|
Iran |
|

|
|

|
28.06.2004 Przez granicę
z Turcji przechodzimy bez
problemu, ale aby wejść na terytorium Iranu, Ola musi założyć chustę.
Wymieniamy pieniądze u cinkciarza, dostając za jednego
dolara 8 500 IRR ( chciał nas troszkę oszukać ). Dzięki pomocy jednego
pana z dolmusza szybciej przechodzimy odprawę paszportową ( do której kłębi
się niezły tłumek bez zbytniego porządku ). Celnicy nas przepuszczają
bez żadnej kontroli. Łapiemy autobusik do Bazargan ( czyli bramy przejścia
granicznego – 1 000 IRR ). Potem prowadzimy długie negocjacje na
temat wynajęcia taksówki ( aż przepędza nas strażnik bramy przejścia
granicznego ). Proponują nam kurs do Tabriz
za 6$, my jednak decydujemy się na przejazd do Maku za 20 000
IRR.
Kierowca zawozi nas na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety na
autobus do Teheranu o 16:30 ( po 50 000 IRR od osoby ). Korzystamy z
toalety na dworcu, w miarę czystej ( 500 IRR ). Idziemy na miasto coś
zjeść, w pobliskiej lokancie za ¼ kurczaka z ryżem i zam-zam płacimy
20 000 IRR za dwie osoby. Chodzimy trochę po mieście, ale zaczyna padać,
więc wracamy. Pan w lokancie stawia nam bezpłatną herbatkę. Wyjeżdżamy
w deszczu i zimnie. Podróż przebiega całkiem sprawnie. Puszczają nam
hinduski film miłosny i dają kubki na wodę. Jest sporo wolnych miejsc,
można się rozłożyć, nawet się wysypiam ( Ola nie za bardzo ). |
|
 
|
30.06.2004 Rano dojeżdżamy do Teheranu,
jest trochę chmur i wieje. Bierzemy taksówkę do metra z dworca
zachodniego, gdzie zakończył kurs nasz autobus ( 10 000 IRR ). W metrze
3 pierwsze wagony są przeznaczone tylko dla kobiet. Za 650 IRR / osobę
dojeżdżamy do placu Imama Chomeiniego, skąd idziemy do hotelu Mashad.
Dwójki bez łazienki kosztują od 50 000 IRR do 60 000 IRR, my bierzemy
droższą, za to z oknem i większą ( właściwie czwórkę ). Po kąpieli
i krótkim odpoczynku, około 12:00 wychodzimy na miasto. Jemy w
kebabiarni na rogu placu – dwa hamburgery i zam-zam kosztują nas 16
000 IRR. Potem idziemy do Banku Mejli, zobaczyć kolekcję klejnotów,
ale okazuje się, że w środę wystawa jest zamknięta. Wymieniamy pieniądze
u cinkciarza po 8 500 IRR / 1$ ( podawał kurs 8 600, ale wziął prowizję
), podobny kurs oferowano nam w banku. Wracamy do metra, a potem jedziemy
w stronę stacji kolejowej. Musimy jeszcze przejść około 1,5 km, robi
się upalnie. Na bardzo eleganckim dworcu jest bardzo fajna informacja z
telefonem zamykanym na kłódeczkę. Okazuje się ( zresztą zgodnie z tym
co podawał przewodnik ), że bilety z wyprzedzeniem można kupić tylko w
agencji niedaleko stacji. Dwie miłe panie z informacji objaśniają nam,
jak tam dojść, i dają nawet karteczki. W agencji bez problemu kupujemy
dwa bilety do Isfahanu po 33300 IRR ( czyli razem 67 000 IRR ).
Wracamy i jedziemy metrem w okolice dawnej ambasady amerykańskiej. Jej
mury pokrywają liczne hasła i malowidła. Chodzimy troszkę po okolicy,
a wreszcie wracamy do plac Chomeiniego. Kolację jemy w knajpce Cactus
2 – kawałki kurczaka, frytki i sałatka kosztują 25 000 IRR,
sałatka 4 000 IRR ( zam-zam lub herbata w cenie posiłku, dodatkowa
herbata 1 000 IRR ). Kupujemy jeszcze wodę za 2 500 IRR/ butelkę –
wcześniej widzieliśmy po 2 000 ) i zam-zam za 1 000 IRR. Po powrocie
oddajemy rzeczy do prania ( 30 000 IRR ) za całą pralkę ), korzystamy z
Internetu ( nie za szybkie połączenie modemowe, 10 000 IRR/h ) i idziemy
spać.
Następnego dnia wstajemy dość późno i postanawiamy jechać do ogrodów
i pałacu Golestan. Najpierw jednak chcemy znaleźć pocztę, aby wysłać
kartki pocztowe. Jednak bez rezultatu. Poczta okazuje się zamknięta, bo
jest czwartek, czyli dzień przed wolnym piątkiem. Z takiego samego
powodu okazuje się zamknięty pałac Golestan. Dojeżdżamy do
niego metrem – jedna stację z placu Chomeiniego ( wysiadamy na
Pandzar-e-Khorolat ). Niedaleko znajduje się słynny bazar teherański.
Jemy na śniadanie placek nazywany pizzą ( 4 000 IRR ), mający jednak
niewielki związek z włoskim oryginałem. Sam bazar składa się z różnych
części, całych kwartałów wypełnionych sklepami tego samego rodzaju
– niektóre z nich są nowoczesne, inne staromodne. Można tam kupić
biżuterię, dywany, przyprawy, ubrania. Postanawiamy jechać do grobowca
Chomeiniego. Próbujemy dowiedzieć się, jak dojechać, pokazując
stosowny napis w farsi z przewodnika Lonely Planet. Ale napis ma chyba błąd,
bo mamy z tym problemy. W końcu jedziemy nie z dworca południowego, jak
twierdził przewodnik, ale autobusem miejskim z placu Chomeiniego. Bilet
kosztuje 500 IRR, kupuje je się w budce w postaci odpowiedniej długości
wstęgi z biletami. Miły pan z pętli autobusowej objaśnia nam wszystko
i pokazuje do którego autobusu wsiąść. W środku autobusu jest
segregacja płci – metalowa rurka oddziela mniejszą tylnią część
dla kobiet od przedniej dla mężczyzn. Podróż nie trwa długo, dość
szybko dojeżdżamy do celu. Idziemy do grobowca. Musimy zostawić w
depozycie plecaki i aparaty, buty oddać do przechowalni. Są oddzielne
wejścia dla kobiet i mężczyzn. Budynek jest jeszcze niewykończony. Może
po całkowitym zakończeniu budowy będzie to wyglądało ładnie, ale w
momencie naszej wizyty budowla przypomina halę fabryczną z zielonym
grobowcem. Ludzie rzucają pieniążki obok grobowca. Obchodzimy cały
budynek. Jest tam supermarket ( kupujemy wodę, soki i grzebień ) oraz
poczta ( nie mają niestety kartek pocztowych ). Troszkę odpoczywamy w małym
parku, leżąc sobie na karimacie. Robię parę ciekawych zdjęć z
ukrycia. . Wracamy znowu autobusem miejskim i szukamy urzędu
telekomunikacyjnego. Okazuje się, że z ogromnego, strzeżonego
budynku w centrum nie można skorzystać, dają nam adres na kartce i karzą
skorzystać z taksówki. Nie jedziemy. Kupujemy sobie falafele ( 3 500 IRR
). Po długich poszukiwaniach udaje się nam kupić wodę w butelkach ( 3
000 IRR ). Niedaleko naszego hotelu mieści się piekarnia sprzedająca płaskie
chlebki w kształcie desek surfingowych. Chcemy kupić jeden. Sprzedawca
nie chce rozmawiać wcale z Olą, tylko ze mną. Pakujemy się w hotelu i
jedziemy na dworzec kolejowy ( metro + autobus ). Gdy chcemy coś zjeść
w bufecie, zamykają nam go przed nosem. Aby wejść do poczekalni trzeba
okazać paszport. dworzec jest bardzo elegancki i nowoczesny. Jakiś
Amerykanin znający farsi pomaga nam kupić coś do picia.. Wsiadamy do
pociągu. W naszym przedziale są fajni pasażerowie - dwa małżeństwa -
jedno z bliźniakami i drugie jeszcze bezdzietne. Zaczynamy z nimi
rozmawiać. Pracują w Teheranie, jadą do rodziców do Isfahanu.
Wagon jest francuski, klimatyzowany, z pościelą. Dzieciaki trochę
rozrabiają, ale śpię dość dobrze. Poznane Iranki śpią w
chustkach. |
|


|
02.07.2004 Poznani w pociągu Irańczycy pomagają
nam dostać się autobusami do hotelu Amir Kabir ( specjalny z
dworca, a potem normalny miejski ), płaca nawet za nasze bilety. Dwójka
kosztuje 80 000 IRR, ale stargowujemy do 70 000 . Po odpoczynku wyruszamy
na miasto. Jemy śniadanko w knajpce niedaleko hotelu ( jajka,
kanapki ) za 10 000 IRR. chcemy odwiedzić pałac Chechel Sotun,
ale ponieważ jest piątek, jest zamknięty do 15:00. Idziemy na sławny
plac Chomeiniego. Akurat skończyły się modlitwy i ludzie wychodzą z
meczetów. Zwiedzamy pałac Ali Ghapu - piękny, duże wrażenie
robi sala muzyczna, z akustycznym sufitem ( otwory w kształcie różnych
instrumentów muzycznych ). Wstęp kosztuje 3 000 IRR. Tyle
samo płacimy za wejście do wspaniałego meczetu Lofollaha po
drugiej stronie placu. Potem chodzimy trochę po mieście, właściwie włóczymy
się - oglądamy pamiątki, kartki pocztowe itp. Odwiedzamy Chechel
Sotum
( 3 000 IRR ). Pałac jest bardzo ładny, ciekawie położony nad
niewielkim jeziorkiem. Bardzo przyjemna jest kafejka w pałacowym parku.
Palimy sobie sziszę ( 4 000 IRR ), jemy lody i pijemy dobrą herbatkę (
3 000 IRR ). Wieczorem idziemy nad słynny most Si o Se. Tam
zagaduje nas pewien Irańczyk ćwiczący swój angielski. Stawia nam
herbatę, a potem my fundujemy jemu. Opowiada nam o sobie, swojej
rodzinie, życiu w Iranie. Bardzo miły człowiek. Zarabia około 5$
dziennie pracując na budowie. Uczy się angielskiego samodzielnie i
szlifuje język rozmawiając z obcokrajowcami. Ma narzeczoną, z którą
spotyka się raz w tygodniu, oczywiście pod okiem jej ojca. Zaprasza nas
na następny dzień na 20:00 na obiad. Musimy się zastanowić. Wracamy do
hotelu, korzystam z Internetu ( 10 000 IRR/h ), następuje przerwa w
dostawie prądu.
Następnego ranka śpimy trochę dłużej. Oddajemy rzeczy do prania ( 25
000 IRR ). jemy śniadanie ( jajka, chleb z miodem i kawa za 17 000 IRR ).
Postanawiamy zobaczyć meczet Jameh. Po drodze wchodzimy na bazarze
do stoisk, gdzie sprzedają różne ptaki. Mają różnokolorowe
kurczaczki, które pakują do foliowych torebek. W klatkach są kury, gołębie,
króliki. Rozmawiamy chwilę z pewnym Irakijczykiem z Bagdadu, które
handluje gołębiami. Po wyjściu z bazaru kierujemy się do meczetu ( wstęp
2 500 IRR ). Budowla ta jest zbudowana w kilku różnych stylach, bo była
przebudowywana. Ma fragmenty z X-XI, ciężkie, ceglane i późniejsze,
bogato zdobione. Podziemia są głownie wykonane z cegły, a dziedziniec
wykładany mozaiką. Oglądamy wspaniale zdobiony mihrab. Potem wyrzucają
nas, bo zaczyna się czas modlitw. Chodzimy po bazarze, aby wrócić około
14:00 i kontynuować zwiedzanie Część sal jest odnawiana, ale w taki
sposób, że raczej to meczetowi nie przysporzy uroku. Po południu chcemy
zwiedzić największy i najważniejszy obiekt sakralny w Isfahanie,
czyli meczet Imama Niestety pogoda się trochę psuje - nadciągają
chmury, zaczyna wiać. Wstęp kosztuje tylko 3 000 IRR. Podobno ceny dla
cudzoziemców są od niedawna takie same, jak dla Irańczyków.
Niestety w środku meczetu cały plac został zastawiony rusztowaniami i płachtami
dla ochrony wiernych przed słońcem w czasie modlitw. Po największą
kopuła jest wspaniałe echo, gdyż ma ona dwie warstwy, miedzy którymi
jest pusta przestrzeń. Kopuła jest teraz restaurowana - został zdjęty
jej kawałek, na którym są wymieniane płytki. Człowiek zajmujący
się konserwacją pokazuje nam odnawiany fragment i próbuje sprzedać
kawałek starej kopuły ( nie bierzemy ). W świątyni jest ciekawy mały
dziedziniec. Niestety przychodzi wycieczka, bodajże z Francji i już
nie jesteśmy sami. Wychodzimy na plac. Kupujemy kartki pocztowe ( 2 000 IRR ). Niestety nie możemy ich wysłać, bo poczta jest zamknięta.
Na bazarze kupujemy trochę pamiątek i podarunków. ( obrus za 35 000 IRR,
szal, czajniczek za 35 000 IRR, torebkę za 3 000 IRR ). Fajne są noże i
malowidła na kości wielbłąda, ale niestety dość drogie. Idziemy do
mostu Si o Se, gdzie jesteśmy umówieni z naszym wczorajszym
znajomym. Ali Akbar jest punktualnie. Zabiera nas taksówkami, pokazuje
inne mosty, ogród botaniczny ( od zewnątrz, bo dla cudzoziemców wstęp
jest drogi ). Jedziemy do niego do domu na obiad. Mieszkanie jest skromne,
ale czyste. Mieszka wraz ze swoimi braćmi. Pochodzą ze wsi i zarobione
pieniądze wysyłają ojcu, który inwestuje je w sad. Opowiada troszkę o
zwyczajach na wsi ( nie widział przez wiele lat nigdy włosów swojej
matki, dopiero niedawno nastąpiło pewne "rozluźnienie"
obyczajów ). Obiad jest bardzo dobry - mięso, ryż, woda, napoje. Bracia
wyciągają dla swoich gości najlepszą zastawę. Na wideo oglądają
filmy karate z wypożyczalni oraz krążące w "drugim obiegu"
kasety z występami irańskich artystów z USA. Przyniósł je kuzyn
naszego gospodarza, nastawiony raczej antyrządowo ( pali papierosy ).
Dostajemy w prezencie od kuzyna pudełko na chusteczki. Inny krewny
naszego gospodarza odwozi nas swoim samochodem do hotelu. Proponują nam
objazd po mieście następnego dnia, ale my już wyjeżdżamy. Jeszcze
wieczorny zam -zam, Internet, odebranie prania i idziemy spać.
Wstajemy około 6:30, aby zdążyć na autobus do Shiraz. Jedziemy miejskim
autobusem na dworzec dalekobieżny, kierowca nie chce od nas pieniędzy.
Jem śniadanie w knajpce na dworcu, za bułę i zam-zam płacę
4 000 IRR. Podróż przebiega miło i spokojnie, po drodze mamy jeden postój
( herbata i zam-zam ). |
|

|
04.07.2005 Po dojechaniu do Shiraz
bierzemy taksówkę do hotelu Esteghlal ( 10 000 IRR ). Pokój
z prysznicem po targowaniu kosztuje nas 70 000 IRR ( są też pokoje bez
łazienki za 55 000 IRR ). Ola sprawdza pobliski hotel Zand ( bez
prysznica 60 000 IRR, mniejsze pokoje ). Całe targowanie odbywa się
przez telefon. Obsługa hotelu nie mówi po angielsku, więc zadzwoniła
do znajomego taksówkarza, który robił za tłumacza. Dowiadujemy się o
wyjazd do Persepolis - taksówkarz chce 120 000 IRR i nie za bardzo
można coś utargować. Po rozlokowaniu się w hotelu idziemy na
miasto. Wchodzimy do potężnej cytadeli ( 2 000 IRR ).W środku spotykamy
wycieczkę szkolną młodych dziewczyn, bardzo się nami interesującą.
Cytadela w środku wygląda dość ciekawie, jest sporo drzew. Po jej
zwiedzeniu szukamy jeszcze innej taksówki, ale dostajemy oferty na około
160 000 IRR. Decydujemy się więc jechać z taksówkarzem z
hotelu. Postanawiamy coś zjeść. Idziemy do pizza bar. Pizza kosztuje 16
000 IRR, spaghetti 7 000, sałatka 2 000 IRR, cola 1 000 IRR, porcje są
małe. Po kolacji jedziemy autobusem numer 14 ( numer 2 też
pasuje ) do mauzoleum Hafeza ( 500 IRR ). Hafez był słynnym
poeta, o znaczeniu porównywalnym do Mickiewicza. Przed wejściem kilku
taksówkarzy próbuje nas namówić na wyjazd do Persepolis.
Grobowiec odwiedzają liczni młodzi ludzie, całują go i dotykają na
szczęście. Cały park został rozbudowany za czasów ostatniego szacha.
Zaczepia nas pewien chłopiec - chce porozmawiać po angielsku. Okazuje się,
że jego ojciec, inżynier z firmy gazowniczej, był w Polsce w 1998 roku
i nawet pamięta parę zwrotów w naszym języku. Chłopiec świetnie mówi
po angielsku, chce wyjechać do USA. Po rozmowie chcemy pójść do
kawiarni, ale ceny są wysokie ( lody i herbata po 4 000 IRR ). Siedzimy
chwilę w parku na ławeczce, a potem wychodzimy z parku. Chcemy wrócić
autobusem do hotelu, ale przez dłuższy czas nie przyjeżdża. Bierzemy
więc taksówkę za 10 000 IRR. Jemy lody i pijemy napoje w ulicznej
budce - jeden jest mdło słodki, a drugi landrynkowo - słodki. Ponieważ
są wymieszane z lodem, to są przynajmniej zimne
( kosztują po 2 000 IRR ). Wracamy do hotelu. Po zabiciu znalezionego w
łazience karalucha możemy iść spać.
05.07.2005. Wstajemy wcześnie, bo o 7:00 rano już jest umówiony
taksówkarz. Najpierw jedziemy na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy
bilety do Yazd na 20:00 po 28 000 IRR . Na czas przejazdu przez
policyjna kontrole siadam z przodu i zapinam pasy. Dojeżdżamy do
zbiornika wody i tam jemy śniadanie przygotowane przez żonę naszego
kierowcy. Jedzenie jest bardzo dobre - płaski chlebek, biały ser, dżem.
Rozmawiamy. Według naszego rozmówcy życie było dużo lepsze za
szacha. Pracował on wtedy w zakładach petrochemicznych, miał tanią
kantynę, stały kurs riala do dolara. Opowiadał też o ekstrawagancjach
szacha - klimatyzowanych namiotach dla zagranicznych gości na uroczystości
w Persepolis. Wyruszamy dalej. Dojeżdżamy na miejsce. My idziemy
zwiedzać, a nasz kierowca czeka na nas. Bilety kosztują nas tyle samo,
co Irańczyków - 3 000 IRR. Zwiedzamy cały teren - od bramy wejściowej,
przez drogę procesyjną do grobowców. Spotykamy tą samą wycieczkę
dziewczyn, jakąś rodzinę chyba z okolic Zahedanu ( sądząc po ubiorze
), ale poza tym jesteśmy sami w ruinach. Wracamy. Nasz kierowca narzeka,
że za długo nas nie było. Jedziemy do grobowców królów perskich -
Dariusza i Kserksesa oraz rzeźb z okresu państwa Partów. Wracamy. Po
drodze nasz samochód się zagrzewa i musimy czekać, aż ostygnie. W Yazd
jesteśmy z powrotem około 13:00. Nasz kierowca chce, żebyśmy dopłacili,
ale się nie zgadzamy. W hotelu za pranie chcą raptem nie 30 000 IRR, ale
40 000. Po pewnej dyskusji płacimy im tyle. Pakujemy się i płacimy za
pobyt. Gdy chcemy zostawić nasze rzeczy na parę godzin ( do czasu
odjazdu autobusu ) kobieta od prania chce za to aż 30 000 IRR. Idziemy
stamtąd - nie polecamy tego hotelu nikomu !Jedziemy taksówką na dworzec
( 10 000 IRR ). Szukamy tam przechowalni bagażu. Niestety jest długo
zamknięta, a gdy w końcu zjawia się ktoś z obsługi nie chce przyjąć
naszego bagażu. Zostawiamy go więc w biurze naszej linii autobusowej i
za 7 000 IRR jedziemy na plac Ahmadi. Chcemy wejść do Mauzoleum
Shah-e Cheragh, ale nas nie wpuszczają ( podobno meczet jest otwarty
tylko dla muzułmanów ). Próbujemy więc znaleźć pocztę, aby wysłać
nasze kartki. Dochodzi do śmiesznego nieporozumienia. Nasze pytania
o "post office" u portiera w pewnym budynku są zrozumiane
jako "boss office" i zostajemy zaprowadzeni do gabinetu szefa
jakiejś ważnej instytucji. Tam też wszyscy starają się nam pomóc,
ale okazuje się, że ta instytucja została przeniesiona gdzieś daleko
od centrum i trzeba by tam jechać taksówką. Idziemy więc zobaczyć
meczet Vakil. Ale i tam nie sprzyja nam szczęście - wpierw musimy
czekać na otwarcie, a potem okazuje się, że wstęp nadal kosztuje
tu 15 000 IRR. Nie oglądamy więc świątyni, za to chodzimy sobie po
bazarze ( wisiorek - 15 000 IRR ). Wracamy do centrum i jemy coś w lokalu
typu "Mac Donald`s" - nazywa się 110 Hamburgers i jest tam dość
drogo ( 2 hamburgery i 1,5 l coli to wydatek 28 000 IRR ). Wracamy taksówką
na dworzec za 10 000 IRR Odjeżdżamy z opóźnieniem ( szukanie pasażerów
do kompletu ). Mam możliwość oglądania filmu hinduskiego. Ponieważ
mamy miejsca na samym przedzie autobusu, musimy zapinać pasy, gdy tylko
przejeżdżamy obok policji. Mamy jeden postój, troszkę udaje się nam
zdrzemnąć.
|
|
|
06.07.2005 Jesteśmy w Yazd o 4
rano. Bierzemy taksówkę do hotelu Amir Chakkmagh. Z powodu
wczesnej pory jest on jednak zamknięty, a nasze próby obudzenia kogoś
nie dają rezultatu. Zaczynamy szukać innego hotelu. Nie jest to jednak
proste. - Aria jest pełny, inne drogie , hotelu Behesty nie możemy
odnaleźć. Gdy tak krążymy po mieście dostajemy smaczny świeży
chlebek od piekarzy w Amir Chakmagh. Wracamy zmęczeni na skwerek
przy pierwszym hotelu i siedzimy na ławeczce. Wreszcie około piątej
udaje mi się waleniem do drzwi obudzić recepcjonistę. Bierzemy pokój używany
jako czwórka ( 80 000 IRR, dla czterech osób 120 000 IRR ). Po solidnym
wyspaniu się, po południu idziemy na miasto. Postanawiamy zjeść jakiś
miejscowy tradycyjny posiłek. Zamawiamy zupę . Dostajemy ją w kamiennym
garnku wraz z mięsem, cebulą oraz tłuczkiem do zmiażdżenia i
wymieszania zawartości. Siedzimy na drewnianych podestach pokrytych
dywanami. W sumie jest fajnie, choć jedzenie jest dość tłuste. Po
jedzeniu udaje nam się wreszcie odnaleźć urząd pocztowy. Wysyłam aż
osiem kartek pocztowych ( 1 000 IRR za znaczek ). Pomimo
klimatyzacji panuje senna atmosfera, obsługuje tylko jedna pani. Potem
idziemy skorzystać z Internetu ( 12 000 IRR za godzinę ). Gdy już
wysłaliśmy wszystkie maile ruszamy wreszcie na zwiedzanie. Idziemy do
meczetu Jameh. Budynek jest piękny, połączenie cegły i mozaiki.
Dzięki uprzejmości pana z pobliskiej kafejki internetowej wchodzimy na
dach ( jest otwarty bo trwają prace remontowe ). Gdy już obejrzymy
meczet chodzimy po Starym Mieście. Najsłynniejsze budowle - to wieże
wiatrów łapiące każdy powiew, aby schładzać wnętrza domów, taka
starodawna klimatyzacja. Inne ciekawe budowle to cysterny na wodę. Oglądamy
Mazuzoleum Seyed Roknaddin. Postanawiamy odnaleźć meczet 12 imamów
i więzienie Aleksandra ( według legendy Aleksander Wielki więził tutaj
pokonanego władcę Persów ). Trudno jednak się kogokolwiek dopytać więc
błądzimy w labiryncie wąskich uliczek. Na szczęście spotykamy turystę
z Teheranu, który idzie w to samo miejsce. Na miejscu spotykamy jeszcze
pewnego Amerykanina pochodzącego z Yazd. Razem idziemy do tradycyjnego,
odnowionego domu kupca - Khan-e-Lari. Zaglądamy jeszcze do hotelu
zbudowanego w tradycyjnym domu . Chodzimy po uliczkach, rozmawiamy o
Iranie, Polsce itp. Amerykanin opowiada o swoim dzieciństwie w Yazd.
Rozstajemy się pod meczetem Jameh. On ma coś jeszcze kupić
i nas dogonić. Ale już się nam nie udaje spotkać. Po drodze do hotelu
kupujemy jeszcze lody ( 2 000 IRR ) Wykupujemy wycieczkę na następny
dzień do Chak-Chak. Ponieważ oprócz nas chętny jest tylko
jeszcze pewien Duńczyk, więc musimy zapłacić po 60 000 od osoby ( przy
4 osobach normalna cena wynosi 45 000 IRR ). Na kolecję jemy kebab
( 5 000 IRR ) w knajpce niedaleko hotelu . Jeszcze woda w supermarkecie za
2 000 IRR i idziemy spać.
Następny dzień rozpoczynamy pobudką o 6:00. O 7:00 wyruszamy. Najpierw
jedziemy do wież
milczenia. W tych budowlach Zaroastrianie
chowali swoich zmarłych. Właściwie trudno nazwać ich ceremonie
pogrzebowe "chowaniem". Ponieważ ich religia nie pozwala na
zanieczyszczanie ziemi ciałem zmarłego zostawiali je w tych budowlach na
wysuszenie i rozdziobanie przez dzikie ptactwo. Obecnie podobno zalewają
ciała zmarłych w betonie. U podnóża wież znajdują się budynki,
gdzie przygotowywano ciała do złożenia, ubierano itd. Wszystko to robi
dość niesamowite wrażenia. Po wizycie w wieżach robimy krótkie zakupy
( ciastka, soczki itp ) i jedziemy przez kamienistą pustynię porośniętą
gdzieniegdzie krzaczkami. Docieramy do Chak-Chak. Musimy sporo
wdrapać się w górę, aby dotrzeć do świątyni. Całe to miejsce jest
teraz opuszczone. Tylko raz w roku zjeżdżają tutaj Zaroastrianie
z całego świata, aby przez kilka dni świętować. Resztę roku pilnuje
je samotny strażnik. Otwiera nam pięknie zdobione drzwi do groty-świątyni.
W środku jest skromnie - znajduje się tam ołtarz na którym rozpalany
jest ogień oraz trochę symboli religijnych. Przed wejściem trzeba zdjąć
obuwie, do środka nie mogą wchodzić kobiety w czasie menstruacji,
trzeba założyć nakrycia głowy. Strażnik musi się czuć bardzo
samotnie, więc oprowadza nas bardzo chętnie. Dajemy mu na zakończenie
troszkę pieniędzy ( 10 000 IRR, tyle samo Duńczyk ). Wracamy przez
pustynię i o 12:30 jesteśmy z powrotem. Przeprowadzamy się do
mniejszego pokoju za 60 000 IRR. Wieczorem wychodzimy na miasto. Kupujemy
bilety na autobus do Kerman. Za dwa bilety płacimy tylko 28 000
IRR. Potem idziemy do świątyni
Zaroastrian. Została ona
zbudowana w 1940 roku, ale ogień płonie w sposób nieprzerwanie od 2 500
tysiąca lat ( jest przenoszony ). Jest za szyba, aby go nie zanieczyścić
oddechami, specjalny kapłan dba o dokładanie drewna, a popiół jest
wyrzucany. Na ścianach świątyni sentencje z pism Zaratustry.
Dajemy datek 5 000 IRR i wracamy. W sklepie po drodze kupujemy tuńczyka w
puszce ( około 5 000 IRR ), bułki, jogurty i inne produkty - to będzie
nasza kolacja. Okazuje się, że kompleks Amir Chakmagh
jest otwarty i za 1500 IRR od osoby można wejść na górę. Po schodkach
wspinamy sobie na taras pod minaretami, wyżej nam się nie chce. Z góry
roztaczają się piękne widoki, roimy zdjęcia. Potem idziemy na bazar,
kupujemy torebki po 17 000 IRR. Wracając w supermarkecie koło hotelu
kupujemy jeszcze ogórki kiszone i wodę ( sprzedawca dał nam ogórki za
darmo ... ) Robimy i zjadamy smaczną kolacyjkę. Idziemy wcześnie spać,
bo autobus mamy o 8:30 i trzeba wstać o 6:45.
Następnego dnia wstajemy rano, myjemy się i pakujemy. Płacimy za hotel (
w sumie wyszło 140 000 IRR ), łapiemy taksówkę na dworzec autobusowy (
10 000 IRR ). Na dworcu jest trochę dziwnie, bo kierują nas do biura
innej linii ( choć autobus jest jednak tej linii w której kupiliśmy
bilety ) , a nasz autobus odjeżdża w końcu o 8:10. Podróż jest jednak
dość przyjemna ( autobus bez klimatyzacji, z drewnianymi podłokietnikami,
zapinanie pasów przed posterunkami policyjnymi ), jedziemy przez pustynię,
miasto Rafsanjah ( skąd pochodził prezydent Iranu ) i o 13:15
jesteśmy w Kerman.
|
|
 |
08.07.2004 W Kerman mamy adres hotelu ( ze strony innych
podróżników ). To Milad Guesthose. Taksówka kosztuje nas 10 000
IRR. Do wyboru mamy pokój z prysznicem za 70 000 IRR lub malutki bez za 55
000 IRR. Wybieramy ten z prysznicem. Trochę odpoczywamy, oddajemy rzeczy do
prania ( 7 000 IRR za pralkę ) i idziemy na miasto. Trochę po nim błądzimy.
Dochodzimy do placu Azadi. Tam próbujemy znaleźć agencję
turystyczną "Kerman Tours", ale jest zamknięta. Jemy hamburgera,
popijając colą -
10 000 IRR. Postanawiamy pojechać do Jemal Guest
House. Podobno tam można zorganizować jakąś wycieczkę po okolicach.
Jednak taksówkarze nie wiedzą gdzie to jest. W końcu jakiś miły młody
człowiek zabiera nas taksówką do biura swego ojca ( a raczej dwoma taksówkami
). jest on 21 letnim studentem anglistyki. Opowiada nam o swojej rodzinie, w
tym o wujku, który zginął na wojnie z Irakiem. W biurze, które znajduje
się niedaleko miejsca, gdzie według przewodnika jest hotel, tez nie mogą
nam pomóc. Dają nam telefony do różnych agencji turystycznych. W końcu
postanawiamy pojechać na bazar ( 5 000 IRR ). Chodzimy i oglądamy. Na
kolację kupujemy sobie melona ( 5 000 IRR ). Jedziemy na plac Valiasr,
gdzie jest kafejka Internetowa ( różna szybkość działania, koszt 10 000
IRR / h ). Jeszcze nabywamy w sklepie bułki i tuńczyka. W sklepiku koło
hotelu postanawiamy dokupić biały serek ( 6 000 IRR ) i duży kubek
jogurtu
( 5 000 IRR ).W sklepie zagaduje do nas pan organizujący różne wycieczki
w okolicach Kermanu - na przykład do nomadów - po 20$ od
osoby, do miasta Rayen zwanego "małym Bam" i Mahan
- 30$ za dwie osoby. Decydujemy się jechać jutro, a do rana musimy się
zdecydować co chcemy zobaczyć. Umawiamy się z nim na 9:00 rano następnego
dnia. Wracamy do pokoju i spożywamy na kolację zakupione wcześniej wiktuały.
Następnego dnia wstajemy przed 8:00 aby być gotowi na 9:00 na umówione
spotkanie. Tak się spieszę, że zacinam się przy goleniu. Okazuje się,
że pośpiech był zupełnie niepotrzebny. Gdy schodzimy do recepcji,
naszego przewodnika nie ma. Czekamy i czekamy, ale on nie przychodzi.
Dzwonimy do innego przewodnika ( jego telefon wywieszony był w recepcji )
- proponują za tą trasę 50 -70 Euro. W końcu zjawia się nasz
przewodnik. Tłumaczy swoje spóźnienie mało przekonująco i gorąco
namawia nas na wyjazd do nomadów. Jednak my chcemy zobaczyć tylko miasta
( pieniądze odgrywają tu największą rolę ). Jedziemy taksówką do
jego biura, gdzie zostawiamy plecaki. Następnie jedziemy na dworzec
autobusowy. Nie ma biletów do Bander Abbas. Chcemy kupić bilet na
pociąg do Teheranu, ale też już nie ma. Wracamy jeszcze raz do
biura linii autobusowych i po rozmowie naszego przewodnika z
kierownikiem znajdują się dwa bilety
( 76 000 IRR ). Następnie jedziemy do biura Iran Air i kupujemy
bilety lotnicze na powrót z Bander Abbas do
Teheranu ( dwa
bilety to koszt
712 000 IRR ). Wreszcie możemy jechać na wycieczkę. Daję przewodnikowi
zaliczkę - 10 $ w rialach. Jedziemy do miejsca postojowego taksówek.
Nasz przewodnik zakupuje wodę i soki, no i oczywiście wynajmuje taksówkę.
Nasz pierwszy cel to Rayen. Podjeżdżamy pod cytadelę, ale jest
zamknięta - klucznika poszedł na modły ( jest piątek ). Nasz
przewodnik się wścieka na taką organizacje. Będziemy czekać na powrót
klucznika w restauracji. mieści się ona w ogrodzie. Obiad kosztuje
nas
20 000 IRR( kebab z ryżem, zam-zam i herbata ). Nasz przewodnik dzwoni do
klucznika - podobno jest na miejscu. Udaje się nam wejść do środka.
Rzeczywiście jest to bardzo interesujące miejsce - cała twierdza
wykonana z gliny. Zarówno siedziba gubernatora, mury obronne, jak i domy
mieszkańców. Oglądamy straszliwe zdjęcia cytadeli w Bam,
zniszczonej w trzęsieniu ziemi. Za wstęp musimy niestety sporo zapłacić
- po 20 000 IRR. Nie dostajemy żadnych biletów, pieniądze przekazujemy
klucznikowi. Dorabia on sobie wyrabiając broń, podobno Rayen z
tego słynie. Następnie jedziemy do do Mahan. Najpierw oglądamy
ogród przy pałacu. Jest całkiem ładny, choć woda w fontannach jest brązowa
( wstęp 2 500 IRR /osobę ). przewodnik kupuje nam dla ochłody zam-zam i
herbatkę. Ucinamy sobie pogawędkę ze studentem informatyki. Zaprasza
nas do odwiedzenia go w domu w Hamadan, gdzie niedługo wraca (
studiuje w Kerman ). Po odpoczynku w ogrodzie jedziemy do mauzoleum, gdzie spoczywają prochy mędrca sofistycznego ( derwiszy ) Shah
Nematollah Vali. Przepiękne zdobione drzwi i mozaiki. Wracamy do Kerman.
Nie udaje się nam zobaczyć zachodu słońca w jakiejś uliczce miasta.
Zatrzymujemy się przy piątkowym targu - to "nowoczeny" targ,
podobny do naszych. Stamtąd taksówką i autobusem wracamy do biura
naszego przewodnika. próbuje nam sprzedać torby nomadów ( cena wyjściowa
20$, schodzi do 10$ ). Bierzemy nasze plecaki i jedziemy taksówką na
dworzec autobusowy ( 5 000 IRR, kierowcą jest sympatyczny dziadek, mówiący
po angielski, podobno był wojskowym za szacha ). Mamy trochę czasu, więc
jemy kebabiki ( 1300 IRR każdy ). Wsiadamy do autobusu. Mamy miejsca przy
kierowcy, ale tym razem nie puszczają żadnego filmu. Rozmawiamy troszkę
po angielsku z sympatycznym kierowcą, częstuje nas herbatą Jest trochę
niewygodnie, mało miejsca na nogi. Rozmawiamy, trochę śpimy.
|
|
|
10.07.2005. W Bander Abbas jesteśmy o 5:00 rano. Jest gorąco
i wilgotno. Bierzemy taksówkę do hotelu Hormozgan za 15 000 IRR. Jednak
okazuje się, że taksówkarz nie zna tego hotelu - jeździ, pyta się, w
końcu zawozi nas pod luksusowy hotel Hormoz i twierdzi, że to ten. Inne
kierowca tłumaczy mu gdzie jest ten hotel, ale okazuje się, że w tamtym
miejscu go nie ma. W końcu wysadza nas pod hotelem Hormoz, a my mu nie płacimy.
Inny taksówkarz zawozi nas do hotelu Darya za 5 000 IRR. Oferują nam pokój z aklimatyzacją za 90 000 IRR - bierzemy. Klimatyzacja w
pokoju nie działa tak dobrze jak w hotelowym lobby, ale jednak jest wyraźnie
chłodniej niż na korytarzach. Odpoczywamy, kąpiemy się ( łazienki
zewnętrzne ). Wychodzimy na miasto. Jemy miejscowe wyroby cukiernicze,
podobne do pączków ( za kilka sztuk 5 000 IRR ). Chcemy jechać
autobusem do portu. Pytamy się pasażerów ( w tym pewnego Pakistańczyka ). Mimo
ich twierdzeń okazuje się, że autobus wywiózł nas w drugą stronę -
do parku. Łapiemy taksówkę - po długim tłumaczeniu zawozi nas do
przystani, skąd odpływają łódki na wyspę Hormoz ( z 20 000 IRR
zeszliśmy do 10 000 IRR ). Na przystani widzimy żebrzącą kobietę w
masce na twarzy ( nie zgadza się na zdjęcie ). Maski te to
charakterystyczny dla tego regionu fragment ubioru kobiecego. Podróż łódką
( z mocnym silnikiem ) kosztuje 15 000 IRR za dwie osoby. Mocno skacze na
falach, chyba ładunek jest nierówno rozłożony ). Na wyspie idziemy w
stronę ruin twierdzy, ale nie ma tam nikogo, kto by nam otworzył. Robię
trochę zdjęć dzieciakom. Gdy wracamy zapraszają nas do domu. Ponieważ
maja klimatyzację możemy odetchnąć od obezwładniającego upału.
Zostajemy poczęstowani wodą z limonką i lodem oraz herbatą. Pani domu
zaprasza nas na obiad. Nikt z domowników nie mówi po angielsku, my w
farsi, więc komunikujemy się gestami i rynkami. Ola rysuje z
dzieciakami. Gdy przychodzi ojciec wszystkie dzieciaki uciekają w popłochu,
rozlewając wodę. Ponieważ wydaje się nam, że pan domu, nie jest zbyt entuzjastycznie
nastawiony do naszej wizyty, nie zostajemy na obiad.
Zostajemy podwiezieni motorem na przystań. Tam już czeka spora grupa pań
czekających na transport. Większość z nich jest w maskach. Gdy widzą
nasze zainteresowanie, zakładają jedną maskę Oli i robię jej kilka
zdjęć. W drodze powrotnej mocno buja naszą łódką. Gdy jeden z
pasażerów zakłada kapok, zaczynam się martwić. Jednak bez problemów
dopływamy do stałego lądu. Jeden ze współpasażerów płaci za
wszystkich. Wracamy taksówką do hotelu. Ustalamy cenę 5 000 IRR. Taksówkarz
opowiada nam, że nie ma wolności w Iranie ( "No azadi in
Iran", azadi to wolność w farsi ), oraz wypytuje nas , czy nie mamy
"whisky" na sprzedaż. Nie może znaleźć naszego hotelu, błądzi,
twierdzi, że ten hotel nie istnieje !. Gdy docieramy na miejsce daję mu
jeszcze dodatkowo 2 000 IRR. Odpoczywamy. Około 18:00 wychodzimy ponownie
na miasto. Idziemy na Internet ( 10 000 IRR/h, dają darmową kawę ! ).
Pytamy się w biurze tłumaczeń, jak dojść do bazaru. Okazuje się, że
zarówno bazar, jak i port są stosunkowo niedaleko naszego hotelu..
Niepotrzebnie jeździliśmy autobusami i taksówkami. Rano po prostu źle
skręciliśmy. Tak to jest, jak się nie ma planu miasta. Idziemy na
bazar, włóczymy się po nim, kupujemy maski na twarz ( dwie po 15 000
IRR ). Wracamy do hotelu, po drodze jemy dobrą kolację w Persian
Restuarant ( kebab za 17 000 IRR ). Idziemy spać - następnego dnia
musimy wstać o 6:00 rano.
Następnego ranka wstajemy zgodnie z planem, pakujemy się. gdy w recepcji
chcemy płacić, recepcjonista chce 120 000 IRR, a nie 90 000 IRR, jak było
uzgodnione poprzedniego dnia. Po krótkiej, ale intensywnej kłótni
oddaje nam paszporty. Za taksówkę na lotnisko płacimy 10 000 IRR.
Odprawa przebiega w miarę normalnie, do samolotu idziemy na piechotę.
Lot przebiega spokojnie. Podają jedzonko i Iran News po angielsku. Po około
2 h jesteśmy w Teheranie.
|
|

|
11.07.2004 Po przylocie do Teheranu
i odebraniu bagaży dopytujemy się w
informacji, jak dojechać do miasta komunikacją publiczną. Wsiadamy do
autobusu. Niestety wysiadamy za wcześnie. Spytani przechodnie pomagają
nam jednak wsiąść do innego autobusu. Jego kierowca nie chce od nas
pieniędzy. Dojeżdżamy do placu Chomeiniego, skąd dochodzimy do hotelu
Mashad. Bierzemy pokój za 60 000 IRR - mieszkał w nim dotąd chłopiec
z hotelu, ale recepcjonista go wyrzuca. Odpoczywamy, oddajemy rzeczy do
prania
( 30 000 IRR ). Idziemy do banku Mejli, obejrzeć klejnoty. Wstęp
kosztuje 30 000 IRR od osoby. W skarbcu, strzeżonym przez uzbrojonych
strażników można obejrzeć wspaniałe zbiory - Pawi Tron,
diament Pav-i-nur, korony szachów, globus wykonany ze szlachetnych
kamieni i inne. Chcemy jechać do północnych ogrodów szacha. Jedziemy
metrem do ostatniej stacji, a potem autobusem. do placu Tajrish (
jak nam podpowiedział miły pan w metrze ). Gdy dojedziemy na miejsce, mówią
nam, że to nie Tajrish, co jest nieprawdą. Ponieważ jest jednak
już 17:30, a my jesteśmy zdezorientowani, postanawiamy wracać. Kupujemy
jeszcze ciastka w pobliskiej ciastkarni
( rodzaj kokosanek, 1 kg kosztuje 15 000 IRR ) i bułeczki na śniadanie
( 1500 - 3000 IRR ). Oglądamy miejscowy bazarek, owoce dość drogie,
brzoskwinie kosztują 20 000 IRR/kg. Wracamy, analogicznie, jak
przyjechaliśmy, autobus długo jedzie przez korki ). Kolację jemy w
knajpce Cactus 2. W sumie płacimy 30 000 IRR za sandwicza, spaghetti,
napoje i sałatkę ) Po powrocie do hotelu rozmawiamy trochę z Polakami,
którzy tam zamieszkali. W nocy pada deszcz.
12.07.2004 Wstajemy około 8:00, jemy kupione poprzedniego dnia bułeczki,
pijemy herbatkę. Ucinamy pogawędkę z Polakami z hotelu - będą zwiedzać
ogrody szacha z poznaną poprzedniego dnia młodą Iranką - Lejlą. My
jedziemy metrem, do ogrodów Golestanu. Wstępy do różnych pałaców
kosztują 2500 - 3000 IRR, postanawiamy odwiedzić wszystkie poza galerią
malarstwa. Najważniejszy jest pałac z marmurowym tronem szacha, na którym
władcy w XIX wieku przyjmowali na audiencjach, odbierali defilady itp.
Inny pałac to połączenie stylów perskiego i europejskiego. Ściany
pokryte są licznymi szkiełkami. Ciekawa jest także wystawa starych
fotografii. Muzeum etnograficzne jest zamknięte. Park który otacza pałace
jest ładny, ale malutki. Wokół postawione są koszmarne nowe budynki.
Po wyjściu z Golestan idziemy do położonego naprzeciwko bazaru.
Trochę błądzimy po ogromnym terenie, szukamy jakiś sklepików z pamiątkami.
To co znajdujemy nie jest jednak zbyt ciekawe. Po drodze oglądamy sklepy
z tkaninami, dywanami ( tu nas zaciągają do środka, dywany i kilimy są
ładne, ale nie tanie ), złotem. Wymieniam 50 $ po kursie 8 500 IRR/$ .
Po opuszczeniu bazaru chcemy zarezerwować bilety do Quazvin. Biuro
centralnej rezerwacji biletów pomaga nam znaleźć miły pan, ale okazuje
się, że autobusy tamże jeżdżą co 30 minut i bilety się kupuje przed
odjazdem. Pan który nam pomagał, okazuje się być przewodnikiem
turystycznym, proponuje nam swoje usługi, transfer na dworzec,
zaprasza na herbatkę. Nie jest jednak zbyt natarczywy, delikatnie się go
pozbywamy. Po drodze do metra zakupujemy prezenty - zdobione jajko ( 15
000 IRR ), puzderko ( 10 000 IRR ), czapeczka ( 21 000 IRR ). Jedziemy
powtórnie do północnych ogrodów
szacha. Tym razem z ostatniej stacji
metra bierzemy taksówkę za 30 000 IRR. Tam również za wstęp do
poszczególnych pałaców płaci się 2500 - 3000 IRR. Postanawiamy
odwiedzić biały pałac, zielony pałac i muzeum wojska. Zielony pałac
jest w stylu perskim, z rozlicznym lustrami i wspaniałymi dywanami.
Niedaleko znajduje się ciekawe muzeum, poświęcone podróżom dwóch
braci Omidvar - w środku można zobaczyć piękne zdjęcia z ich
pobytu u Eskimosów, w lasach Amazonii, na Saharze, w
Tybecie ( transport pierwszego samochodu dla Dalaj-Lamy ).
Przed muzeum można podziwiać ich "cytrynkę", którą zjeździli
taki kawał świata . W muzeum wojskowym są wystawione na manekinach
stroje żołnierzy perskich od czasów starożytnych, broń ( na przykład
uzi będące prezentem dla szefa sztabu wojsk szacha do szefa sztabu wojsk
Izraela ). Niestety zanim wszystko zdołaliśmy obejrzeć zamykają muzeum
i musimy sobie iść. Ostatni oglądamy Biały pałac. Jego wnętrza
są w stylu francuskim, bo we Francji kształcił się ostatni szach, który
w nim rezydował. We wszystkich pokojach niesamowite, ogromne dywany.
jesteśmy oprowadzani przez przewodniczkę mówiącą po angielsku. przed
wejściem do pałacu stoją ogromne buty
wojskowe odlane z brązu - to
jedyna pozostałość po pomniku szacha w stroju wojskowych, wysadzonym w
czasie rewolucji islamskiej. Nie możemy wyjść inna bramą, tylko tą
samą bramą, którą przyszliśmy, bo jest już dość późno i zamykają.
Bierzemy taksówkę do placu Tarjsih, stamtąd dwa autobusy ( bo
jeden omyłkowo ), metro. Wysiadamy na stacji Saadi,
korzystamy z Internetu, jemy kolację ( dwie kanapki z kurczaka i duży
sprite 21 000 IRR ).Wracamy do hotelu. Odbieramy nasze pranie - niestety
trochę zafarbowało. Idziemy spać.
Następnego ranka jedziemy metrem i autobusem na dworzec zachodni. Stamtąd
odchodzą autobusy do Quazvin. Płacimy 15 000 IRR za dwa bilety.
Czekając na odjazd robię jeszcze zdjęcie pobliskiego monumentu wolności.
Autobus jest całkiem OK, podróż trwa około 3 godzin.
|
|

|
13.07.2004 W Quazvin wysiadamy przy Teheran Gate. Bierzemy
taksówkę do Iran Hotel ( 5 000 IRR ). Za pokój w hotelu ( dwójka
z łazienką ) płacimy 80 000 IRR. Dość długo czekamy na przygotowanie
pokoju po poprzednich gościach. Gdy odpoczywamy nadchodzi burza i to
niesamowita - jakby ktoś lał z węża strażackiego. Około 17 ulewa
mija i wychodzimy na miasto. Wszędzie płyną potoki wody - nie można
przejść sucha nogą przez główny plac miasta. Oglądamy więc park wokół
Chechel Sotun Palace ( sam pałac jest zamknięty niestety ). Gdy
już woda trochę spłynęła szukamy pralni. Oddajemy rzeczy do prania (
3500 IRR sztuka ). Idziemy do grobowca Hoseeina. Po drodze mijamy
piekarnie, w których płaski chlebek produkuje się ciekawie - wygląda
to trochę jak druk gazety. W jednej z piekarni widzimy jak klientki same
obracają chleb na blasze. Dochodzimy do grobowca z XVI w - jednego z najświętszych
miejsc szyityzmu. Budynek jest cały wyłożony płytkami szklanymi, ma
oddzielne wejście dla kobiet, oddzielne dla mężczyzn. W środku dużo
modlących się. Robię zdjęcie, ale delikatnie dają mi do
zrozumienia, że nie powinienem. Wokół grobowca liczne płyty pamiątkowe
na cześć poległych w wojnie z Irakiem. Następnie odwiedzamy meczet
Jameh
- dość zniszczony, ale ma swój czar. Gdy wracamy do hotelu, zatrzymuje
nas jakiś młodzieniec, słabo mówiący po angielsku i zaprasza do domu.
Tam czekają na nas jego brat, siostra i rodzice. Opowiadają o sobie.
Najstarszy brat jest w U.S.A. Ojciec, taksówkarz jest dosyć schorowany, miał zawał,
ma cukrzycę. Gdy dowiaduje się, że Ola jest lekarzem zaczyna jej
pokazywać EKG, zdjęcia rentgenowskie itd. Starszy syn inżynierem ( podobno dobrze mówi po francusku ), córka jest
nauczycielką nauczania początkowego, najmłodszy syn studiuje grafikę i
maluje. Szkoda, że słabo mówią po angielsku, bo trudno się nam dogadać,
a są bardzo mili. Zapraszają nas na kolację, ale jest już dość późno.
Syn odprowadza nas aż do hotelu. Postanawiamy jednak coś zjeść ( czyli
mogliśmy zostać u rodziny ). Zaczynamy szukać jedzenia. Wchodzimy do
dobrej knajpy ( Eghbeli )- ceny są jednak wysokie ( za posiłek 30 000 -
40 000 IRR ). Szukamy zatem kebabiarni, żadna nam jednak nie pasuje. W końcu
jemy hamburgery ( po 5 000 IRR ), popijając colą ( 750 IRR ). Ponieważ
wcześniej zgubiłem część od aparatu, szukamy jej także w parku przy
muzeum. Jest on ładnie podświetlony, ale ławeczka na której my
siedzieliśmy jest ukryta w cieniu i przytula się tam do siebie jakaś
para, która jest bardzo przestraszona naszym widokiem. Wracamy do hotelu
i idziemy spać.
14.07.2004 Wstajemy około 7:00 - chcemy pojechać do zamku
Asasynów.
Bierzemy taksówkę na terminal autobusowy ( 5 000 IRR ). Podobno o
godzinie 12 odjeżdżają minibusy do Alamut. Spotykamy Hiszpanów
z dzieckiem, pragnących pojechać w to samo miejsce i postanawiamy wziąć
taksówkę. Po długich negocjacjach ( trudno się było dogadać )
uzgadniamy cenę 200 000 IRR za przejazd w obie strony. Wydaje nam się,
że gdybyśmy jechali sami, to byśmy zapłacili 100 000 IRR, a może 150
000 IRR
( wcześniejsze propozycje innego taksówkarza ). W każdym razie
jedziemy. Droga wiedzie przez piękne góry, zakręca ładnymi
serpentynami, mijamy po drodze ludzi jadących na osiołkach. Dojeżdżamy
do ruin zamku. Podejście jest dość strome. Miejsce przygotowane jest
dla turystów - drewniane schodki itd. Z samego zamku niewiele zostało (
wcześniej z samochodu widzieliśmy inny, lepiej zachowany ), jednak
widoki z góry zapierają dech w piersiach. Schodzimy i czekając na
Hiszpanów idziemy do pobliskiego hoteliku . Pijemy tam colę za 2 000 IRR. Maja fajne pokoiki i telewizorem po 90 000
IRR. Wracamy z małym
postojem na colę. Z Teheran Gate bierzemy taksówkę do hotelu.
Odbieramy nasze ładnie wyprane i wyprasowane rzeczy i oddajemy następne
do prania. Siedzimy sobie na głównym
placyku. Na ławeczkach siedzą głównie
starsi dziadkowie z różańcami w rękach i gadają. Taka fajna, senna mało
miasteczkowa atmosfera.. Potem idziemy na bazar, gdzie kupujemy
czterokilogramowego arbuza ( 1500 IRR/kg ) i do cukierni ( duża porcja
lodów o dość dziwnym smaku , ciągnących się - 3 000 IRR ). Szukamy
Internetu. Wreszcie znajdujemy na ulicy Khaytami - Cafe Net - szybki
Internet po 8 000 IRR/h. Chłopcy z obsługi zachowują się w sposób
"gejowski" - trzymanie się za ręce, pocałunki w policzki, ale
tutaj to dość normalne i nie ma takich konotacji. Na kolację jemy
hamburgera za 5 000 IRR z zam-zamem ( 1 000 IRR ), a przed spaniem zjadamy
jeszcze naszego arbuza.
Następnego dnia postanawiamy pojechać do Sultaniye. Jedziemy taksówką
na miejsce skąd odjeżdżają autobusy do Zanjan. Tam jedni chcą
nas wziąć do samochodu, inni ciągną do autobusu - wybieramy autobus.
Podróż trwa 3h i kosztuje 10 000 IRR od osoby. W autobusie za nami
siedzi pewien nauczyciel arabskiego, mówiący trochę po angielsku i
zaczynamy pogawędkę. Jako chyba pierwsza osoba w Iranie porusza kwestię
wojny w Iraku, retorycznie pyta, dlaczego nasze wojska zabijają niewinne
kobiety i dzieci. Jeszcze jeden pasażer wysiada na skrzyżowaniu w Sultaniye,
razem jedziemy taksówką do samej miejscowości ( 2 000 IRR od osoby ).
Wchodzimy do mauzoleum. Budowla jest ogromna, mocno zniszczona, całe jej
wnętrze wypełnione jest rusztowaniami. Wstęp kosztuje 3 000 IRR/osobę.
Podobno jest to największa ceglana kopuła na świecie. Wchodzimy na
galerie na I i II piętrze. Niektóre elementy w środku są przepiękne.
Budowla jest zbudowana w dwóch stylach - część to nagie cegły, a część
jest otynkowana i pomalowana. Podobno to przejaw przejścia sułtana z
szyityzmu na islam sunnicki. Odwiedzamy kryptę w podziemiach, ale jest
pusta. Umówiliśmy się z taksówkarzem, więc na nas czeka i podwozi do
innych budowli ( chyba są to grobowce, stojące samotnie w szczerym polu,
wyglądają dość niesamowicie ), a potem do głównej drogi ( 10 000 IRR
). Łapiemy współdzieloną taksówkę ( 10 000 IRR od osoby ) do najbliższego
miasta i stamtąd autobus do Quazvin ( po dłuższym oczekiwaniu ) za
kolejne 10 000 IRR Z dworca autobusowego jedziemy taksówką za 5
000 IRR na główny plac miasta
( Azadi , czyli wolności ). Robimy zakupy na kolację - chleb, ser, soki
- w sumie za 27 000 IRR W sklepie natykamy się na pana z hotelu - zaczyna
się nas o coś pytać, ale nie możemy się z nim porozumieć. W hotelu,
ktoś nam tłumaczy, że on się pyta, gdzie byliśmy dwie ubiegłe noce.
Na początku jesteśmy oburzeni takim wścibstwem, ale tłumaczą nam, że
to tylko troska o nasze bezpieczeństwo. Odpowiadamy mu, zgodnie z prawdą,
że spaliśmy w hotelu. Zaczynamy się wypytywać pana, który tłumaczy,
o dojazd do tronu Sulejmana, ale nie za bardzo wie. Po odpoczynku
idziemy do sklepu ze starociami i kupujemy na prezent widzianą wcześniej
szablę ( a właściwie bagnet, jak się później okaże ) za 100 000 IRR
( nic się nie da wytargować ze sprzedawcą ). Odbieramy pranie i
idziemy do hotelu, gdzie idziemy spać - następnego dnia musimy
wcześnie wstać.
16.07.2004
Wstajemy przed 6:00, jedziemy na dworzec, gdzie udaje się nam załapać
na autobus o 7:00 do Tabriz. My wysiadamy w Zanjan ( 10 000
IRR od osoby, czyli mniej niż poprzedniego dnia ). Podjeżdżamy taksówka
za 5 000 IRR do innego dworca skąd odchodzą minibusy do Takab. Za
bilet płacimy 12 000 od osoby. Nasz pojazd to stary rzęch, a pasażerowie
to głównie starsi dziadkowie. Sama podróż przebiega całkiem
przyjemnie, przez góry i doliny. Mijamy liczne pola uprawne. Właśnie
trwają żniwa, widzimy kombajny. Co pewien czas mijamy wioskę, z chatami
z gliny. Z czasem podróż staje się nużąca, nie za bardzo wiemy gdzie
jesteśmy, ile czasu zostało do celu. Zaczynamy jechać przez zupełne
odludzie. Po 3,5 h jazdy docieramy wreszcie do Takab. Od razu
kupujemy bilety do Quazvin na 20:00 na autobus do Teheranu (
koszt biletu to 22 000 IRR ). Zaczynamy szukać transportu do tronu
Sulejmana. Znajdujemy taksówkę za 50 000 IRR w obie strony z dwiema
godzinami czekania. Pojazd, do którego wsiadamy nie chce ruszyć, inni
taksówkarze go pchają, leją wodę do chłodnicy itd. Wysiadamy - nie
chcemy, aby się gdzieś zepsuł po drodze. Drugą taksówką kieruje młody
chłopak. Chce skrócić czas pobytu na miejscu, ale się nie godzimy.
Dojeżdżamy. Wstęp kosztuje 2500 IRR od osoby. Są to ogromne ruiny z
wulkanicznym jeziorem w środku. Jest to miejsce piknikowe. Mężczyźni
się kąpią. Niedaleko jeziora jest małe muzeum i sprzedaż pamiątek
malowanych na kształt oryginalnych mozaik ( 10 000 sztuka, 9 w komplecie
).Chodzimy sobie nad jeziorem. Jestem zachęcany do kąpieli, a jakaś
rodzina zaprasza nas na obiad ( nie korzystamy z braku czasu ).
Postanawiamy jeszcze podjechać do tzw. więzienia Salomona, czyli
wulkanicznej góry z bardzo głębokim kraterem. Wchodzimy na górę (
bezpłatnie ). Ze szczytu rozciągają się wspaniałe widoki na całą
okolicę. Wracamy do miasta. Płacimy taksówkarzowi ( wyglądało,
jakby oczekiwał napiwku, ale nic mu nie daliśmy ). Szukamy jakiejś
restauracji, aby cos zjeść. W końcu jemy kebaby ( 4 000 IRR sztuka ) w
niewielkiej restauracji przy rondzie. Po wyjściu w kanale ściekowym Ola
znajduje dwa małe kotki ( jeszcze ślepe ), które ktoś wyrzucił ścieku
i wyjmuje je. Otacza nas mały tłumek, ale wszyscy raczej są zdziwieni
naszym zainteresowaniem kociakami. Właściwie powinniśmy je zabić, ale
nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Zostawiamy je. Po kontakcie z
kociakami trzeba umyć ręce i w tym celu kupujemy mydło i korzystamy z
ubikacji na dworcu autobusowym. Jest to dość przykre przeżycie. Jeszcze
trochę chodzimy po mieście ( otoczeni gromadą dzieciaków ). Wielu
ludzi chodzi w tradycyjnych strojach. Kobiety są ubrane na czarno, a mężczyźni
noszą ubrania przypominające przepasane kombinezony robocze. Wracamy na
dworzec. Wsiadanie do autobusu to cała operacja - pan usadza ludzi,
przesadza nas, sprawdza bilety. Ruszamy z opóźnieniem. Podróż jest długa
i męcząca. Mamy jeden postój pod Zanjan, przy zajeździe, gdzie
stoją liczne autobusy min. do Baku i Istambułu. W Zanjan wjeżdżamy
na autostradę i przejeżdżamy zjazd do Quazvin. Gdy dopytuje się,
to mówią mi, że jedziemy do Teheranu. Robię straszliwą awanturę.
Zawracamy na zjeździe do Alamut i zostajemy wysadzenie na rondzie
na obrzeżach Quazvin, skąd bierzemy taksówkę do hotelu za 10
000 IRR. Nasz hotel jest zamknięty. Gdy dobijanie się nie daje
rezultatu, zaczynamy się przygotowywać do pozostania do rana na skwerku.
Na szczęście recepcjonista się budzi i nas wpuszcza. Ciekawe co o
nas pomyślał w świetle rozmowy poprzedniego dnia ? Gdy idziemy spać
jest 3:30.
Następnego ranka wstajemy po 8:00 i po spakowaniu się i zapłaceniu ( w
sumie 320 000 za te kilka dni ) jedziemy na dworzec autobusowy ( 5 000 IRR
)Okazuje się, że jedyny autobus do Tabriz odjechał o godzinie
7:00 Możemy albo jechać następnego dnia, albo łapać autobusy jadące
z Teheranu. Idziemy na drugą stronę ronda. Szczęśliwie się
składa, że już ktoś łapie autobus w tym samym kierunku. Stoimy i
czekamy. Pijemy soczki ( 2 x 2 000 IRR ) O 10:30 jest wreszcie autobus.
Jednak po przejechaniu przez miasto psuje się i musimy przesiąść się
do drugiego. Płacimy za przejazd po 40 000 IRR. To chyba jednak za dużo,
wygląda że nas naciągnęli. W Zanjan wysiada sporo ludzi, robi
się pusto w autobusie. Po paru godzinach jest postój, knajpka. (
kurczaka z ryżem za 10 000 IRR ), ale pijemy tylko zam-zam. Podczas
postoju chcą, abyśmy przenieśli się do drugiego autobusu. Nie wiemy
dlaczego, ale skoro nic nie musimy dopłacać, to nam wszystko jedno.
Jedziemy przez tunele wykute w górach aż do Tabriz. Aby złapać
transport do Orumye musimy przejechać na drugi dworzec
( taksówka za 5 000 IRR ) Kupujemy bilet do Orumye - 62 000 IRR za
dwie osoby. Okazuje się, że jedziemy zbiorczą taksówką. Ma tachograf,
nie może przekraczać 80 km/h ( zapala się czerwona lampka ). Droga jest
dobra. Dojeżdżamy do promu i przepływamy nim na drugą stronę jeziora
( ciekawe widoki ). Potem jeszcze kontrola policyjna ( sprawdzają
tachograf naszego samochodu ) i już jesteśmy na miejscu. Z dworca
autobusowego bierzemy taksówkę na ulicę Emama za 5 000 IRR. Udaje nam
się wymienić 20$ po kursie 1$ = 8 500 IRR. Idziemy do hotelu
Khorran. Dwójka kosztuje 110 000 IRR To dość drogo, ale pokój jest
czysty i na jedną noc możemy sobie pozwolić na takie luksusy. Po krótkim
odpoczynku idziemy na miasto. Próbujemy kupić wody w butelce. Większość
sklepów już jest pozamykana w innych proponują nam wodę w szklance,
albo że naleją do butelki wody z kranu. Postanawiamy cos zjeść. Idziemy do
restauracji Lokanta. Zamawiamy kebab z kurczaka z ryżem za
20 000 IRR, zupę za 2 000 IRR i sałatkę też za 2 000 IRR. Duży
zam-zam kosztuje 4 000 IRR, a mały 2 000 IRR. W sumie płacimy 30 000 IRR,
ale jedzenie jest dobre, a obsługa miła. Wracamy do hotelu. Po drodze
jemy lody ( po 1500 IRR kulka ). Idziemy spać. Spało się nam całkiem
dobrze, choć nie działała klimatyzacja
18.07.2004 Wstajemy rano, pakujemy się i jedziemy taksówką ( 5
000 IRR ) na dworzec autobusowy. Proponują nam zawiezienie do przejścia
granicznego w Sero za 50 000 IRR, ale to trochę za drogo. Chcemy
czekać na autobus, który podobno ma jechać. W końcu decydujemy się na
taksówkę zbiorczą - po 10 000 IRR za osobę. Ponieważ jednak nie możemy
się doczekać ostatniego pasażera w końcu dopłacamy za niego i za 30
000 IRR jedziemy do granicy. Przed granicą jest kontrola policyjna, ale
nas przepuszczają bez sprawdzania. Tuż przed terminalem granicznym
wymieniamy irańskie riale na tureckie liry, ale po bardzo niekorzystnym
przeliczniku. 50 000 IRR na 6 000 000 TL. Przez odprawę przechodzimy bez
problemu. Opuszczamy Iran i wjeżdżamy do Turcji.
|
|