Jemen
|
|
|
|
27.01.2007
Wylatujemy z Warszawy samolotem Turkish
Airways o godzinie 13.10. Rano pada śnieg, ale potem przestaje i nawet
wychodzi słońce. Dojazd na lotnisko bez problemów, wylot o czasie. W Istambule
jesteśmy z lekkim opóźnieniem. Na lotnisku chodzimy po sklepach,
czytamy, nudzimy się. Wylot do Sany jest o czasie, lot w miarę spokojny,
ale na miejscu jesteśmy z małym opóźnieniem, ok. 2.00 w nocy. Kupujemy
wizę ( po 30$/25 euro/5500 riali od osoby) – najbardziej opłacałoby
się w rialach, ale płacimy w $. W okienku obok, w kantorze wymieniamy
50$ - kurs 198,5 riala za 1 $. Potem kolejka do immigration, musimy wypełnić
karty wjazdowe. Następnie jeszcze ze 3 razy wypytują nas jacyś
„tajniacy” – skąd przylatujemy, jaki jest cel wizyty
itp. Odbieramy bagaże, jest jakaś niby kontrola celna – 2 panów
przegląda z wierzchu co mamy w plecakach. Taksówkę
znajdujemy za 1500 riali po pewnym targowaniu. Jedziemy ładnym bulwarem,
a potem przez miasto (sporo syfu) – jazda trwa dość długo.
Docieramy do hotelu – tam czeka na nas menadżer. Mamy do wyboru dwa
pokoje – jeden z malutką łazienką w środku, drugi bez. Ola
wybiera ten z łazienką. Pokój jest prosty, hotel mieści się na skraju
Starego Miasta w jednym ze starych glinianych domów.
28.01.2007
Wstajemy ok. 9.30 miejscowego czasu – czujemy się trochę osłabieni
– być może to wynik zmiany wysokości n.p.m. i klimatu. Jemy
skromne śniadanie – w cenie pokoju. Menadżer wspomina o jakimś
turyście, który chciałby wspólnie wynająć samochód –
postanawiamy się z nim potem spotkać.
Tymczasem prosimy menadżera, aby napisał nam na kartce po arabsku adres
Ministerstwa Turystyki, gdzie musimy pojechać, aby dostać zezwolenie na pobyt
i poruszanie się po kraju. Idziemy na plac
Al-Tahrir
i stamtąd łapiemy taksówkę do Ministerstwa za 400 riali. Po drodze
robimy kilka kserokopii paszportów ( pierwsza strona i wiza). Urzędnik
wydający zezwolenia okazuje się być człowiekiem z którym mailowałem
w sprawie wynajęcia samochodu. Opisujemy trasę podróży – możemy
dostać pozwolenie na przejazd autobusem przez
miasto Marib
do Sayun,
ale nie możemy się tam zatrzymać na nocleg. Urzędnik mówi nam jednak,
że czasem mimo zezwolenia mogą nam nie sprzedać biletu. Dostajemy
zezwolenie na zaproponowane przez nas trasy.
Wracamy do placu Al-Tahrir minibusem za 80 riali (dajemy w
końcu 100 riali). Na poczcie kupujemy kartki pocztowe po 100 riali i
znaczki po 90 riali. Po odpoczynku w hotelu idziemy na przechadzkę
po
Starym Mieście – piękne stare domy z glinianych cegieł, z
koronkowymi wzorami z tynku wokół okien. Widzimy dzieci grające w piłkę
na dzikim boisku przy murach obronnych oraz samochód terenowy z
portretem Saddama na zapasowej oponie. Wracamy do hotelu –
dogadujemy się z Portugalczykiem Luisem i menadżerem hotelu na ośmiodniową
podróż samochodem po Jemenie ( Marib – Sayun - Wadi Dawan -
Al.-Mukalla – Bir-Ali – Aden ) – my zapłacimy
2/3 ceny czyli 490$. Menadżer trochę dziwnie liczy – niektóre dni
podwójnie, bo długa jazda ( 10,5 dnia x 55 euro), ale ogólnie
propozycja wydaje się nam korzystna. Dajemy mu 250$, reszta jutro rano,
podpisujemy umowę. Wyruszamy
aby coś zjeść, szukamy restauracji Palestine
z przewodnika LP. W końcu ją znajdujemy, ale okazuje się, że w
przewodniku jest zły plan miasta- zupełnie inne kierunki ulic w południowej
części miasta. Jemy po ½ kurczaka z ryżem i herbatą – płacimy
1000 riali za 2 osoby. Wracając zachodzimy jeszcze na Stare Miasto,
chodzimy po uliczkach, są otwarte sklepy, w oddali jakby bazarek, w
jednej z piwnic widzimy wielbłąda, który prawdopodobnie chodzi w
kieracie do napędzania jakiegoś młyna. |
29.01.2007
Wyruszamy rano po 8.00. Jedziemy przez miasto, liczne kontrole policyjne
po drodze, kierowca daje im odbite na ksero zezwolenie na
podróż.
Zatrzymujemy się, aby
kierowca kupił
czat (quat – jak mówią Jemeńczycy)
– za woreczek( mała reklamówka foliowa ) płaci 500 riali. Po
drodze kilka razy zatrzymujemy się na zdjęcia – piękne widoki.
Jest tez postój na herbatę, są tam tez samochody z innymi turystami jadącymi
do
Marib. Poza Saną wielu mężczyzn nosi broń ( kałasze ), widzimy tez
może 10-letniego chłopca z karabinem prawie takim jak on.
Obiad w Marib jemy w restauracji razem z innymi turystami. Liczą nam
2000
riali za 3 osoby, płacimy 1500, resztę Luis – chyba zapłaciliśmy
też za jedzenie kierowcy (tego nie obejmowała umowa ...).Potem jedziemy
do hotelu „Land of Paradises” – dwójka 4500 riali,
jedynka 3500 – w mieście jest tylko jeszcze jeden hotel i to droższy.
Po
odpoczynku jedziemy na zwiedzanie z eskortą policyjną. Najpierw do
Świątyni
Słońca
(Bilquis) – jakiś dziadek chce od nas 100 riali za to że
pozwolił nam wejść za ogrodzenie z siatki, ale ponieważ nie było to
umówione nie płacimy mu. Potem Świątynia Księżyca
(Arsh Bilquis)
– słynne pięć i pół filara ( chcą 200 riali za wejście bliżej
, ale rezygnujemy) , ruiny starej tamy, nowa tama. Na koniec zwiedzamy
ruiny starego Marib. Płacę jakiejś
kobiecie za zrobienie zdjęcia
– targuje z 200 riali na 150, ale w końcu daję 50, bo tylko tyle
mam. Ruiny są przepiękne, zwłaszcza że blisko już do zachodu słońca.
Wracamy do hotelu, kupujemy wodę – 160 riali za 4 butelki. W hotelu
pijemy herbatę w towarzystwie kilku panów żujących czat (biorą
cukier, aby zmniejszyć gorycz zielska).
|
30.01.2007
Rano
nie ma wody. Idę do recepcji –
okazuje się że zakręcili, ale będzie. Pojawia się po dłuższym czasie i już musimy iść na śniadanie
(450 riali od osoby, chyba znowu wliczają nam jedzenie kierowcy).
Wyruszamy o 7.45, dużo posterunków policyjnych na drodze. Od posterunku
towarzyszy nam najpierw samochód z karabinem maszynowym (2 razy, przy każdym
następnym posterunku obstawa się zmienia),
potem jedzie z nami żołnierz.
Kierowca mu płaci – w umowie było, że my już nic nie dopłacamy
za obstawę. Po drodze postoje – przy wydmach, na fotografie, na
herbatę. Widzimy tez w oddali płonące szyby naftowe na pustyni. Około
13.30 dojeżdżamy do Wadi
Hadramawt, po krótkiej sjeście jedziemy do
Shibam. W mieście jesteśmy
ok. 15.00. Jest piękne, wielopiętrowe
gliniane „wieżowce” , niektóre z bielonymi górnymi kondygnacjami, kolorowe tylko detale : drzwi, zasłonki w oknach, szyldy.
Uliczki wąskie, kręte i ale i tak w każdym zaułku sklepik z rękodziełami
i nagabujący sprzedawcy. Po obejrzeniu miasta wspinamy się jeszcze na
wznoszące się nad nim wzgórze i robimy zdjęcia – przepiękne
widoki. Jacyś chłopcy koniecznie chcą służyć nam za przewodników,
ale ignorujemy ich.
Jedziemy
do Sayun. Chcemy aby kierowca zawiózł nas do hotelu „Gate
Hotel”, ale on przejeżdża obok niego i wiezie nas do „Trade
& Tourist Housing Tower Hotel”. Tam chcą 3000 riali za dwójkę
ze śniadaniem (2500 za jedynkę) – pokoje nie są złe, ale nie
warte tej ceny. Wkurzamy się i każemy kierowcy wracać do „Gate
Hotel”. Tam recepcjonista nie mówi po angielsku, nasz kierowca wtrąca
się jako tłumacz i mówi nam, że podobno nie ma wolnych pokoi –
podejrzewamy, że to nie do końca prawda. Postanawiamy jechać do innego
taniego hotelu z LP – „Sayun Palace”, kierowca najpierw
twierdzi, ze już go nie ma, potem wiezie na do drogiego „Sayun
Plaza”. Mocno wkurzeni każemy mu jechać do „Sayun Palace”
– po drodze dopytujemy się i w końcu trafiamy. Mają dwójki po
1500 riali, od Luisa chcą tyle samo za pokój, bo nie mają jedynek, ale
w końcu udaje mu się stargować do 1200.
Idziemy wreszcie zjeść – szukanie hotelu i perypetie z
kierowcą
sprawiły, że jest już 19.00 i zapadł wieczór. Szukamy knajpki
Al-Shaab, ale jest za mknięta ( potem okazuje się ,że w ogóle chyba już
nie działa). Idziemy więc do Park Cafe & Restaurant – kurczak
z ryżem i
spaghetti w sumie za 450 riali oraz cola za 60 riali. Wracając
kupujemy jeszcze w ulicznej knajpce rodzaj jajecznicy z zielenina w naleśniku
( coś jak tureckie gozleme) za 50 riali. Potem w
„supermarkecie” papier toaletowy i ciasteczka – w sumie
za 50 riali.
31.01.2007
Wychodzimy przed 9.00, oddajemy w hotelu rzeczy do prania ( 45 riali za
sztukę, w sumie 800 riali).
Idziemy do pałacu sułtana, wstęp 500 riali od osoby. Zwiedzamy wystawę
archeologiczną - jest dość ciekawa, choć skromna. Mało dokładne
datowan ie
np.
podają, że przedmiot pochodzi z okresu XII – I w.
P.n.e. Poza tym w pałacu są prezentowane stroje ludowe, narzędzia
rolnicze, broń, a także flagi dawnych sułtanatów z obszaru Wadi
Hadramawt i
Al-Mukalli.
Z tarasu pałacowego jest ładny widok, niestety szpeci go nowo wznoszony budynek. Taras jest biały, w mocnym świetle słońca
strasznie „wali po oczach”, zaczyna się upał. Po 11.00
wyruszamy do
Tarim
– droga w budowie. Wysiadamy przed pałacem sułtana
– wstęp 150 riali/osobę. Pałac w dość eklektycznym stylu, trochę
motywów wschodnich, trochę klasycystycznych ( sułtan kształcił się w
Europie), ale ciekawy. Okna z witrażami, sufit na
klatce schodowej pomalowany na jaskrawy żółty kolor, w jednej z
sal na dole zbieranina różnych sprzętów z początku XX w. –
stary telefon, gramofony. Reszta pokoi jest pusta.
Następnie ruszmy na poszukiwanie
Wielkiego
Meczetu
(Masjid al-Jami),
pytamy się po drodze i w końcu trafiamy. Meczet stoi przy głównym
placu, gdzie spotykamy również naszego kierowcę. Meczet jest dość
brzydki, ma elewację pokrytą tynkiem naśladującym cegły. Idziemy do
mieszczącej się przy meczecie biblioteki (Al-Ahgaf Manuscript Library)
gdzie oglądamy dawne rękopisy – bardzo ciekawa dawna mapa świata.
Chcemy jeszcze pójść na przechadzkę, chociaż kierowca i Luis czekają
już znudzeni. Chodzimy wśród domów wąskimi zaułkami, gdy nagle obstępuje
nas horda dzieciaków domagających się chyba bakszyszu lub słodyczy
(wcześniej inne rzucały w nas kamieniami, ale jakiś starszy pan je
pogonił). Wracamy na główny plac, gdzie mieści się też suk i ruszamy
z powrotem. Kierowca proponuje jeszcze podjechać do wsi Aynat, gdzie oglądamy
przez ogrodzenie stary cmentarz z nagrobkami i kilkoma dużymi grobowcami
– wstęp tylko dla muzułmanów. W miasteczku są ciekawe domy, ale
nasz kierowca się śpieszy. Wracamy do Sayun. Chodzimy po mieście,
idziemy do parku, gdzie pod drzewami siedzą mężczyźni żujący czat,
sami proszą o zrobienie zdjęć. Gdy opuszczamy park zaczepia nas jakiś
student uczący się angielskiego, prowadzi z nami długą rozmowę, pyta
jak jest w Polsce, jak mieszkamy, opowiada że chcąc zawrzeć małżeństwo
w Jemenie trzeba zapłacić odpowiednią sumę rodzicom panny młodej itp.
Szukamy Internet Cafe – nie ma jej tam gdzie szyld i gdzie powinna
być wg przewodnika, w końcu znajdujemy internet w innym miejscu, w
bocznej uliczce, 2 riale/min. Niestety musimy przerwać po 10 minutach, bo
właściciel wychodzi coś zjeść... My też idziemy coś przekąsić.
Szukamy jeszcze raz knajpki Al-Saab, ale jest zamknięta tak jak wczoraj.
Znowu jemy w „Park Cafe & Restaurant”. Idziemy jeszcze raz
na internet – razem 80 riali i wracamy do hotelu. Robię jeszcze zdjęcia
widowiskowo podświetlonego pałacu sułtana i pobliskiego minaretu
– zaraz po zrobieniu zdjęć światło niespodziewanie gaśnie...
 
1.02.2007
Wyruszamy ok. 9.00. Po drodze widzimy kobiety w „kapeluszach wiedźm”
(spiczaste, z suchych
liści palmowych) powożące dwukółkami zaprzężonymi w osły.
Zatrzymujemy się też aby obejrzeć grobowiec jakiegoś imama
. Dziś nasza droga prowadzi przez
Wadi Daw’an. Dojeżdżamy
do
Al.-Hajarayn
– najstarszej wsi na tym obszarze. Wspinamy się na
zbocze, aby obejrzeć położoną na nim starówkę. Droga wyłożona
kamieniami zakosami prowadzi pod górę. We wsi typowe kilkupiętrowe
gliniane domy, wąskie uliczki, kilka małych placów. Jest tu kilka sklepów
z miodem – podobno miód z
Wadi Daw’an
jest najlepszy i najdroższy
w Jemenie. Jeden dom w wiosce wyróżnia się nietypową bogato zdobioną
fasadą. Jedziemy dalej i zatrzymujemy się w wiosce
Sif, która znana
jest z kolorowo zdobionych domów. Ponieważ jest to środek dnia wszyscy
mieszkańcy mają sjestę. Na uliczkach jest cicho i pusto. Domy rzeczywiście
mają kolorowe detale np. drzwi lub obramowanie okien, czasem cała fasada
jest pomalowana w subtelny wzór. Pięknie to wygląda na tle naturalnego
koloru gliny. Gdy już wracamy, jakiś pan chce mi sprzedać
„kapelusz wiedźmy” za 500 riali, ale nie kupuję. Czekamy na
kierowcę w knajpce, jakiś pan chce abyśmy dosiedli się do niego i
reszty towarzystwa, którzy w sali obok żują czat.
Opuszczamy
Sif, potem po drodze mijamy kilka wsi podobnie pięknie położonych
na zboczach wadi. Docieramy do
Al-Khurayba
– tutaj będziemy dziś
nocować. Okazuje się, że hotelarz chce od nas 3300 riali za pokój bez
ciepłej wody. Za miejsce na dachu chce od Luisa 1500 riali. Drugi hotel w
miasteczku podobno oferuje wspólną salę z materacami na podłodze.
Ponieważ nie ma wielkiego wyboru godzimy się na tę cenę (negocjacje z
właścicielem nic nie dały). Nocuje tu tez kilkunastoosobowa turystów z
Czech,
którzy przywieźli rowery i część trasy pokonują na nich.
Wychodzimy na przechadzkę, wszędzie dużo śmieci, plastikowych opakowań.
Docieramy na pobliskie poletka, robię kilka zdjęć, ale słońce szybko
chowa się za wysokie ściany wadi. Wracając kupujemy 4 butelki wody za
150 riali i 2 duże kawałki ciasta z cynamonem ( coś jak nasz piernik)
za 400 riali. Zamawiamy obiad w naszym hotelu ( we wsi nie ma innej
knajpy) – kurczak z ryżem i wodą za 600 riali od osoby. Jemy na
tarasie na dachu hotelu razem z Czechami.
|
|
2.02.2007
W nocy budzi
nas o 5.00 muezin – długo zawodzi, nie możemy spać.
Rano wyjeżdżamy o 8.15. Droga pnie się do góry i w końcu wyjeżdżamy
na płaskowyż –półpustynny, poryty stromymi dolinami wadi. Po
drodze kierowca staje aby kupić czat, ja robię kilka fajnych zdjęć.
Następny przystanek na szczycie masywu na fotografie. Nasz kierowca
spotyka kolegę jadącego z naprzeciwka z turystami. Parkują samochody na
zakręcie, całują się, rozmawiają. Przyjeżdża samochód policyjny
– policjant też serdecznie wita się z tym drugim kierowcą. Wjeżdżamy
w końcu do
Al-Mukalli, mijamy przy wjeździe stojący na skale
fort Husn
al-Ghuwayazi z XIX w.– dość znany motyw z folderów turystycznych.
Kierowca zawozi nas do Mukalla
Corniche Hotel – chcą 3500 riali za
pokój. Idziemy więc do hotelu Al-Salama, pokoje są za 2800-3200 riali (
w zależności od wielkości). Wtedy kierowca oświadcza, ze zna jeszcze
tańszy hotel – idziemy za nim i docieramy do.... Mukalla Corniche Hotel ! Tam
oferują nam pokoje za 2500 riali – są ładne, czyste, z ciepłą
wodą i klimatyzacją. Zostajemy ( po cichu zastanawiając się, czy
pokoje za 3500 w ogóle istnieją). Na mieście prawie wszystko jest
pozamykane (jest popołudnie), prawdopodobnie dlatego, że to piątek.
Idziemy nadmorskim bulwarem, potem na stare miasto i do portu rybackiego,
jest dość brudno, leniwa atmosfera świątecznego dnia. Korzystamy z
internetu – 2riale/min., ale szybkość taka sobie. Kiedy wychodzimy
z kafejki wszystko zaczyna się otwierać, więc idziemy coś zjeść.
Polecana w LP restauracja
Al-Khayyam jest zamknięta, wchodzimy do knajpki
przy hotelu Al-Salama. Za 2 kawałki kurczaka z ryżem, cole i sprite płacimy
w sumie 650 riali. Obsługa zaprowadziła nas do kuchni, aby pokazać co
serwują, bo nie mówili po angielsku. Gdy wychodzimy z Al-Salama okazuje
się, że w tym czasie otworzyli Al-Khayyam. Zaglądamy z ciekawości i w
końcu decyduję się na kawałek ryby za 200 riali, dodatkowo ciapata
prosto z pieca, sos, 2 herbaty – wszystko razem 300 riali. Knajpka
jest bardzo prosta, dużo w niej ludzi, obsługa szybka i miła. Chyba
jest rzeczywiście popularna, ale byliśmy jedynymi turystami. Jest już
wieczór, ciemno, idziemy bulwarem nadmorskim, tam dużo ludzi, głównie
grupy mężczyzn, ale też rodziny i mieszane grupki młodych ludzi. Wędrujemy
droga w stronę dalszej części miasta mijając Mukalla Museum i siedzibę
policji. Docieramy do bulwaru nad kanałem, fajnie tam - ławeczki, jakieś
dyskretnie przytulone pary. Przechodzimy przez mostek na druga stronę,
tam otwarte oświetlone sklepy, jakieś sklepiki, stragany, dużo ludzi na
zakupach. Można kupić fotografie Saddama Husseina – widzę takie
co i rusz na samochodach.
3.02.2007
Rano wstaje przed 7.00. Idę na miasto. Dość mało życia, chmury. Jakiś
młody człowiek o inteligenckim wyglądzie w okularach pokazuje mi stary
dom, a potem daje kilka ulotek o islamie. Robię parę ciekawych zdjęć
starszym panom na suku. Wracam do hotelu i wychodzimy z Olą i Luisem do
Pałacu Sułtana, gdzie obecnie mieści się Mukalla Museum, wstęp 500
riali za osobę. Na dole wystawa archeologiczna – taka sobie. Na górze
sale z wystrojem sprzed obalenia ostatniego sułtana – ciekawa. Nie
można robić zdjęć. Wyjeżdżamy ok. 10.00. Najpierw jedziemy na policję..
W końcu przychodzi policjant, który będzie nam towarzyszył do Bir-Ali. |
|
N iedaleko
przed Bir-Ali podjeżdżamy do podnóża wygasłego wulkanu, w którego
kraterze jest jezioro. Wejście nie jest trudne, ale zejście gorsze
– stromo, miejscami dość ślisko. Potem dojeżdżamy do wioski
Bir-Ali – tam kupujemy wodę po 40 riali za butelkę, bo podobno na
plaży nie ma. Naprzeciwko knajpki stoi stare angielskie działo. Robię
zdjęcia licznym chętnym. Jedziemy na plażę. Brzeg jest zaśmiecony
torebkami foliowymi itp., aż dojeżdżamy ośrodka, gdzie jest czysto.
Nie ma już wolnych pokoi ( były po 6000 riali), zostały tylko palmowe
chatki na plaży za 1500 riali/osoby. Jedzenie (ryba, ryż itd.) –
800 riali. Straszne ździerstwo. Z Luisem negocjujemy z właścicielem ośrodka
cenę 1000 riali /osoby. Na szczęście okazuje się, że prysznice są
także w kibelkach, nie tylko na zewnątrz. Idziemy się kąpać. Plaża
fajna, morze OK, rafa koralowa, dużo krabów i muszelek. Jakiś pan z obsługi
gapi się chwilkę na nas, poza tym OK. Policja cały czas pilnuje
bezpieczeństwa, objeżdżają plażę. Zamawiamy jedzenie – przywożą
chyba z knajpki ze wsi (dużo ryby, ciapata, warzywa). Zaczyna się ściemniać,
idziemy jeszcze na przechadzkę wzdłuż plaży –bezksiężycowa
noc. Idziemy wcześnie spać. Nie mogę zasnąć – twardy materac,
szum fal i wiatru.
4.02.2007
Słońce budzi mnie zanim dzwoni budzi. Jedziemy do wioski - jem chlebek
z herbatą. Wyruszamy z policyjna obstawą – samochód. Tak już będzie
prawie do Adenu. Najpierw samochody a potem policjanci jadący z nami
– obstawa zmienia się przy każdym posterunku na drodze. Tylko raz
nam pozwolili jechać bez policjanta (brak chętnego?). Jedziemy
„naokoło” przez góry, przez miejscowości
Azan i Habban, robię zdjęcia . Po drodze dłuższy postój, bo
kierowca je obiad. Zjeżdżamy z gór i dość szybko docieramy do Adenu. |
|
Kierowca
zawozi nas do hotelu
Yemen Nights Tourism hotel – dwójka 3500
riali, jedynka 2500 riali. Po odpoczynku wychodzimy na miasto, oglądamy
port w Adenie. Trochę błądzimy – jakaś pani z odkrytą twarzą
sama proponuje nam pomoc i pokazuje drogę. Potem idziemy na stare miasto
i do restauracji Reem Tourist Restaurant, kierują nas do części „family”,
gdzie je mieszane towarzystwo, kobiety odkrywają twarze. Jem rybę, Ola
ćwiartkę kurczaka, do tego sałatki, cola, sok, ja jeszcze biorę
szoarmę – za wszystko płacimy 1400 riali, zostawiamy 200
riali napiwku. Potem chodzimy po suku – robimy zdjęcia, oglądamy
śmiałe sukienki w sklepach dla kobiet. Kupujemy mirrę (200 riali za I
gatunek) i chustkę dla Oli (450 riali). Wracamy do hotelu kupując po
drodze 2 wody i ciastka oraz jabłkowy Canada Dry (300 riali).
5.02.2007
Wyruszamy ok. 8.00 – dzisiaj powrót do Sany. Najpierw jedziemy
obejrzeć dawne zbiorniki na wodę (Aden Tanks) – uważa się , ze
pochodzą z I w. n.e.; zostały odkryte i odrestaurowane przez Brytyjczyków
w XIX w. Wstęp 100 riali od osoby. Nad zbiornikami i wokół nich
zbudowano system kładek dzięki czemu można je oglądać z bliska. Potem
przejeżdżamy przez port w Adenie, tam krótki przystanek. Opuszczamy
miasto – tym razem bez policyjnej eskorty. Po drodze zatrzymujemy się
kilkukrotnie, aby robić zdjęcia – głównie widoki
różnych wiosek. Dłuższy przystanek w miasteczku
Hammam Damt. W
pobliżu jest góra z której podobno roztacza się ładny widok, ale nie
chce się nam tam wspinać. Są też gorące źródła – wytryskują
z rury wystającej z rodzaju pomniczka – stąd nazwa miejscowości. Luis pyta się nas o „tips” dla kierowcy – podobno
zwyczajowo jest to 10% ceny za wynajem samochodu ( czyli w naszym
przypadku 50$) – postanawiamy nic nie dawać. Około 16.30 docieramy
do Sany, a po 17.00 do hotelu.
|
|
Menadżer
dopytuje się, czy wszystko było OK., czy kierowca był OK. – chyba
myśli o napiwku dla niego. Ale nic nie dajemy. Szybko rozkładamy się w
pokoju i wychodzimy. Najpierw wymieniamy pieniądze – 100 $ -
dostajemy za nie 18850 riali. Potem idziemy do kafejki internetowej
– szybkie łącze!- znajduję adres biura Turkish Airlines (płacimy
20 riali). Potem zachodzimy do biura jakiejś agencji sprzedającej bilety
lotnicze – mówią nam, że potwierdzić bilety możemy tylko w
Turkish Airlines, ale piszą nam po arabsku adres dla taksówkarza i mówią,
ze biuro powinno być czynne do 19.30. Łapiemy taksówkę – starszy
pan nie umie czytać, prosi chłopca o przeczytanie adresu z naszej
kartki, ale potem i tak nie może trafić, krążymy po mieście, jest
coraz później. W końcu, gdy zatrzymuje się na stacji benzynowej
wysiadamy i porzucamy go. Zatrzymujemy taksówki, aż w końcu któryś
kierowca wie gdzie to jest – dowozi na za 200 riali. Rekonfirmujemy
bilety do Istambułu i do Bombaju. Potem wracamy taksówką do
Bab-al-Yeman
(400riali) aby znaleźć opisywana w LP pralnię, ale zauważamy
inna po drodze ( widzieliśmy ją już przy pierwszym pobycie w sanie, gdy
szukaliśmy restauracji). Oddajemy rzeczy do prania – pan wylicza
nam 1270 riali, zapłacimy przy odbiorze, za 2 dni. Idziemy zjeść do
Palestine Restaurant
– tym razem bierzemy rybę z ryżem i ciapatą,
surówkę, colę, herbatę; za wszystko płacimy 1200 riali. Ryba dobra,
trochę przypalona skóra z jednej strony. Odprowadzam Olę ( po drodze
kupujemy jeszcze wodę), a sam idę na internet ale już bliżej hotelu
– 25 riali – taka sobie szybkość, nie mają nagrywarki DVD.
Wracając znajduję pralnię blisko hotelu, tylko że wszystkie napisy miała
po arabsku. W hotelu jeszcze raz dopytuje się o dojazd do
Manakha
( Ola
pytała się wcześniej) – podobno współdzielone taxi odjeżdżają
z placu
Bab-al-Yeman
( inaczej niż piszą w
LP). Pan mówi, że dojazd
nie będzie prosty i proponuje wspólny wyjazd wynajętym samochodem z
dwiema kobietami. Dziękuję, nie skorzystamy.
6.02.2007
Wstajemy o 7.00, pakujemy się, jemy śniadanie, płacimy za pokój 20$.
Na śniadaniu spotykamy dwie kobiety ,które jadą samochodem w góry.
Rozmawiamy trochę z nimi, opowiadamy o kierowcy - ogólnie pozytywnie,
oprócz spraw związanych z hotelami. Idziemy z plecakami do Bab-al-Yeman.
Tam są współdzielone taxi do Manakha – 500 riali za osobę, 4500
riali cała taksówka. Oprócz nas jeden czekający. Zaczynamy się
dopytywać o taksówki do Al.-Hudayda, w końcu po 20 minutach czekania i
przy kiepskich perspektywach zebrania kompletu pasażerów godzimy się na
zapłacenie 3000 riali i ruszamy. Pojazd jest leciwy, szyby się nie
zamykają, wieje, ale kierowca jest ostrożny. Po drodze na posterunkach
policyjnych chcą zezwoleń – daje kserokopie z Ministerstwa
Turystyki. Po drodze wsiadają i wysiadają różni ludzie, ale całą
trasę przejeżdżamy tylko my i jeden miejscowy. Jazda przez góry
serpentynami. Po drodze widzimy taksówkę , która nie wyrobiła się na
zakręcie oraz zepsutą ciężarówkę. Za wioską Al-Maghraba jeszcze większe
przepaście i serpentyny.
|
|
Na
miejscu jesteśmy po 12.00. Idziemy do hotelu Manakha
Tourist Hotel (Manakh Askari
Hotel). Chcą
3000 za pokój (duża dwójka,
łazienki wspólne, czyste, ciepła woda)
lub 6000 z wyżywieniem dla 2 osób (śniadanie, obiad). Bierzemy sam pokój.
Chwilę odpoczywamy i postanawiamy iść w góry. Dopytujemy się o mapę.
Możemy tylko obejrzeć całkiem fajną mapę niemiecką i zorientować się
mniej więcej w położeniu innych wiosek. Proponują przewodnika, ale
odmawiamy. Wyruszamy do Al-Khutayb (Al-Hoteib). Po drodze spotykamy parę
Polaków, którzy opowiadają nam gdzie byli w górach (są tu trzeci dzień)
i co najlepiej zobaczyć, że dobrze jest łapać stopa na asfaltowych
drogach, bo dopiero te wiejskie, piaszczyste są ciekawe. Ruszamy dalej
– na zboczu wyrzucone śmieci, foliowe woreczki – ohyda. Potem
podwozi nas miły pan – za darmo. Al-Khutayb to wioska
Ismaelitów (
sekta w islamie), z grobowcem
XII-wiecznego kaznodziei. Mieszkańcy inaczej się ubierają- mężczyźni
białe szaty, kobiety kolorowe chustki, nie zakrywają twarzy. W meczecie
chyba właśnie skończyła się jakaś uroczystość, wychodzi rodzina z
niemowlęciem na rękach, odświętnie ubrani. Wioska jest czysta, ładnie
utrzymana, robią chodnik. Wracamy droga asfaltową, ale po drodze
zbaczamy w piaszczyste ścieżki. Raz idziemy pod górę do wioski, która
wydaje się być opuszczona (oprócz jednego domu). Drugi raz w dół do
kilku wiosek( razem z jakąś wycieczka Francuzów - dzieci chyba mylą
nas z nimi, śpiewają po arabsku na melodię „Panie Janie” ).
Oglądamy krzewy kawy na małej plantacji. Wracamy do Manakha –
wioska jest już w chmurach, które po południu zaczynają zstępować z
gór – spotkani Polacy mówili nam , że tak jest tu codziennie.
Kawałek podwozi nas młodzieniec pickupem –
z a 200 riali. Kupujemy
wodę i colę – oszukują nas – liczą po 50 riali za wodę i
colę! Kupujemy bułki na śniadanie – za 5 płacimy 50 riali.
Odpoczywamy w hotelu, Ola się myje, mamy iść coś zjeść. Nagle gaśnie
światło, idę się myć z latarką. Po krótkim czasie światło się
zapala – hotel ma własny generator. Idziemy jednak do wioski
– może da się znaleźć coś do zjedzenia? Bez światła miejscowość
wygląda dość strasznie (choć gdzieniegdzie jest prąd z generatorów).
Jemy w knajpce 2 połówki kurczaka – dość zimne, ciapata, colę i
herbatę – płacimy 1000 riali. W trakcie posiłku w wiosce zapalają
prąd. Wracamy do hotelu – jest pokaz tańców ludowych (głównie
chyba dla grupy Francuzów, ale nas tez zapraszają). Gra zespół muzyków,
tańczy starszy mężczyzna i młody chłopak, czasem dołącza właściciel
hotelu. Wciągają tez do tańca gości (m.in. Olę i nawet na chwilę
mnie). Ciekawy jest taniec z nożami („baraka”) – chłopak
tańczy go z werwą, inne tańce chyba mniej lubi.
7.02.2007
Rano pakujemy się, plecaki zostawiamy w pokoju hotelowym. Właściciel
hotelu proponuje nam przewodnika na „przejście trudna trasą
„ do
Al-Hajjarah
za 3000 riali, ale my decydujemy się na
samodzielne dojście asfaltową drogą. Łapiemy taksówkę, jakoś udaje
się nam wepchnąć we dwójkę na siedzenie obok kierowcy – płacimy
200 riali za 2 osoby. Dojeżdżamy do
Al-Hajjarah. Wioska ładna –
malownicze kamienne
domy, ale ciągle jakieś dzieciaki nas nagabują, że chcą nas oprowadzić
za pieniądze. W najstarszej części ogólnie smród i brud oraz odchody
zwierząt – wszystko to lepiej prezentuje się z odległości.
Pijemy po darmowej herbacie w knajpce Idziemy na spacer polna drogą
spotykamy tylko kilka osób, w tym jednego dziwnego pana, który coś kopał
w ziemi i krzyczał do nas. Piękne wioski na stokach gór.
Wracamy tą samą drogą do Al-Hajjarah a potem do Manakha. Po drodze
jakieś dzieciaki chcą żeby im zrobić zdjęcie z Olą, a potem chcą
pieniędzy – nie dajemy im oczywiście.
Pan w ciężarówce wyładowanej kamieniami do robienia pobocza
proponuje podwiezienie do Manakha za darmo – korzystamy. Decydujemy
się dzisiaj wrócić do Sany. Znajdujemy taksówki – chcą po 500
riali od osoby. Idziemy po plecaki do hotelu – żegnamy się z właścicielem.
Wychodzimy i napotykamy inna taksówkę do Sany prawie pełną - wsiadamy.
W dół do Al-Maghraba potworny ścisk, Oli plecak na dachu, mój na worku
z mąką – cały brudny. Na dole większość osób wysiada,
dosadzają do nas pewnego Francuza (pracował w obozie uchodźców w
Ugandzie, chyba złapał tam malarię) i po około godzinie czekania
zbiera się jeszcze kilku pasażerów i ruszamy do Sany. |
|
Wysiadamy
przed Maidan Tahrir. Idziemy do hotelu, gdzie dwa dni wcześniej
powiedziano nam, że dwójka kosztuje 2500 riali. Teraz okazuje się, że
cena wynosi 4000 riali, mogą spuścić do 3500. Szukamy jakiegoś hotelu
z przewodnika. Wchodzimy do Asia Tourist Hotel, pokój z łazienką 2500
riali. Wygląda OK wi ęc bierzemy. Chwilę odpoczywamy, a potem idziemy na
internet, który znajdujemy dwie przecznice dalej. Miła obsługa, m.in.
pan, który był kiedyś w Polsce (podczas studiów w Moskwie). Udaje mi
się nagrać zdjęcia na płytę DVD (300 riali) i trochę posurfować po
internecie. Idziemy
na soczek (do Al-Asdequa Fruit Bar) – mały sok
100 riali, duży 200.
8.02.2007
Pytamy się w recepcji jak dojechać do
Shibam. Na kartce piszą nam nazwę
miejsca gdzie możemy złapać
współdzielone taxi. Taksówka za 400 riali
dowozi nas w okolice uniwersytetu. Tam są wspólne taksówki – za
200 riali od osoby do Shibam. Kierowca mówi trochę po angielsku.
Przesadza nas tak, aby starszy pan nie siedział obok Oli, tylko koło
mnie. Po odwiedzeniu stacji benzynowej (60 riali za litr paliwa, kierowca
i tak narzeka, że drogo) i zabraniu sporej ilości bułek z piekarni -
ruszamy. Po godzinie jesteśmy w Shibam. Wszyscy są bardzo mili –
pytają, czy jedziemy do Shibam czy do Thulla. Kontrola policyjna przy wjeździe
– spisują nas na karteczce.
W Shibam jest targ – dużo facetów z nożami i kałaszami.
Obchodzimy targ i trochę miasteczko. Ładny stary suk ze sklepami z
kolumienkami. Reszta taka sobie. Kupuję dwa noże z pasami – jeden
ładniejszy, drugi trochę brzydszy – w sumie za 6000 riali po
targowaniu.
Dużo
stoisk z quatem, poza tym chałwa i inne arabskie słodycze, warzywa,
mirra. Szukamy taksówki do Kawkaban. Najpierw próbują
nam wcisnąć
taksówkarza za 1000 riali „prywatnie” – w końcu ktoś
prowadzi nas do zbiorowych za 100 riali od osoby. Wjeżdżamy na górę.
Miasto wspaniale położone na szczycie góry, częściowo otoczone murem,
z bramą wjazdową (kiedyś w czasie najazdów chronili się tu mieszkańcy
położonego u stóp Shibam). Wiele ładnych budynków, ale sporo z nich
zaniedbanych. Ciekawy szalet miejski – pan idzie na bosaka tamże.
Trochę natrętnych dzieciaków. Mamy kłopot z powrotem (jest jakaś ścieżka
do Shibam, ale stroma, podobno około godziny schodzenia; droga asfaltową
jeszcze dłużej). Bierzemy prywatną taksówkę do Shibam za 1000 riali
(chcą 1200). Czekamy w budzie sprzedawcy biżuterii, bo taksówka nie może
przejechać – bramę miejską tarasuje ciężarówka mająca kłopoty
z wyjechaniem).
W Shibam okazuje się, że  już nie ma taksówek do
Thulla. W końcu z pomocą
pewnego człowieka mówiącego po
angielsku ( wziął za to chyba
ze 200 riali prowizji od taksówkarza) bierzemy taksówkę na trasę
Shibam – Thulla – Wadi Dhar – Sana za 4000 riali.
Najpierw jedziemy do Thulla – również położonego na wzgórzu. Piękne
kamienne domy i minaret meczetu. Trochę nas zaczepiają, proponują żeby
wynająć za przewodnika, albo coś kupić w sklepie, ale tylko na początku.
W środku miasta trochę upierdliwych dzieciaków. Chodzimy około
godziny. Potem jedziemy do Wadi Dhar – kierowca się trochę myli,
wjeżdża w inną drogę. Na chwilę podjeżdżamy do domu/sklepu gdzie
kupuje wodę ( do czata ). Wreszcie dojeżdżamy do pałacu imama Der-al
Hajer – wstęp 500 riali. Ciekawy, choć prosty wystrój, fajne
kolorowe okna. Pałac jest zbudowany na skale. Ciekawe, głębokie studnie
(zbiorniki na wodę), prehistoryczna jaskinia, gdzie znaleziono mumię.
Fajny mafarej – z widokiem na dolinę. Chcemy wypić colę w przypałacowej
knajpie, ale kosztuje 100 riali – rezygnujemy. Wracamy do Sany. |
|
Chcemy,
aby kierowca odwiózł nas na Meidan Tahrir,
ale on chce
za to jeszcze
dodatkowe 500 riali. Nie zgadzamy się, więc wysadza nas przy
uniwersytecie. Po pewnym szukaniu i dopytywaniu się znajdujemy minibus
jadący na Meidan Tahrir za 20 riali od osoby.
Wracamy do hotelu, idziemy zjeść - 2 ryby : większa za 800 riali,
mniejsza za 500 riali – razem w Palestine 1500 riali. Potem idziemy
na Stare Miasto, chodzimy po suku – oglądamy różne rzeczy do
kupienia, gambije, lampy itp.
9.02.2007
Rano wychodzimy do
Muzeum Wojskowego
(Military Museum). Muzeum ma być
czynne od 13.00, więc włóczymy się po okolicach Meidan Tahrir.
zachodzimy do Al-Asdequa Fruit
Bar, pijemy Pepsi Light (Ola), sok z mango
i sprite (ja) – razem 200 riali. Po 13.00 idziemy do Muzeum
Wojskowego, ale jest zamknięte na głucho. Wracamy do hotelu i
odpoczywamy. Po południu idziemy na Stare Miasto, robimy zdjęcia –
dość ładne światło. Potem oglądamy lampy i gambije, szukamy sklepu z
pamiątkami, w którym byliśmy wczoraj wieczorem. Znajdujemy go po dłuższym
błądzeniu, ale ceny są tu jednak zbyt wysokie. Idziemy do innych
sklepików. Kupujemy min. posrebrzaną kadzielnicę na mirrę– 2000
riali, puzderko za 1000 riali i 2 bransoletki po 600 riali
razem po stargowaniu 4000 riali, ładną gambiję z pasem za 4500
riali- po stargowaniu z 6000 riali. Dopłacam jeszcze 200 riali za
dorobienie zapięcia (chłopak zajmujący się tym chciał 600 riali, ale
sprzedawca „zredukował” jego cenę).
10.02.2007
Po
w miarę dobrze przespanej nocy rano wychodzę sam na Stare Miasto. Idę
droga wzdłuż wyschniętego wadi, a potem zagłębiam się w uliczki.
Robię trochę zdjęć. Ciekawe są położne w środku zabudowy ogrody
otoczone murkami. Niektóre całkiem dobrze utrzymane, inne zaniedbane. Do
jednego z nich zaprasza mnie młoda dziewczyna. Robię zdjęcia jej i
starszemu mężczyźnie. Coś zaczyna mówić o bakszyszu, ale ją zbywam.
Przechodzę przez bazar ( parę fajnych zdjęć ). Przy Bab-Al.-Yaman
jakieś dwie kobiety śpiewają i grają na dość dużym bębenku /
tamburynie. Kategorycznie mówią, żeby nie robić im zdjęć, choć ja
tylko stoję. Wracam do hotelu, po drodze aby kupić wodę muszę chwilkę
szukać otwartego sklepiku . Po krótkim odpoczynku, idziemy z Olą do
Muzeum Wojska oraz wypłacić pieniądze z bankomatu.
Pan w recepcji mówi
nam, że mamy do zapłacenia 7500 riali ( jakby nie liczył bieżącego
dnia, choć mu mówimy, że chcemy zostać do północy ). Zamawiamy taksówkę
za lotnisko na 24:00 za 1500 riali. Wstęp do Muzeum Wojska kosztuje 200
riali od osoby ( wzrost o 100 % w stosunku do cen z przewodnika ). Przed
wejściem sprawdzają nam plecaki i informują, że w środku nie można
robić zdjęć. Oglądamy najpierw fragmenty poświęcone prehistorii i
starożytnej historii Jemenu,
Sabeańczykom, a potem te dotyczące
historii nowożytnej. Ola źle się czuje, słabo jej, odpoczywa na krześle
( prawdopodobnie to efekt brania doksycykliny na pusty żołądek ).
Wychodzimy z muzeum, próbujemy skorzystać z bankomatu na
Meidan
Al.-Tahrir, ale nawet nie chce przyjąć kart ( pisze, że ma zły numer
). Idziemy do baru owocowego „Al.-Asdeqa”, gdzie Ola zjada
kupioną wcześniej bułkę ( popijając ją herbatę ), a ja zamawiam kawę
i sandwicza z jajkiem – razem płacimy 110 riali. Potem idziemy do
Arab Bank, gdzie jest bankomat. Ale bankomat jest chwilowo nieczynny
– uzupełniają pieniądze. Czekamy wraz z kilkorgiem innych ludzi,
którzy się mocno niecierpliwią. Jeden pan puka w bankomat, mówi do
dziury skąd wychodzą pieniądze. My w końcu idziemy do hotelu. Po krótkim
odpoczynku, Ola zostaje w pokoju, a ja idę do banku. Bankomat nadal jest
nieczynny, chodzę więc sobie główną ulicą
Al.-Zabayuri,
w nadziei, że znajdę bank z bankomatem, ale jest tylko
National
Bank o Yemen
bez bankomatu. Mijam sklepy z miodem,
Uniwersal Travel &
Tours
( którego tak szukaliśmy na początku pobytu w Sanie ) Spotykam
paru turystów i młodego człowieka, który też czekał przy bankomacie
i teraz daje znać, że tenże już działa. Wracam – bankomat
faktycznie działa, ale chce mi wypłacić tylko w dolarach ( minimum 100
dolarów ). Szukam innego bankomatu i znajduję przy Banku Narodowym. Ten
nie chce mi wypłacić z żadnej karty, każe się skontaktować z wystawcą
karty. Rezygnuję, idę do kantoru i wymieniam 50$ na 30$ i riale –
bez żadnego problemu. Wracam do hotelu. Okazuje się, że pan w recepcji
chce teraz 10 000 riali za cztery noce, bo już jest po 11:00 . Jestem na
niego wściekły - trzeba będzie jeszcze wymienić pieniądze. Podobno
taksówka na wieczór jest zamówiona. Odpoczywamy, a potem idziemy na
miasto. Kupujemy chusteczki higieniczne ( Ola ma katar ) – 10 paczek
za 150 riali. Potem ostatni raz odwiedzamy Midan Al.-Tahrir, robimy zdjęcia
i idziemy na Stare Miasto. Zagłębiamy się mocno w rejony
„nieturystyczne”, trochę błądzimy, idziemy obok siedziby
policji ( zakaz robienia zdjęć ).. Przechodzimy koło Bab Al.-Yaman
, a
potem przez uliczki Starego Miasta do restauracji „Palestine”
Zamawiamy ½ i ¼ kurczaka ( dostajemy dwie połówki ), sałatkę,
herbatę dla Oli i colę dla mnie. Wszystko smaczne, dostajemy dodatkowo
warzywa, płacimy 1000 riali. Potem idziemy jeszcze do baru owocowego na
kawę i sok ananasowy ( dosładzany ). Robimy sobie ostatnie zdjęcia w
Jemenie – przed barem owocowym i luksusowym hotelem „Taj Sheba”.
W naszym hotelu recepcjonista twierdzi, że za taksówkę trzeba będzie
zapłacić 2000 riali, postanawiamy , że sami złapiemy jakąś z ulicy.
Idziemy do pokoju – myjemy się i pakujemy. Schodzimy. Recepcjonista
idzie szukać taksówki. Ja też, bo trwa to za długo. Znajduję taksówkę
z taksometrem, ale kierowca zgadza się jechać na lotnisko
za 1500 riali. Gdy wsiadamy do taksówki podjeżdża recepcjonista
ze znalezioną taksówką – przykro nam, ale .... Bez problemu dojeżdżamy
na lotnisko. W terminalu długo czekamy – wyjeżdżają spotkani
wcześniej Czesi z rowerami i ci którzy nie mają pokrowców muszą
pakować rowery w folię. Resztkę pieniędzy, która nam została
wydajemy na colę i kawę ( po 200 riali – zdzierstwo ). Samolot ma
opóźnienie – ponoć z powodu ładowania cargo. Nam się jednak
wydaje, że z powodu opieszałości obsługi ( na przykład żołnierza
przybijającego pieczątki w paszporcie ).
Odlatujemy około 2:30 w nocy. Siedzenia w samolocie są niewygodne i nie
odchylają się, mimo to trochę śpimy. Rano jesteśmy w
Stambule.
|
|