|
Malawi |
|

|
|

|
20.09.2005 Taksówka z granicy z Zambią dowozi nas do minibusów do stolicy, płacimy po 300
MK. Czeka tam trochę pijanych ludzi.
Na szczęście minibus szybko się zapełnia i jedziemy. Ok. 16.30 jesteśmy w Lilongwe, są straszne korki
w mieście. Idziemy do Crystal Lodge – pokój z łazienką za
1500 MK. Idziemy coś zjeść do Annie’s Coffee Shop (kurczak z
frytkami za 320 MK a z ryżem za 270 MK i cola za 50 MK). Kupujemy wodę w
sklepie i wracamy. W pokoju trochę karaluchów – postanawiamy
przenieść się gdzie indziej następnego dnia.
21.09.2005 Wstajemy rano, pakujemy się i idziemy do St
Peter’s Guesthouse przy kościele, ale nie ma tam miejsc.
Ruszamy wiec do Korean Garden Guesthouse – tam najtańsze
pokoje są za 21$ ( po 10% zniżce z okazji tygodnia turystyki ). Pokój
jest bez łazienki, ale wygląda dobrze., więc zostajemy. Po odpoczynku
idziemy do Immigration Office. Kupujemy na śniadanie kiść bananów
za 50 MK . Przed Immigration Office kłębi się niezły tłumek,
ale okazuje się, że my jesteśmy obsługiwani w innym pokoju. Całe załatwianie
wizy zajmuje 40 min., musimy wypełnić po 2 formularze i kartę wjazdową,
dać 2 zdjęcia i zapłacić po 3000 MK. Po pomyślnym załatwieniu sprawy
idziemy na colę (35 MK), a potem do Kuomboka Camp aby obejrzeć
oferty wycieczek. Mają do South Luangwa NP. (skąd przyjeżdżamy)
za 295$ i po mieście za 10-12,5$, ale główna atrakcja – giełda
tytoniowa - już nie działa ( skończył się sezon) . Wracamy do
centrum, na dworcu autobusowym dowiadujemy się o autobusy do Mzuze
– są o 6.30 i o 8.00, o 8.00 jest tez podobno jakiś luksusowy (po
800 MK), nie ma wcześniejszej rezerwacji, ani też nie można wcześniej
kupić biletów. Wracamy wzdłuż rzeki, robię zdjęcia.
Pojawia się jakiś facet, macha papierem i pyta się dlaczego robię zdjęcia
ludziom, którzy tego nie chcą. Mówię, ze robię zdjęcia krajobrazów
i się odczepia. Wcześniej wymieniamy 100$ w Exchange Office w centrum
handlowym po kursie 1$=130 MK. Potem idziemy na zakupy: bułki, piwo (Carlsberg
rozlewany w Malawi za jedyne 75MK + 15MK kaucji). Wodę kupujemy w
Shoprite - 2l baniaczek za
90Mk, ale ma słabe zamknięcie. Cola w fast-food Hungry Lion kosztuje aż
80MK – nie kupuję! Korzystamy z Internetu, 7MK/min., dość wolny.
Jemy w Ali Baba – 320 MK za kurczaka z frytkami lub ryżem
22.09.2005 Wstajemy rano o 6.00, pakujemy się i o 6.30 idziemy na śniadanie (w
cenie pokoju). Elegancki szwedzki stół: jajko, sałatka owocowa, tosty,
soki, kawa, herbata itp. Potem idziemy na dworzec autobusowy. Po drodze
oczywiście ani jednej taksówki. Docieramy tamże ok. 7.25. Nikt nie wie
czy będzie ten luksusowy autobus i o której. Stoi jakiś normalny, który
ma niedługo ruszać, wiec decydujemy się jechać – bilet kosztuje
660 MK na osobę. Wyjeżdżamy przed 8.00 – oczywiście najpierw
jedziemy zatankować. Na początku jest dość luźno, ale w pewnym
momencie doładowują się ludzie z innego autobusu i ich bagaże ( przeładowywane
z dachu na dach ) i od tego
momentu robi się tłoczno. Ludzie stoją w przejściu, część bagaży
leży z przodu, nasze plecaki
zostają obsypane mąką, którą jakaś kobieta przewoziła w misce w
tobołku. Często zatrzymujemy się w małych wioskach i są dłuższe
postoje w większych miastach. Ludzie wysiadają i wsiadają, ale tłok
taki sam. Droga jest dobra, ale autobus ma kłopoty na podjazdach od Mzimby,
gdzie zaczynają się pagórki. Przed Mzuzu zaczynają się lasy iglaste, drzewa wyglądają jak sosny i jodły. W pewnym
momencie robimy objazd drogą przez las. Na miejscu jesteśmy po 9
godzinach jazdy. Decydujemy się na taksówkę do Nkhata Bay za
3000MK – ok. 60 minut jazdy. |
|

|
W Nkhata Bay śpimy w Big Blue
Guesthouse za 800 MK. Jemy w hotelowej knajpce – kurczak
grilowany po 400 MK (taki sobie) , piwo 60-70 MK. Przyczepiają się do
nas jacyś sprzedawcy pamiątek, jeden z nich uczy Olę afrykańskiej gry
polegającej na przekładaniu orzeszków między wgłębieniami na
planszy. Nasza prosta chatka jest tuż nad wodą, słychać szum fal
jeziora. Następnego ranka postanawiamy jednak znaleźć inne miejsce do
zamieszkania. Odwiedzamy miedzy innymi Aqua Africa – pokój
za 20$, ale jest taki sobie.
W końcu idziemy do Matachi Lakeview Lodge – na miejscu
dawnego Backpackers Connection. Miłe panie właścicielki, uczynna
obsługa, 2000MK za pokój – prosty ale czysty. Odpoczywamy, robimy
pranie, jemy kanapki po 250 MK + 50 MK za colę. O 12.00 umówiliśmy się
w sprawie safari – decydujemy się na 2 dni do Vwaza Marsh
Reserve za 156$ (130 E) z Niemcem, który jest właścicielem małej
agencji turystycznej. Daję 100$ zadatku i umawiamy się na następny dzień
na 8.00. Łazimy po okolicy. Idziemy na przystań (5 MK za wstęp –
oficjalnie, dostajemy nawet bilety wstępu). Wracamy do hotelu,
odpoczywamy. Pytam się o przejażdżkę łódką po jeziorze. Posyłają
po kogoś, kto podobno najlepiej wozi turystów – Juliusa.
Decydujemy się na 1,5-godzinną przejażdżkę za 3000 MK. Idziemy na plażę.
Nasza łódź motorowa ledwo odpala. Podwozimy innego turystę do
lodgy, płyniemy
do miejsca, gdzie są orły rybołowy (ale nie podlatują bo nie mamy ryb)
i rybacy. Przed zachodem słońca wypływają oni na łowiska z
lampami,
które zwabiają światłem małe rybki ( bo nie ma księżyca ). Wracamy.
Ładny kolor wody. Załoga łódki (jest ich paru + chłopak od wybierania
wody) opowiada jak głupi i źli są ludzie z Tanzanii, ci z Zambii są
lepsi, ci z Mozambiku są dobrzy, a najlepsi oczywiście ci z Malawi. Po
powrocie jemy kolację w Annie’s Restaurant – 120 MK
kurczak z ryżem, 150 MK ryba maślana z ryżem ( bardzo dobra ), cola
30MK. Mięsa mało, dużo ryżu. Pijemy piwo (80 MK) na tarasie naszego
hotelu, podziwiamy światełka rybaków. Przy barze jest trochę gości,
w tym jakiś miejscowy ważniak |
|

|
24.09.2005 Wstajemy przed 7.00. Okazuje się, że śniadanie już
czeka – pełne angielskie: jajka, kiełbaska, fasola, tosty, jakieś
napoje (niby pomarańczowe), banany, kawa itp. Nasz przewodnik jest przed
czasem – ogląda hotel. Najpierw jedziemy na zakupy do Mzuzu
– my kupujemy wodę, on różne produkty spożywcze, wymienia pieniądze. Najpierw drogą asfaltową, a potem polną
dojeżdżamy do Vwaza. Okazuje się, że słoń zabił szefa wioski
i dzisiaj jest pogrzeb. Wjeżdżamy do parku. Jemy jedzonko – sałatka
z awokado (awokado, cebula, cytryna, sól, sos sojowy), masło orzechowe,
tosty itp. Zostawiamy plecaki w skromnej chatce z dwoma łóżkami, musimy
oczyścić łóżka ze słomy. Jedziemy na "game drive". Na drodze
są słonie –
trzeba jechać naokoło. Szukamy bawołów, ale nigdzie
ich nie widać. Dojeżdżamy do jeziora –
spotykamy hipopotamy, piękne kudu,
puku, impale, różne ptaki
(jakieś kurczakowate i ibisy). Spotykamy turystów z Niemiec – mówią
o ogromnym stadzie słoni. Widzimy je – 50-60 osobników. Chcemy
wjechać na kamping, aby je stamtąd podziwiać, ale tam też jest słoń i
musimy się wycofać. W końcu oglądamy stado z drogi – m.in. walczące
słonie, słyszymy ich ryki. Wracamy do chatek, jeszcze oglądamy małą
grupę słoni w oddali. Decydujemy się następnego dnia
pojeździć, a nie iść na „walking safari” (5$ od osoby
ekstra za strażnika). Na kolację jemy kurczaka z ziemniakami i sałatką.
Dostajemy lampę naftową. Śpimy w miarę dobrze, słychać trochę ryków
zwierząt.
25.09.2005 Wstajemy przed 6.00 i wyruszamy. Słonie przechodzą rzekę. Gdy wysiadamy z samochodu i
chcemy iść na kamping, okazuje się, że jest tam słoń – szybko
wracamy do samochodu. Jedziemy na „game drive” –
obserwujemy impale,
kudu, antylopy puku, hipopotamy, ptactwo. Wracamy ok.
7.30. Czekamy na śniadanie
– są jajka, tosty, dżem itp. Po śniadaniu kąpiemy się (woda
zimna ale jest) i pakujemy aby o 10.00 odjechać. Wyruszamy na ostatnią
jazdę po parku – oglądamy słonie, antylopy i trzy zabawne samice
guźców. Widzimy ludzi piorących w zbiorniku wodnym na terenie parku
narodowego – jest to teoretycznie zabronione. Jeździmy po pagórkowatej, wyższej,
porośniętej buszem części parku – szukamy bawołów i znowu ich
nie napotykamy. Są tylko pawiany i małpy. Zjeżdżamy nad jezioro, są
straszne doły w zaschniętym mule, samochód ma kłopoty. Podchodzimy dość
blisko do hipopotamów na drugim brzegu. Gdy jesteśmy za blisko
zaczynają się niepokoić, włażą do wody – być może dlatego,
ze maja młode? Wracamy do obozu i znowu napotykamy słonie po drodze. Obserwuję słonia
kąpiącego się w błocie. Jemy „lunch” – kanapki z
pastą awokado itp. Opuszczamy park, przed wyjazdem mijamy jeszcze blisko
słonie. Po drodze nasz przewodnik kupuje nam colę. Wcześniej sporo
opowiadał o sobie – jest tu od 1993 r., studiował w Niemczech
prawo. Przed ukończeniem studiów pojechał w podróż do południowej
Afryki i już tu został. Ma żonę i prowadzi różne biznesy związane
z turystyką - restaurację, guesthouse, agencję turystyczną. Raz w
roku, w zimie, jeździ do Niemiec. Chorował na malarię, ale za to nigdy
nie złapał bilharcji, mimo, że kąpie się w jeziorze Malawi –
uważa, że to zależy od rejonu jeziora i od szczęścia.. Jedziemy do Mzuzu,
przewodnik podwozi nas do przykościelnego CCAP William Koyi Guesthouse
– dwójka 950 MK, mają też dormitoria, w miarę OK. W
knajpce niedaleko wieży zegarowej udko kurczaka z frytkami i sałatką
kosztuje 160 MK, a ryż z warzywami 100MK. Chodzimy trochę po mieście,
spotykamy taksówkarza , który nas wiózł do Nkhata Bay.Rano idziemy na dworzec autobusowy. Jest tam minibus do Karongi.
Wsiadamy i czekamy, aż się załaduje. Z tyłu stoi drugi – większy
– jakaś grupa białasów wsiada do niego. Wyruszamy ok. 9.15.
Niestety nasz minibus od początku ma problemy z akumulatorem. Zapalają
go wreszcie i z miasta wyjeżdżamy ok. 9.30. Jednak wkrótce znowu się
psuje. Po kolejnym postoju wysyłają chłopaka „od pieniędzy”
aby właściciel wymienił pojazd. My w tym czasie powolutku jedziemy. Chłopak
nas dogania innym minibusem – właściciel się nie zgodził. Jakoś
udaje się nam przejechać przez góry. Jakieś 90 km od Karongi jest
kontrola policyjna i od tego postoju znowu zaczynają
się kłopoty z akumulatorem. Co chwila stajemy z powodu awarii, a
poza tym co i raz ktoś wsiada lub wysiada. Inni pasażerowie też byli niezadowoleni, cały czas dogadywali kierowcy. Wreszcie ok. 14.00
docieramy do Karongi. Przejazd miał kosztować 600 MK od osby +
150 Mk do granicy. Ponieważ tak długo jechaliśmy płacę tylko 1000Mk
za dwie osoby, oczywiście nie obywa się bez kłótni z obsługą
minibusu. Łapiemy „shared taxi” do granicy – 200 MK od
osoby. Taksówka łapie gumę – są problemy z kołem zapasowym.
Zatrzymujemy jadący w stronę granicy minibus i przesiadamy się. Kłótnia
z kierowca taksówki, który chce zapłaty, nie płacimy mu. Dojeżdżamy
do granicy. Wymieniamy pieniądze u cinkciarzy po kursie 1MK=80Tsh, później
inni dawali nawet 88... Resztę Kwacha wydajemy na colę. W kantorze po
stronie Malawi wymieniam dolary po kursie 1$=1085TSH (słabo).
Pogranicznicy są mili - zarówno gaduła po stronie Malawi, jak i
sympatyczny pan w Tanzanii, który dał
nam bez problemu dłuższe wizy tranzytowe ( 30$ od osoby ).
|
|