to właściwie ruiny, po
przeciwnej stronie drogi są małe, dość ciekawe
stelle. Jednak sama
przechadzka jest bardzo ciekawa - wspaniałe krajobrazy, wielbłądy,
transporty wojskowe jadące w stronę granicy z Erytetreą (
towarzyszą im rosyjskojęzyczni żołnierze UN, mieszkający w moim hotelu
). Kupuję jeszcze trochę pamiątki - kamienne krzyżyki z
wygrawerowanymi imionami ( 3 sztuki za 20 Birrów ), miotełki do odpędzania
much i przepiękne malowidło na skórze ( 105 Birrów ).
Wieczorem po kolacji, wychodzę na miasto. Jednak życie nocne tutaj
praktycznie nie istnieje ( spotykam tylko żołnierzy UN w barze ). W moim
hotelu spotykam dziwną wycieczkę - czarne kobiety z RPA.
03.11.2001 opuszczam hotel i jadę na lotnisko ( gratis - dla gościa
hotelowego ). Przed wjazdem policja sprawdza mój paszport i bilet.
Przechodzę ręczną kontrolę bagaży - dla mnie pobieżną, dla
miejscowych bardzo szczegółową. Lot jest bardzo spokojny, podają nawet
ciasteczka. Po 40 minutach lądujemy na miejscu - jestem jedynym pasażerem
wysiadającym w Lalibeli. |
|

|
Z lotniska wsiadam do jednego z dwóch
oczekujących minibusów, dzięki konkurencji udaje mi się zbić cenę do
20 Birrów. Po sprawdzeniu dwóch hoteli zostaję w Lal ( znacznie tańszy
niż twierdzi przewodnik LP, 50 Birrów za pokój z zimna wodą, utargowane
z 60 ). Po wyjściu na miasto zostaje otoczony przez grupę dzieci, które
chcą mi pokazać miasto. Moim przewodnikiem zostaje "umbrella".
Wpierw idziemy na targ. Oglądam stoiska z przyprawami, nasionami, sprzedaż
bydła i osłów, a także miodu i liści jakiejś rośliny ( nie czatu ).
Bilet wstępu do wszystkich kościołów kosztuje 100 Birrów. Najpierw
zwiedzam kościoły jednej grupy - zaczynamy od Bet Medhane Alem
( ogromny, otoczony przez kolumny, tutaj spoczywa słynny krzyż z
Lalibeli - skradziony i odzyskany, niestety niedostępny do obejrzenia ),
potem przechodzimy tunelem do Bet Maryam i Bet Meskel, a
przede wszystkim najsłynniejszy, zbudowany na planie krzyża Bet
Giyorgis. Po drodze oglądam też grób
Chrystusa oraz pustelnika żyjącego w jaskini. W prawie każdym
kościele kapłani pokazują swoje sakrby - głównie krzyże. W jednym
mam okazje obejrzeć tabot
( replikę Arki ) - zwykle przechowywany w najświętszym miejscu światyni
( ten jest zabytkiem, już nieużywanym ). Po
wyjściu z kościołów idę do Ethiopian Airlines ( chcę przełożyć
datę wylotu na wcześniejszą, jestem na liście oczekujących ). Jem
obiad w restauracji Blue Nile ( dość prymitywny wygląd, ale
smaczne jedzenie - stek 10 Birrów, zimny napój 3 Birry , piwo 4 Birry ).
Po powrocie i kąpieli umawiam się na 21:30 z moim
"przewodnikiem" na oglądanie w jednym z kościołów uroczystości
religijnych i śpiewów. Okazuje się, że uroczystości są z
okazji święta - ucieczki Matki Boskiej z Jezusem do Egiptu. Cała
uroczystość jest przepiękna - bicie w bębny, tańce diakonów, śpiewy
kapłanów ( a szczególnie jednego bardzo uzdolnionego wokalnie księdza
), potem procesja z kadzidłami. Z żalem wracam do hotelu - uroczystości
będą się ciągnąć godzinami, dzieci ( w tym mój przewodnik ) zostaną
i spędzą noc w świątyni. Umawiam się z
"umbrellą" ( takie ma przezwisko, bo jego imię po amharsku
znaczy właśnie parasol ) na jutro na 6:30 na wędrówkę do monastyru na
górze. Mimo początkowych kłopotów ( jakoś nie możemy się spotkać )
wyruszam do góry wraz z moim przewodnikiem - wpierw drogą, a potem ścieżkami.
Mnóstwo dzieciaków sprzedaje kamienie ( 1-2 Birry ) i śmieszne czapki
(15 Birrów po targach ). Nie chce mi się wspinać aż do monastyru, więc
oglądam tylko wspaniałe widoki na okoliczne wzgórza. Po powrocie i
obiedzie w hotelu ( niestety aż 27 Birrów ) idę zwiedzać drugą grupę
kościołów. Oglądam Bet Amanuel, Bet Merkorios, Bet
Abba Libanos ( połączony długim, 20 metrowym tunelem z kaplicą
) i Bet Gabriel-Rufael.. Część kościołów jest chroniona przez
ohydne dachy z blachy falistej. Płacę mojemu przewodnikowi - 100 Birrów
to mnóstwo pieniędzy, ale oprowadzał mnie bardzo profesjonalnie. Po
powrocie sprawdzam jeszcze sytuację w liniach lotniczych ( będą
wiedzieć dopiero po 17:00 ). Gdy siedzę w kawiarence pijąc miejscową
wodę Ambo ( całkiem dobra w szklanych butelkach - 3 Birry )
przechodzi uroczysty pogrzeb ( podobno miejscowego nauczyciela - wiem od
"umbrelli " ). Włóczę się jeszcze po mieście. Po powrocie
dzwonię do Ethiopian Airlines - okazuje się, że nie ma biletów na wcześniejszy
termin i jeszcze jeden dzień spędzę w Lalibeli. Wieczorem jem
kolację w międzynarodowym towarzystwie.
Następny dzień ( 05.11.2001 ) spędzam na poznawaniu uroków
miasta na własną rękę. Idę w kierunku szkoły
podstawowej i szpitala. Oglądam niesamowite widoki. Ciągle chodzą
jednak za mną jakieś dzieciaki, co jest trochę denerwujące. Potem jem
obiad w Blue Nile" ( spaghetti 16 Birrów, 2 Birry pepsi ) i zwiedzam
trochę kościoły "na spokojnie". Spotykam nawet jakąś grupę
z Polski. Trochę oglądam różne pamiątki, ale w końcu nic nie kupuję.
Spotykam miejscową dziewczynę, która chce mnie zaprosić na kawę ...
06.11.2001 wstaję przed 6:00 i idę zobaczyć nabożeństwo, na którym
ma być podobno wystawiony słynny krzyż z Lalibeli. I rzeczywiście jest
- duży, złoty, o typowym kształcie, bez wyszukanych ozdób. Msza jest
sprawowana w zamkniętym pomieszczeniu, dostępnym tylko dla duchownych. W
innych częściach świątyni trwają tańce, śpiewy gra na bębnach.
Nabożeństwo trwa bardzo długo - godzinami. Wiele modlących się osób
ma specjalne kije, na których się opiera ( i czasami przysypia ). Na
zewnątrz trwa kazanie, po około 1,5 godzinie wychodzę, choć msza wcale
nie zbliża się do końca. Z hotelu jadę na lotnisko ( z przesiadką bo
autobus z lotniska się spóźniał ). Po bardzo szczątkowej
kontroli lecimy - z międzylądowaniami w Gonder ( bardzo ciekawa
architektura lotniska, w kształcie zamku ) i Bahar Dar. Posiłek
to ciasto z truskawkami i napój. |
|
|
Po przylocie do Addis jadę
taksówką - znowu do Park Hotel ( 20 Birrów ), a potem załatwiam różne
sprawy. Kupuję bilet do Dire Dawa ( 52 Birry, do Hararu
biletów już nie ma ), korzystam z Internetu, robię zakupy. Wieczór spędzam
znów w Al-Mendi. Tym razem baluję ( z tą samą ekipą co
poprzednio - przychodzą tu codziennie przez cały swój pobyt w Etiopii )
całą noc - żuje czat, piję piwo w barze, a potem tańczę w modnej,
drogiej dyskotece ( piwo 10 Birrów ). Poznaję całkiem fajne dziewczyny,
które oczywiście chcą koniecznie pojechać ze mną do hotelu ... Taksówka
do hotelu kosztuje mnie 20 Birrów, jednak praktycznie nie śpię w
pokoju. Już po godzinie ta sama taksówka za kolejne 20 Birrów
zawozi mnie na dworzec autobusowy. Panuje tam, jak zwykle ogromny bałagan.
Wymuszają na mnie 10 Birrów za bagaż ( miejscowi też płacą, a bez
tej opłaty nie ma mowy o załadowaniu plecaka na dach ). Aby wejść do
autobusy ( otwarte tylko tylnie drzwi ) trzeba odstać w jakiejś
idiotycznej kolejce. Zaraz po rozpoczęciu podróży przysypiam, gdy się
budzę jedziemy przez bardzo monotonny, półpustynny krajobraz. Nie czuję
zbyt dobrze, to chyba efekt wczorajszej balangi ... Po przejechaniu rzeki
zatrzymujemy się około 13 na postój i lunch w jakiejś mieścinie.
Wypijam colę i sprite w jakiejś restauracji i to znacznie poprawia moje
samopoczucie. Gdy płacę, kobieta oprócz 4 Birrów za napoje prosi mnie
o jakiś datek, bo jest biedna. Na ulicach wszędzie sprzedają czat.
Potem jedziemy przez góry - wszędzie zieleń, pola uprawne, wioski,
kolorowo ubrane kobiety. Nawierzchnia drogi jest fatalna. Trwają prace
nad jej asfaltowaniem, ale sposób ich wykonywania ( kawałek drogi
z asfaltem, kawałek bez ) tylko spowalnia jazdę. Można kupić kawałki
trzciny cukrowej i je żuć. Po krótkim postoju na stacji benzynowej dojeżdżamy
wreszcie późnym wieczorem do celu. Nie chcą mi oddać bagażu ( mam
odebrać rano ), dopiero po ostrej kłótni go zabieram. Ktoś pokazuje mi
drogę do hotelu - potem chce za to 10 Birrów. Po ostrej kłótni daję
mu w końcu na odczepnego 2 Birry. Pokój kosztuje mnie 25 Birrów ( z łazienką
), pasta na kolację 4 Birry.
Następnego dnia ( 08.11.2001 ) z ulgą opuszczam Dira Dawa
i jadę minibusem do Harar ( 1,5 godziny, 9 Birrów ). Po dotarciu
na miejsce łapie mnie jakiś miejscowy przewodnik ( jak się później
okazuje - absolwent weterynarii na Kubie ) . Umawiam się z nim na 40 Birrów.
Potem żałuję tego - przewodnik był zupełnie zbędny, wszystko można
zobaczyć samemu, ale jakoś tak się rozbestwiłem po Lalibeli.
Zamieszkuję w hotelu Tewodros ( 35 Birrów za pokój z łazienką
), jem śniadanie ( 5 Birrów za jajecznicę ) oraz wykupuję bilet na
prywatny autobus do Addis ( 90 Birrów, znacznie drożej niż autobus państwowy,
ale wyrusza o trzeciej w nocy i ma być już po 12 godzinach na miejscu ).
Przewodnik pokazuje mi miasto - bramy, wąskie uliczki, małe meczety,
groby islamskich świętych. Mijamy dom
w którym urodził się cesarz Haile Selassie ( a właściwie pałac
jego ojca Ras Makonena, sam cesarz przed koronacją nosił nazwisko Ras
Tafari ) Odwiedzamy jeden z miejscowych
domów. Oczywiście jest tam sprzedaż pamiątek, ale poza tym całkiem
ciekawy, tradycyjny wystrój, z rodzajem podestu wyłożonego dywanami,
gdzie każdy zajmuje miejsce zależne od jego ważności. Nic nie kupuję
- za drogo. Oglądam jeszcze rynki - muzułmański i chrześcijański poza
murami miasta. Odpoczywam na tarasie hotelu ( woda Ambo 2,5 Birra ), a
potem jeszcze samodzielnie zwiedzam miasto. Po południu miasto wyludnia
się - wszyscy mężczyźni żują czat, nawet właściciel
knajpki. Za 10 Birrów jem dobry stek w hotelu Ras, a za 3
Birry piję wspaniały sok w Canal Cafe. Idę na drugi kraniec
miasta - tam widzę kobiety z ludu Oromo niosące ciężary na głowie.
Dzieciaki oprowadzają mnie trochę - pokazują 2 bramy, grób świętego.
Idę też do karmiącego hieny, opisanego w przewodniku LP ( Yusuf
Ahmed ) - rolnika, żonatego, z pięciorgiem dzieci. Za karmienie hien
chce wpierw 50 Birrów, a potem nawet 40. Jednak mój przewodnik już umówił
mnie z innym karmiącym hieny ( za 40 Birrów ). Kupuję trochę prezentów
( razem za 50 Birrów, min. przepiękny talerz i pudełeczko ). Jestem
niezadowolony z przewodnika - mówię mu to w hotelu, on przekonuje mnie
min. pokazując zdjęcia i przedstawiając zadowolonego klienta ( Holendra
). Po zmierzchu idziemy zobaczyć karmienie hien. Idziemy drogą na skróty,
wyraźnie unikając policji, ( podobno dla mojego bezpieczeństwa !
), chyba dlatego, że nasz
karmiciel hien ( wyglądający, jak jakiś rastafarianin ) jest
niezbyt legalny. Samo przedstawienie jest niesamowite - hieny dostają mięso
prosto z ust. Gdy wracamy do hotelu i płacę mojemu przewodnikowi ten usiłuje
jeszcze wysępić jakiś długopis, albo podkoszulkę ( czym mnie bardzo
denerwuje - nic ekstra mu nie daję ). Ponieważ brak jest wody miejskiej
( co podobno w tym mieście jest normalne ) myję się woda z kubła. W
nocy źle śpię - mam gorączkę, a po północy zaczyna się walka
psów z hienami - szczekanie i wycie.
Około 3 nad ranem przyjeżdża pod mój hotel autobus i wyruszam w drogę
do Addis. Wydaje mi się, że jedziemy szybciej niż w ta stronę, mamy
tylko półgodzinną przerwę na obiad. Jednak tuż za miastem Awash jest
kontrola celna - urzędnicy ( wcale na takich nie wyglądający ) rekwirują
telewizor, jakieś paczki, koce wiezione przez kierowcę - przemyt z
Somalii. Negocjacje ( jak myślę o wysokość łapówki za odzyskanie
towaru ) trwają jakieś 1 1/2 godziny. Gdy wreszcie ruszamy okazuje się,
że dopędził nas rejsowy państwowy autobus. Szybko przejeżdżamy przez
przepiękny park narodowy Awash, tankujemy też w dość ekspresowym
tempie. W miejscowości Nazaret niezadowoleni pasażerowie z mniejszą ilością
bagażu wymuszają przesiadkę do minibusu ( 10 Birrów płaci obsługa
autobusu ), który szybciej zawiezie nas do celu. W Addis przesiadam się
na Meskel Square i znowu jestem w Park Hotel ( tym razem trochę
luksusu - pokój za 45 Birrów z łazienką ). Podróż do Hararu
kosztowała mnie więcej niż powinna. |
|
|
Kolejny pobyt w stolicy spędzam głownie na załatwianiu
różnych spraw - potwierdzenie biletu ( biuro Kenya Airways przeniosło
się do Hiltona ), wymiana pieniędzy ( chciałem wymienić 10$ ze 100$
banknotu, co było niemożliwe w banku, ale możliwe w jakimś sklepiku,
jakiś "życzliwy" miejscowy za wskazanie tego sklepiku chciał
pieniędzy, ale musiał obejść się smakiem ), skorzystanie z Internetu
( naprzeciwko Ibex Lalibela, szybki, tylko 0,75 Birra/minutę ), zakup
filmu ( Kodak 36 22,5 Birra ). Za to nie mogę oddać nigdzie rzeczy do
prania - wszędzie pralnie chemiczne z kilkudniowym czasem oczekiwania.
Wieczór tradycyjnie już spędzam w Al-Mendi. Po drodze, przy
Mesle Square ( ogromny plac zbudowany w czasach reżimu komunistycznego na
potrzeby defilad ) mijam koncert z muzyką afrykańską ( porządku pilnują
panowie z drewnianymi pałami ). W "czatowni" nie ma stałych
bywalców ( gdzieś wychodzą ), za to odbywam ciekawą rozmowę z trójką
Etiopczyków ( jedna z nich pracowała w Bahrajnie i dlatego bywa w takim
arabskim lokalu ). Potem odwiedzam jeszcze bar ( gdzie
"przylepia" się do mnie całkiem ładna prostytutka i proponuje
mi swoje usługi za 100 Birów ) oraz dyskotekę Ramazzoni ( piwo 12 Birrów
) gdzie wraz z Jimmim tańczymy w miłym towarzystwie do samego rana. To
moja ostatnia rozrywkowa noc w Etiopii.
11.01.2001 po krótkiej drzemce pakuję się i idę na stację
autobusów krótkodystansowych. Za 20 Birrów ( i 5 za bagaż ) kupuję
bilet do Langano ( cena ta sama co do Shashemene ). Podczas
podróży ucinam sobie miłą pogawędkę ze starszym panem ze wsi koło Shashemene,
którego syn mieszka w Europie - wymieniamy się adresami ( prosi
mnie o mój e-mail ! ). Krotki postój w Ziway spędzam na
posiłku ( dobry makaron za 6 Birrów ). Tylko dzięki pomocy mojego współtowarzysza
podróży wysiadam w Lanngano, czyli w szczerym polu przy polnej
drodze wiodącej do ośrodka wypoczynkowego Bekele Mola Hotel nad
jeziorem Langano. Po godzinnym marszu w upale i kurzy ( 3 km )
docieram na miejsce. Za dwuosobowy bungalow płacę 60 Birrów. Mają
tutaj prąd z generatora, a ponieważ jest koniec weekendu liczne
samochody właśnie opuszczają ośrodek. Mój domek trochę cuchnie stęchlizną,
ale jak na etiopskie warunki miejsce jest dość eleganckie ( są jeszcze
droższe, większe domki ). Po rozpakowaniu wracam kawałek drogą, aby coś
zjeść w tak polecanym przez przewodnik LP barze Jungle Bar, ale
tam nic nie mają do konsumpcji, poza ciepłą colą. Chcę zrobić zdjęcia
wielbłądów, ale ich
poganiacz bardzo ostro protestuje, wręcz mi grozi ( wykonując gest
podrzynania gardła ), chce jakieś ogromne pieniądze. W końcu robię
zdjęcie, trochę mu na złość, ale ładne ujęcie przepadło. Wracam do
hotelu i jem w miejscowym barze ( najtańsza zupa fasolowa kosztuje 12
Birrów, cola 5 Birrów, inne dania 25 Birrów ). Podziwiam jeszcze
zmierzch chodząc po plaży ( mają tu nawet rowery wodne i kapoki ). Myję
się - jest nawet ciepła woda. Kładę się spać z lekkim niepokojem,
jak jutro mi się uda powrócić do cywilizacji. Następnego dnia wstaję
około 6, aby wyruszyć jeszcze w chłodzie poranka. Strażnik prosi mnie
o jakieś pieniądze, ale mu tłumaczę, że jestem biedny - przecież
przyszedłem tu piechotą. Dochodzę dość szybko do głównej drogi,
przechodzę przez asfaltową szosę i docieram do bramy parku
narodowego Abiato-Shala. W budyneczku w którym mieszkają
strażnicy zostawiam mój plecak, dostaję butelkę wody ( i tak jej nie będę
pił ) i z małym plecakiem ruszam wraz ze strażnikiem
( który ma stary karabin ). Mijamy stado
strusi i przechodzimy przez bramę do części parku otwartej dla
miejscowych ( do zamieszkania, wypasu bydła itd ). Widzimy gazele Thompsona. Mijamy wioskę
i szkołę ( w parku narodowym ! ), widzę ul dzikich pszczół.
Dochodzimy do punktu widokowego ( są nawet ławeczki ), skąd rozciąga
się przepiękny widok na jeziora Abiato i Shala. Docieramy
do gorących źródeł,
w których ludzie kapią się i gotują kukurydzę ( także mój
przewodnik rozbiera się i bierze kąpiel ). Wszędzie jest dużo ludzi i
bydła. Potem idziemy wzdłuż brzegu jeziora ( kapiące się nago kobiety
na mój widok uciekają w popłochu ) i po zatoczeniu koła wracamy z
powrotem. Przy ogrodzeniu widzę znowu gazele i strusie. Napotykamy człowieka
wyrąbującego drzewo ( w parku ! ), a mój przewodnik ( strażnik
parkowy ) mu doradza. (!). Po powrocie płacę 50 Birrów za
bilet wstępu do parku na 48 godzin i 50 Birrów dla mojego przewodnika.
Łapię minibus, goni mnie jeden ze strażników, abym się wpisał do książki
gości ( coś tam wpisuję na odczepnego ). Za 6 Birrów jadą najpierw do
Bulbila, a tam przesiadam się do innego pojazdu do Ziway.
Po długim krążeniu w oczekiwaniu na pasażerów ruszamy w drogę i docieramy szybko na miejsce. |
|
|
Po dotarciu do Ziway w pierwszej
kolejności idę do jakiejś knajpki i wypijam ( miejscowym zwyczajem )
colę z Ambą. Byłem spragniony, a woda mi się kończyła. Udaję się
do Park Hotel ( zgodnie z przewodnikiem LP ), gdzie za 33 Birry
dostaję prawdziwy apartament - duży pokój z ciepłą wodą ( jest nawet
przycisk do wzywania obsługi hotelowej ). Tylko nigdzie nie ma pralni (
tylko pralnie chemiczne z długimi, kilkudniowymi terminami ), więc sam
urządzam sobie przepierkę ( zostawię tutaj niestety mój sznurek ... ).
Na obiad idę do knajpki, gdzie jadłem w drodze do Langano.
Niestety zamówione mięso owcze jest twarde i łykowate - praktycznie
niejadalne. Na szczęście miły kelner wymienia mi je na smaczny makaron,
za który nawet nie muszę dopłacać ( mięso 10 Birrów, 3 Birry piwo, 2
Amba ). Resztę dnia spędzam odpoczywając. Dość wcześnie idę spać.
13.11.2001 budzi mnie dość głośna muzyka. Dopiero po moich
protestach ściszają ją i mogę spać dalej. Gdy wychodzę na dwór świeci
już mocno słoneczko. Siadam przy stoliku i zastanawiam się nad planem
na najbliższy czas. Przychodzi pracownica hotelu i chce, żebym jej zrobił
zdjęcie ( spławiam ją ), a potem jakaś dziewczyna proponuje mi wycieczkę
po jeziorze ( godzę się, i tak to miałem w planach ). Jedziemy gari
( rodzajem bryczki konnej ) nad brzeg jeziora , a potem pływamy łódką po
jeziorze. Widzimy ptaki,
hipopotamy i ludzi wycinających trzcinę. Moja współtowarzyszka nie
chce słyszeć, aby to ja zapłacił i sama płaci za przejażdżkę ( 10
Birrów, targowała się od 20 ). Wracamy do hotelu,, dziewczyna bierze kąpiel
( w mojej łazience :-) ). Potem idziemy ( a raczej jedziemy gari za
2 Birry ) do Tourist Hotel, gdzie funduję jedzenie - Kitfo
( rodzaj indżery z mięsem, za 18 Birrów ). Obok znajduje się inny
hotel z samochodem
wmurowanym w budynek. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się,
że ten samochód to maluch ...Jest naprawdę bardzo miło - rozmawiamy.
Dziewczyna jest studentką z Addis, teraz na wakacjach. Umawiamy się na
godzinę 21 na dyskotekę. Gdyby nasza znajomość zakończyła się teraz
miałbym bardzo miłe wspomnienia. Tymczasem idę nad jezioro, wstępując
po drodze do supermarketu ( mydło tureckie 3 Birry, Protect - 6 ).
Dochodzę do tzw. "lafeterii", czyli miejsca gdzie rybacy
wyrzucają resztki z połowów, co zwabia tam mnóstwo ptaków. Oglądam
wspaniały zachód słońca.
Jest przepięknie. Wracam powoli , rozkoszując się tą niesamowitą
chwilą przed zmierzchem. W hotelu już czeka na mnie moja
dzisiejsza znajoma. Jest z koleżanką, także studentką z Addis. Piejmy
piwo, dołącza się też szefowa hotelu. Idziemy w poszukiwaniu dyskoteki
( dołacza do nas jakis chłopak z hotelu - dla bezpieczeństwa ) -
obchodzimy 2 bary i Tourist Hotel. Ale wszędzie smętnie. Chcą,
abym fundował wszędzie colę dziewczynie i piwo chłopakowi. Na początku
godzę się, ale gdy oczekują, że zapłacę 10 Birrów za ich jedzenie -
odmawiam. Uważam to za pewną przesadę. Nieoczekiwanie dziewczyna
obraża się i żąda zwrotu pieniędzy za pływanie łódką po jeziorze.
To mnie naprawdę wkurza. Wybucha kłótnia. Po powrocie do hotelu
dziewczyna nie chce mi oddać pożyczonej czapki i klapek ( zatrzyma to
jako rodzaj rekompensaty ). Postanawiam jej dać nauczkę - wzywam strażnika
hotelowego i grożę wezwaniem policji - dostaję moją własność z
powrotem. A więc to wszystko, to była tylko gra. Najpierw zainwestować,
aby później wyciągnąć pieniądze od naiwnego jelenia. Cieszę się,
że się nie dałem naciągnąć, ale jest też mi bardzo smutno, że tak
się to wszystko skończyło. Idę spać. Następnego dnia wstaję wcześnie
rano ( 7:30 ), bo chcę jak najszybciej opuścić ten hotel. Na
"dworcu autobusowym" ( właściwie parę autobusów przy bocznej
uliczce ) kupuję bilet do Debre Zeyit ( stargowałem z 25 do 15
Birrów - tyle samo, co Addis ). Gdy przejeżdżamy przez tą miejscowość
siedzący koło mnie dziadek zaczyna mnie przekonywać, że to nie jest to
właściwe Debre Zeyit, bo jest kilka miejscowości o tej samej nazwie.
Tak mnie skołował, że zanim się zorientowałem, że chciałem dobrze
wysiąść, było już za późno. Zostało mi tylko jechać do Addis i
tam ( z pomocą innego pasażera autobusu, bardzo miłego ) złapać
minibus do Debre Zeyit ( 3,5 Birra ). |
|
|
Dworzec autobusowy w Debre Zeyit
znajduje się poza miastem. Za kilkadziesiąt centów dojeżdżam do
centrum minibusem i wynajmuje pokój w Hoteela Tarminaalii. Biore
pokój z prysznicem ( 10 Birrów, 2 Birry taniej bez prysznica ). Toaleta
jest na zewnątrz i przedstawia stan opłakany ( sławojka kucana o
niskiej czystości ). Za to na noc dostaję nocnik, aby nie musiał
wychodzić ! Wyruszam na miasto - wpierw do hotelu Bishoftu. Jem
tam dobry ( ale i drogi - 15 Birrów ) makaron oraz podziwiam ładną
panoramę jeziora
Bishoftu, położonego w kraterze wygasłego
wulkanu. Niedaleko hotelu, obok biblioteki publicznej jest świetny widok
na jezioro i można zrobić ciekawe zdjęcie. Postanawiam przejść się
do innego jeziora Hora. Cały brzeg jeziora jest jednak zabudowany.
Jakieś miłe kobiety usiłują mi pokazać drogę, ale tylko jedna z nich
( i to słabo ) mówi po angielsku. Ale zjawia się jakiś miły człowiek
( nauczyciel tenisa ziemnego w klubie biznesu ) i prowadzi mnie do
miejsca, gdzie jest otwarty widok na jezioro. Rośnie tam święte
drzewo będące obiektem kultu, a w październiku miejscem rytuałów dotyczących plonów. Na te
uroczystości zjeżdżają ludzie nawet z innych krajów afrykańskich.
Rozmawiamy o informatyce, okazuje się bowiem że mój przewodnik chce
studiować zarządzanie systemami informatycznymi. Wracam do hotelu
minibusem ( 2 Birry ). Przed snem wypijam jeszcze przepyszny sok za 2,30
Birra w jednej z kawiarenek ( na podłodze położone znowu jakieś łodygi
roślin, ciekawe po co ? ). Po spokojnie spędzonej nocy, z samego ranka
jadę do Addis ( oprócz 3,5 Birra chcieli dodatkowej opłaty za bagaż,
ale nic nie dałem ). |
|
|
To już ostatni mój
pobyt w stolicy Etiopii. Znowu mieszkam w hotelu Park Hotel ( pokój
z łazienką za 45 Birrów ). Dzwonię do ambasady Kenii, upewnić
się, co do ceny wizy na lotnisku. Pani w ambasadzie mówi mi, żebym
przyjechał do nich, bo tak będzie pewniej, a wizę dostanę już na
wieczór. Postanawiam jednak ni tracić czasu i pieniędzy i zaryzykować
otrzymanie wizy na lotnisku. Co później okazało się jak najbardziej słuszną
decyzją. Ambasada chyba rozpaczliwie potrzebowała funduszy ...
Po zjedzeniu pizzy w Ibex Lalibela oraz
skorzystaniu z Internetu w Intelcom. Co i rusz podchodzą do mnie różni
ludzie zagadując i coś oferując. - np. ktoś przedstawiający się jako
pracownik informacji turystycznej proponujący mi pokazanie tańców
ludowych. Grzecznie odmawiam, bo niestety wiem, że chodzi o wyciagnięcie
pieniędzy. Gdy chcę zrobić zdjęcie Africa
Hall ( na tle slumsów ) jakaś grupka 7podrostków twierdzi, że
to zabronione i chce pieniędzy. Kończy się przepychankami z nimi,
prawie bójką. Pomaga mi jakiś Somalijczyk , ( chce mi pokazać miasto,
delikatnie go zbywam ). Chciałem wejść do środka Africa Hall,
ale to podobno niemożliwe. Robię zdjęcie tej budowli ze stadionu
sportowego przy Meskel
Square. Po południu idę w stronę Piazza, jakiś człowiek
namawia mnie na wejście do sklepu z pamiątkami ( kupuję tam za 35 Birrów
ładny, ale prosty krzyż metalowy ). Po dotarciu na Piazza idę do
katedry San
Gioyorgis ( św. Jerzego ). Tutaj za 10 Birrów biorę
przewodnika, który mnie, 2 Angielki i 2 Niemców oprowadza po kościele i
muzeum przykościelnym , opowiadając przy tym o wyglądzie kościoła
ortodoksyjnego, przebiegu mszy, historii kościoła w Etiopii i historii
tej katedry ( rozbudowana przez króla Menelika po zwycięstwie pod
Adwą, wierzono bowiem, że właśnie wstawiennictwu św. Jerzego
zawdzięczano tą wiktorię ). Przed kościołem trwa właśnie uroczysty
pogrzeb. Po zwiedzeniu świątyni idę jeszcze na Mercado, a potem
do dzielnicy islamskiej ( min. oglądam kwartał jemeński, niesamowicie
kolorowy ). Wracając jem całkiem dobrego hamburgera w miłej knajpce (
12 Birrów z napojami ), kupuje kawę w słynnym sklepie-kawiarni Tomoco
( 17 Birrów za 1/2 kilograma w torebce papierowej , była też tak sama
kawa w lepszych opakowaniach za 30-40 Birrów ). Wracam do hotelu i pakuję
się jeszcze przed pójściem spać.
16.11.2001 to ostatni mój dzień w Etiopii. Wstaje wcześnie rano,
aby pójść do National Museum i dostać certyfikat na wywóz pamiątek.
Oczywiście urzędnicy się spóźniają, a wszystko trwa długo. Pani ogląda
moje przedmioty, kwestionuje malutką książkę kupioną w Aksum ( nie
wolno wywozić żadnych książek pisanych na skórze - dużych, małych,
starych i nowych ). Za całe sprawdzenie płacę 2 Birry w biurze muzeum,
dostaję odpowiedni kwit, a moja paczka zostaje opieczętowana. Potem idę
do katedry św. Trójcy.
Trwa tam właśnie nabożeństwo, a zwiedzanie kosztuje 20 Birrów, więc
rezygnuję z wchodzenia do środka. Z uwagi na bliskość budynków rządowych
nie wolno robić zdjęć, ale dowiaduję się o tym dopiero po fakcie.
Wracam na Piazza minibusem za 1 Birra , piję świetne soki ( avocado z
cytryną i ananasowy - 7,5 Birra ). Wracam do hotelu, żegnam się z obsługą
( w końcu byłem tu ładnych parę razy ) i jadę taksówką za 20 Birrów
na lotnisko. Książkę ze skóry chowam głęboko w plecaku. Przechodzę
bez problemu przez kontrolę bagażu ( zainteresowanie wzbudza jedynie mój
łańcuch ), reguluję opłatę lotniskową. Dość długo czekam na
lotnisku. Lot jest spokojny, jedzenie całkiem dobre. Żegnaj Etiopio,
szkoda że byłem tu tak krótko i nie zobaczyłem tylu wspaniałych
miejsc - muszę tu wrócić ! |
|