|
Laos |
|

|
|
|
13.09.1999 przepłynęliśmy Mekong
i tym sposobem dotarliśmy do Huay Xai, pierwszego miasta w Laosie.
Po szybkim dopełnieniu formalności granicznych wymieniliśmy pieniądze
( 1 B = 238 Kipów, na mieście 1B = 250 Kipów ) i zaczęliśmy szukać
noclegu. Ceny w hotelach kształtowały się na poziomie 2,5-6$ za dwójkę.
Nasz pokój, w cenie 3$, miał łazienkę i był bardzo fajny. Za to
jedzenie kosztowało 1-2 $ za obiad i było takie sobie. W sklepach wiele
towarów sprowadzonych z Tajlandii i droższych niż na drugim
brzegu rzeki ( np. lody Algida zamiast 13 B - 20B ). Cola kosztuje 5000
Kipów, woda 1500 Kipów. Wszędzie można płacić w Batach. Samo
miasteczko jest przyjemne, ciche i spokojne. Na wzgórzu mieści się świątynia.
Następnego ranka chcemy jechać do Nam Tha i Muang Sing.
Udajemy się na bazar ( położony trochę poza miastem - dojazd 1500 Kipów
), skąd jeżdżą ciężarówki w tamtym kierunku. Spotykamy tam już
kilku białych, jadących w tym samym kierunku. Jednak okazuje się, ze droga jest w złym stanie i na razie nic nie
jeździ w tym kierunku (
potem dowiem się, że podróż była jednak możliwa, należało po
prostu nalegać ). Za kolejne 1500 Kipów jedziemy na przystań. Najpierw
chcemy płynąć w dół rzeki ( do Xieng Kok ), ale nic tam
nie płynie. Nie chcemy płynąć szybką łodzią ( czółno z motorem,
dość niebezpieczne ), więc wyruszamy normalną łódką do Pakbeng
o 11:00 ( 150 B ). Po drodze widoki są wspaniałe - dżungla, wzgórza i
toczący leniwie swe wody Mekong. |
|

|
Około 17:00 docieramy do Pakbeng. Na
miejscu znajdujemy dość prymitywny hotel za 5000 Kipów od osoby ( wszystkie
są podobne ). W wiosce jest kilka knajp nastawionych na turystów,
ale ceny są tam wysokie i porcje raczej małe ( np. ryba 10 000 Kipów to
tylko mały kawałek ). Można za to zjeść chińską zupkę z makaronem
za 3500 Kipów. Nie ma też problemów z zakupem trawy ( 3000 Kipów
za torebkę ). Przed zmierzchem wybieramy się na małą przechadzkę po
okolicach. Wszędzie jest bardzo ubogo, ale jednocześnie przepięknie.
Przez kilka godzin wieczorem w części wioski jest elektryczność z
generatora. Rankiem łódź odpływa do Luang Prabang, my jednak (
wraz z innymi białymi ) wsiadamy do starej chińskiej ciężarówki, która
zawiezie nas do Udomxai. Droga ma fatalną nawierzchnię. Trochę
siedzę w środku, a trochę stoję na zewnątrz ( z tyłu samochodu jest
specjalna kratownica ). Podczas kilku postojów mijamy prymitywne,
aczkolwiek bardzo malownicze wioski. Duże wrażenie robi tankowanie - z
pompa z rurką w jednej z chat. Tuż przez dojazdem do celu zatrzymujemy się
i musimy zapłacić za podróż. Chcą od nas więcej niż od miejscowych,
bo falang ( cudzoziemiec ) musi płacić więcej ! W końcu jednak
nasz upór doprowadza do korzystnego dla nas rozwiązania. |
|

|
W Udomxai jesteśmy około 17:00. Znajdujemy
guesthouse za 5000 Kipów od osoby ( mieszkamy razem ze spotkanym w podróży
Szwajcarem ). W jednej z knajp jem befsztyk po laotańsku ( mięso jest
drobniutko pokrojone i przystosowane do jedzenia pałeczkami ! ) za 12000
Kipów. Zimne Beer Lao kosztuje 6500 Kipów, domowy jogurt - 500 Kipów. W
mieście jest mnóstwo Chińczyków - sprzedają jedzenie, jest dla nich
kilka "domów masażu". }
Okazuje się, że nasz hotel ma 2 wady - w nocy pada mi na głowę prze
nieszczelne okno, a rano budzi nas głośna muzyka z ulicznych głośników.
Idziemy na "dworzec autobusowy", skąd odchodzą ciężarówki
do różnych miejscowości. Rozdzielamy się - Bartek jedzie do Nam
Tha i Muang Sing, ja z poznanym Szwajcarem - przez Pak Mong
do Nong Khiaw. O ile autobus Bartka wyrusza z 45 minutowym opóźnieniem,
to my na odjazd naszego pojazdu czekamy 3 godziny. Dlaczego ? Na każdej
ciężarówce jest w czerwonym kółeczku wypisana liczba pasażerów.
Jest to MINIMALNA liczba osób, potrzebna do wyruszenia w drogę. Na nic
zdają się próby pojechania ciężarówką do Luang Prabang ( jadącą
przez Pak Mong ) - wyrzucają nas z niej. Wreszcie około 11:00 możemy
ruszyć i po 2,5 godziny dotrzeć do Pak Mong ( cena 8 000 Kipów
). Stąd już tylko 1,5 h drogi do Nang Khiaw
( 5 000 Kipów ). Warto było się jednak pomęczyć - położona
nad rzeką Nam Ou miejscowość jest przepiękna. Gdy idziemy
przez okolicę gromady dzieciaków biegają za nami, krzycząc
"Sabaidi" ( Witamy ) i "Falang" ( Cudzoziemiec ). Można
zjeść owoce, ostrą sałatkę, albo wypić lao lao ( wódkę ryżową
). Nie ma tam elektryczności. Wieczorem widzimy, jak prawie cała wioska
gromadzi się przed jedynym telewizorem, zasilanym z generatora. W jednej
knajpie można wypić zimne piwo ( 7 000 Kipów ). Chcieliśmy płynąć
statkiem do Luang Prabang. Ale obecnie nie ma regularnych połączeń
( ulepszono drogę ) i można wynająć całą łódź za 400 000 Kipów.
Ja więc decyduję się jechać samochodem, a mój znajomy zostać i czekać
na statek płynący w dół rzeki.
Rankiem 17.09.1999 zjadłem na śniadanie zupkę ( 4 000 Kipów ), zaś mój
bagaż załadowałem na ciężarówkę, jadącą do Luang Prabang.
Gdy po chwili zaczęła odjeżdżać, kierowca wytłumaczył mi ( łamanym
angielskim i rękami ), że jedzie po pasażerów i zaraz wróci. To
"zaraz" trwało 1 h 20 minut !. Podróż kosztuje 9 500 Kipów i
biegnie dobrze utrzymaną oraz malowniczą drogą wzdłuż rzeki. |
|

|
Około 14:00 docieram na południową stację
autobusową w Luang Prabang. Za 2 000 Kipów jadę do Hotelu Rama.
Wynajmuję pokój za 15 000 Kipów ( z łazienką ). W położonej
naprzeciwko restauracji jem miejscową specjalność - sałatkę Luang
Prabang ( 6 000 Kipów ). Pogoda jest dobra - świeci wspaniałe słońce.
Idę zwiedzać - oglądam Wat Wisunalat ( 3 000 Kipów ) i Wat Aham
( znów 3 000 Kipów, więc nie wchodzę do środka ). Widzę mnóstwo mnichów
buddyjskich. Wynajmuję łódkę,
która przewozi mnie przez Mekong ( 7 000 Kipów ) i idę oglądać Wat
Chom Phet ( oprowadzają mnie dzieciaki za parę Kipów ). Mam stamtąd
wspaniały widok na rzeki
( Mekong i łączącą się z nią Nam Ou ). Niedaleko
leży też piękny Wat Xieng Maen i jaskinia z wizerunkami Buddy.
Wracam dopiero wieczorem ( oglądam wspaniały zachód słońca nad Mekongiem
). Na mieście można zjeść stek za 12 000 Kipów, wypić Beer Lao za 6
000 Kipów i używać Internetu ( 5 minut za 1$ ). Następny dzień zaczynam
od wspaniałego śniadania ( bułka z tuńczyka za 9 000 Kipów ) i wymiany
pieniędzy ( kurs coraz niższy - w banku i na poczcie 1B = 206 Kipów, w
Internecie 1B = 220 Kipów ). Potem idę oglądać pałac królewski
( wstęp 5 000 Kipów ). Nie jest on zbyt okazały, jednak w środku
znajduje się najbardziej czczona w Laosie figura Złotego Buddy
oraz podarunki dla pary królewskiej ( która wraz z rodziną została
deportowana i "zaginęła" po przejęciu władzy przez partię
komunistyczną Pathet Lao w 1975 ). Z Polski jest tam tandetna miniaturka
szczerbca z lat 60` tych. Przed pałacem stoi pomnik króla, a władze budują
nową, okazałą kaplicę dla świętej figury. Odwiedzam jeszcze
Wat Mai Suwannaphumaham. W centrum miasta jest bazar, gdzie można kupić
praktycznie wszystko. Jest też targowisko z różnym rękodziełem, ale
ceny są tam wysokie ( placyk niedaleko poczty ). Potem biorę tuk-tuka i
jadę na wycieczkę do niedalekich wodospadów Xie Za przejazd płacę
45 000 Kipów + 4 000 wstęp i przejazd łódką ( dla miejscowych tylko 1
000 Kipów, a i tak chcą ode mnie opłaty x 2, ale się nie daję ).
Wodospady są prześliczne - drzewa zanurzone w przepływającej wodzie i chłód
w upalny dzień. Wracając kupuję bilet do Vang Vieng
( 25 000 Kipów ), a potem idę do Wat Xieng Thong ( wstęp 3 000 Kipów
).Ta niesamowita świątynia, wraz z mozaiką "drzewa życia" robi
duże wrażenie. Przy głównej bramie kompleksu można obejrzeć królewski
powóz pogrzebowy. Wieczorem udaję się do miejscowego Czerwonego Krzyża,
gdzie oddaję się przyjemności sauny
( 10 000 Kipów ) i 1/2 h masażu ( 25 000 Kipów za 1 h ). Kolację jem we wspaniałej
indyjskiej restauracji niedaleko mojego hotelu ( Masala Dosai za 8 000
Kipów jest świetna ). Przed snem odwiedzam jeszcze miejscową dyskotekę,
odbywającą się w moim hotelu ( tragedia ).
19.09.1999 wczesnym rankiem z żalem opuszczam to wspaniałe miasto. Na
dworzec podwozi mnie umówiony wcześniej kierowca ( 4 000 Kipów ). Po
drodze widzę mnichów odbierających od miejscowych kobiet dary - miseczki
z ryżem ( kobiety klęczą - nie mogą dotknąć mnicha, ani być wyżej niż
on ). O 6:30 wyruszam do Vang Vieng.
|
|

|
Droga jest kręta i bardzo malownicza, aż do
miejscowości Kasi, kilka kobiet wymiotuje. Potem jest już prosto i
po 7 godzinach jazdy jestem w Vang Vieng. Praktycznie cała miejscowość
to jedno wielkie letnisko, mnóstwo całkiem przyzwoitych guesthouse`ów. Za
9 000 Kipów mam pokój z łazienką. Niepokojąco wzrasta kurs Kipa - płacą
tylko 150-160 Kipów / B. Mi udaje się wymienić po 170. Jest tutaj
kilka dobrych restauracji - stek kosztuje 9 000 Kipów, piwo 5 000 Kipów,
pepsi 1 500 - 2 000, szejk owocowy 1 500 Kipów, sandwich 5 000 Kipów.
Na miejscowym bazarze można kupić chyba wszystko, w tym trawę (około 5
000 -10 000 Kipów za torebkę ). Jest tu kilka palarni opium, jedna w
centrum, w budzie z intensywnym zielonym neonem ( 1 fajka 4 000 Kipów ).Do
innych atrakcji można zaliczyć spływ pobliską rzeką w oponie, czy
pobliskie jaskinie. Idę na wycieczkę do Vang Vieng Resort, gdzie są
także jaskinie ( bilet 500 Kipów ), ale okazuje się, że najciekawszą z
nich otwierają po południu. Idąc z powrotem do miasta mijam ubogą szkołę.
Po powrocie płacę za wstęp 4 000 Kipów ( dla obcokrajowców ) i nie
rozczarowuję się - jest całkiem fajnie, mimo widocznych śladów działalności
chińskich inżynierów. Wraz ze spotkaną parą Izraelitów chcemy jeszcze
zobaczyć jedną jaskinię, więc przepływamy rzekę
( 1000 Kipów w jedną stronę ) i idziemy zgodnie z mapą. Jednak odległość
jest znacznie większa, robi się ciemno, więc zawracamy. Następnego dnia
z przerażeniem odkrywam, że kurs w miejscowym banku, to tylko 1 B =
100 Kipów. Na przystanku przy bazarze wsiadam do tuk-tuka, który zawiezie
mnie do Vientiane ( 6 000 Kipów ).
|
|

|
W czasie podróży Vientiane widzę liczne
zalane pola i domy. Później przeczytam, że to odprysk tajfunu spowodował
liczne powodzie. Po kilku godzinach jestem na miejscu. Najpierw idę do
ambasady Tajlandii po wizę. Okazuje się, że zmianiła ona swoją
siedzibę i muszę zapłacić 2 000 Kipów za krótką jazdę tuk-tukiem. Na
miejscu dowiaduję się, że czeka się na wizę 3 dni robocze, ale ponoć
Polacy nie muszą mieć wizy ! Mimo moich obaw pracownik ambasady potwierdza
tą informację. Ucieszony, zaczynam szukać noclegu. W większości miejsc
ceny kształtują się na poziomie 5-6$/noc. Jednak znajduję Wonderland
Guesthouse II, gdzie w bardzo przyzwoitym dormitorium noc kosztuje 2$. Robię
sobie przechadzkę po mieście - oglądam pomnik trzech słoni, odwiedzam
kilka restauracji ( 12 000 za befsztyk, piwo 6 000 Kipów, cola
3 000 Kipów, naprzeciw mojego guesthouse hot-dog za
8 500 Kipów ). 22.09.1999 mam zamiar wyjechać do Bangkoku. Rano
zwiedzam Vientiane. Zaczynam od Muzeum Rewolucji ( jak biali
kolonizatorzy gnębili Laotańczyków, śmieszne i ciekawe ), a potem idę
do Wat Si Saket. W tej świątyni, mieszczącej się niedaleko pałacu
prezydenckiego, w niszach stoi ponad 8 000 posążków Buddy. Niedaleko jest
Haw Pha Kaew mieszczący rzeźby Buddy, zebrane z licznych świątyń,
zniszczonych przez najazd Tajów w XIX w, oraz kilka ładnych willi z czasów
kolonialnych. Oglądam też Patuxai, dziwaczny betonowy monument zwycięstwa,
wzorowany na paryskim Łuku Triumfalnym ( zbudowany w latach 60`tych z
cementu przeznaczonego pierwotnie na budowę nowego portu lotniczego Stamtąd
jadę za 2 000 Kipów do Pha That Luang, wielkiej, pozłacanej stupy,
pochodzącej z XVI wieku i będącej symbolem buddyzmu oraz Laosu. Przed
budowlą znajduje się pomnik jej budowniczego króla Setthathirat. Wstęp
do każdej świątyni kosztuje 500 Kipów. Utwierdzam się w przekonaniu, że
słusznie robię uciekając stąd jak najszybciej - mam dość kolejnej
strasznej stolicy jednego z krajów trzeciego świata. Po zabraniu swoich
rzeczy z hotelu, jadę na granicę ( 2000 na stację autobusową koło
bazaru, 1 000 autobus nr. 14 do mostu przyjaźni, 25 000 autobus przez
granicę ). Bez problemów opuszczam Laos, ale nie chcą mnie wpuścić
do Tajlandii. Okazuje się, że urzędnikowi w ambasadzie się pomyliło
- Polacy mogą dostać wizę tylko na lotnisku ! Wściekły wracam do Vientiane
( 20 B za tuk-tuk ). W ambasadzie mnie przepraszają i obiecują szybko wydać
wizę ( ale papiery mogę złożyć dopiero jutro - dziś jest po godzinach
przyjmowania wniosków ). Pobieram z mojej karty kredytowej 300 Bahtów i
zdesperowany zaczynam nawet dowiadywać się o loty do Bangkoku ( Lao
Aviation 75$, Tai - 125$ ). Następnego ranka składam podanie o wizę (
tranzytowa 200 B, normalna 300 B ) i przez cały dzień bezczynnie chodzę
po mieście. Na słynnym Talaat Sao ( poranny rynek ) kupuję kilka
tanich prezentów, wieczorem jem w knajpce nad brzegiem Mekongu.
Ponieważ coraz więcej pada ulice zamieniają się w rwące potoki.
24.09.1999 odbieram wreszcie wizę i tym razem bez problemów opuszczam Laos.
Mimo ostatnich przygód, żal mi wyjeżdżać. Mam nadzieję, że jeszcze tu
wrócę, a ten wspaniały kraj nie stanie się kolejnym turystycznym
skansenem. Sabaidi !
|
|