|

|
|
|
28.06.2000 dotarliśmy do Tacny
z Chile. Nasz taksówkarz za niewielkim napiwkiem ( 7 soli od osoby )
pomaga nam w zakupie biletów na autobus do Arequipy ( kosztuje 20
soli ). Wymieniamy dolary po kursie 1$ = 3,45 sola. Po drodze mamy kontrolę
celną ( już za miastem ). Widzimy przepiękna pustynię i białe czapy
wulkanów. Po 6 godzinach jazdy docieramy na miejsce. Od razu kupujemy
bilety do Cabanaconde ( kanion Colca ) za 15 soli od
osoby. W Arequipie śpimy w hotelu El Rayo ( 12 soli od osoby ). W
mieście zwiedzamy klasztor Santa Catalina ( św. Katarzyny ),
wzniesiony w XVI w. Było to kiedyś praktycznie samodzielne miasto za
murami, w którym żyło 450 sióstr. Obecnie można za 12 soli obejrzeć
większą jego część. Przepiękne korytarze i dziedzińce są naprawdę
warte obejrzenia. Później idziemy na Plaza de Armas, centralny
plac, nad którym góruje wspaniała katedra ( niszczona przez pożary i
trzęsienia ziemi - niesamowita na zewnątrz i mało ciekawa w środku ).
Nad katedrą widać ośnieżone wierzchołki wulkanów. W Museo
Santuarios Andinos ( 15 soli i 5 soli dla przewodnika ) można
obejrzeć mumie dziewczynek, składanych w czasach Inków na ofiarę dla
bogów na szczytach wulkanów. wieczorem wymieniamy czeki podróżne
po kursie 1$ = 3,44 sola w Interbanku. Kolacja kosztuje 8,5 sola (
hamburger z frytkami i mate de coca ), Internet 2,5 sola / h.. Następnego
dnia wyruszamy do kanionu Colca o 4:00 rano. Po 4,5 godziny jazdy
przez przepiękne i przeraźliwie zimne okolice docieramy na miejsce. W Hotel
Fuerto płaci się 8 soli od osoby, w dość prostym, ale miłym wnętrzu.
Dostajemy mapkę kanionu i wyruszamy w dół. Zejście zajmuje 2,5
h, mijamy miejscowych z osiołkami, widoki na kanion są niesamowite. Gdy
słońce zaczyna operować, robi się niesamowicie gorąco. Na dole jest
camping Oasis i most nad rwącą rzeką. Niestety marsz w ostrym słońcu
z odkrytą głową zrobił swoje i dostaje udaru. Czuję się fatalnie i
zostaje na noc na dole. Jest całkiem przyjemnie, nocleg ze śniadaniem
kosztuje 20 soli. Z samego ranka wyruszam do góry. S ławek wychodzi do
mnie z wioski, ale i tak ostatni odcinek muszę przejechać na mule.
Bardzo żałuję, że nie mogłem iść wczoraj - Sławek widział kondory
z bardzo bliska. W hotelu szybko dochodzę do siebie, jem pieczeń z
alpaki za 5 soli. Oglądamy miejscową fiestę - tańce przy bardzo hałaśliwej
muzyce. W nocy przeżywamy niewielkie trzęsienie ziemi. Z samego rana (
4:30 ) jadę do Cruz de Condor. Jestem pierwszy( o 6:00 ) i w
przeraźliwym zimnie czekam na pojawienie się ptaków. Dopiero po pól
godzinie widzę pierwsze kondory, a później dalsze. Niektóre podlatują
całkiem blisko, choć nie tak, jak w kanionie. O 8:30 łapię autobus do Chivay
( 3 sole ). Tam jemy obiad ( 8 soli za całkiem dobrą rybę ). Miasteczko
jest ładne i czyste. Stamtąd wyruszamy o 12:30 i po 3 godzinach wracamy
do Arequipy ( 12 soli ). Tam kupujemy bilety na nocny autobus do Nazca
linią Cruz del Sur
( 25 soli ). W międzyczasie jedziemy do miasta ( taksówka z dworca do
miasta 3 sole - jako taksówki jeżdżą głównie Daewoo Tico ) i jemy
tanio w tzw. kurczakarni ( 5 soli za ćwiartkę kurczaka z frytkami i
napojem ). Żeby wejść do autobusu trzeba opłacić specjalna opłatę
dworcową ( 1 sol ) i okazać ja przy wejściu z dworca do autobusów ( później
przekonam się jest to typowe w krajach tego rejonu świata ). Część
pasażerów jedzie na stojąco tą 10 godzinną podróż. |
|

|
Około 6:00 rano docieramy
do Nazca. Tutaj łapie nas pewien naganiacz i sprzedaje przelot nad
słynnymi liniami oraz zwiedzanie starożytnego cmentarza za jedyne 50$.
Ponieważ chmury są nisko zaczynamy od przejazdu na cmentarz Chauchillo
( starym, ledwie poruszającym się samochodem amerykańskim ). Są
tam liczne groby i mumie ludu
Nazca. Ponieważ rabusie rozkopywali groby w poszukiwaniu złota, wszędzie
porozrzucane są ludzkie kości. Jak w wielu kulturach przedandyjskich
ludzi chowano w pozycji "płodowej", zawiniętych w płótno. po
zwiedzeniu cmentarza wracamy do miasta i oglądamy pokaz wyrobu
"starożytnej" ceramiki ( może coś kupimy ) i wydobycia złota
( "dobrowolny" datek 1 sola ). Wreszcie pogoda poprawia się i
możemy zrealizować najważniejszy punkt programu. Lecimy małym samolotem
- 5 osób i pilot. Samolotem trochę rzuca, ale widzę rzeczywiście większość
tajemniczych linii. Czy ich twórcami był starożytny lud Nazca, czy
kosmici :-). Cały lot trwa około 45 minut. |

 |
Po wylądowaniu jedziemy do Ica
( 5 soli ), a potem do skrzyżowania drogi "panamericana" z
odgałęzieniem do Pisco. Przejazd do miasta kosztuje nas 1 sola.
Budzimy duże zainteresowanie u czarnoskórego "konduktora" ( w
okolicy znajduje się wioska czarnoskórych ). Znajdujemy całkiem fajny hotel
Comercial za 10 soli od osoby z prywatną łazienką, niedaleko od Plaza.
Wykupujemy wycieczkę na Islas Ballestas i do Paracas ( 10$
z biurze Zarcillo ). Jem świetna kolację z owoców morza za 7 soli.
Korzystam z Internetu w Bill Gates cafe ( :-) ), za 3,5 sola / h. Następnego
dnia wyruszamy rankiem na wycieczkę. Niestety jest dość pochmurno, co
utrudnia robienie zdjęć. Najpierw płyniemy szybka łódką ( dla nas
zabrakło oczywiście kamizelek ratunkowych ) koło tajemniczego kandelabru
( nie wiadomo, czy jest dziełem ludu Nazca, czy XVI wiecznych piratów.
Potem docieramy do wysp - rezerwatu przyrody. Widzimy lwy
morskie ( żyją w stadach, każdy samiec ma swój harem samic, ich
ryk jest niesamowity ), pingwiny Humbolta, różnego rodzaju kormorany,
niesamowite kształty skał, pokłady guana. Po powrocie z wycieczki
morskiej jedziemy do parku narodowego Paracas ( wstęp 5 soli ). W
miejscowym muzeum ( 2 sole ) można obejrzeć między innym zdeformowane głowy
( ludy miejscowe nadawały swoim czaszkom przeróżne kształty za pomocą
deszczułek ). Z bardzo daleka oglądamy flamingi, a potem jedziemy do
tzw. "katedry" -
skały fantazyjnie wyrzeźbionej przez morze. Daleko w morzu pluskają
delfiny, nad skałami szybują ptaki. Oglądamy jeszcze mała lagunę i
wracamy do miasta. Tam kupuję i wysyłam pocztówki do Polski ( znaczek
2,64 sola ) oraz odbieram pranie ( 17 soli ). Nabywamy bilet do Limy
w biurze "San Martin" ( 10 soli ). Wyjeżdżamy następnego dnia
rano i po 4 godzinach jesteśmy na miejscu. |
|
|
Dzielnica, w której wylądowaliśmy
jest niezbyt ciekawa. Taksówka za 6 doli zawozi nas do hotelu Wiracocha.
Pokój dwuosobowy z łazienką kosztuje tu 35 soli, a sam hotel znajduje
się tuż przy Plaza de Armas. Kupujemy pobliskim biurze Fertur
Peru bilety lotnicze do Iquitos ( 59$ ). Na Plaza, przed pałacem
prezydenckim, trwa właśnie kolejna demonstracja przeciwko prezydentowi
Fujimori, w pobliskich zaułkach widać liczne oddziały prewencji, gotowe
do interwencji. Główną budowlą jest katedra, niestety ( miejscowym
zwyczajem ) zamknięta. Przechodzimy głównym deptakiem Jirion de la
Union do Plaza San Martin. Jest on zatłoczony, po obu stronach
mieszczą się banki, eleganckie sklepy, fastfoody ( w KFC zestaw kosztuje
10 soli, lód 1,5 sola ). Bierzemy taksówkę ( 15 soli ) i jedziemy do Mueum
Złota. Mieści się ono w eleganckiej dzielnicy, wstęp
kosztuje 20 soli. W środku wyroby ze złota, ceramika ( dużo wyrobów o
tematyce seksualnej ), tkaniny, mumie. W tym samym budynku mieści się
Muzeum Tkanin i Muzeum Broni, w którym zgromadzono eksponaty od zbroi
japońskiego samuraja po karabiny Kałasznikowa, elementy munduru esesmana
i mundury galowe generałów Franco i Pinocheta. Wszystko jest
ciekawe, ale robi wrażenie ogromnego bałaganu. Przy muzeum znajdują się
sklepiki z różnego rodzaju pamiątkami ( pocztówka 1 sol, mały posążek
lamy - 3-7 soli, miedziane talerze 15 soli ). Wracamy na Plaza San Martin,
a stamtąd na Plaza de Armas. Oglądamy pomnik
Pizarra. Ktoś proponuje mi zakup trawki, więc szybko się
oddalamy. Próbujemy dowiedzieć sie czegoś o możliwość przejazdu
koleją Malinowskiego , ale niestety stacja kolejowa jest zamknięta, a
cieć informuje nas, że taka podróż jest niemożliwa. Dość smaczna
kolacja w knajpce "Machu Picchu" to wydatek 12 soli. Następnego
dnia rano jedziemy taksówką na lotnisko ( 15 soli, oczywiście taksówka
to Tico ). Lotnisko krajowe jest dość proste, choć czyste. Do samolotu
na płycie idzie się na piechotę( wcześniej trzeba zapłacić opłatę
lotniskową ). Hamburger i lody w barku kosztują 19 soli. Lecimy liniami AeroContinente
samolotem Boeing 737. Podróż trwa 1,5 h, dostajemy niewielki poczęstunek,
przelatujemy nad Andami i dżunglą. |
 |
05.07.2000 o
godzinie 12:30 jesteśmy w Iquitos. Miasto wita nas tropikalna
pogodą - jest gorąco i wilgotno. Jacyś naganiacze wiozą nas do hostelu
Alfert ( 10 soli od osoby z łazienką ). Mieści się on tuż na
skraju dzielnicy na palach Belen i roztacza się z niego przepiękny
widok na Amazonkę. Zwiedzamy miasto - centralną Plaza z żelaznym
domem ( dzieło Eiffela, tego od wieży, przywiezione z Francji w XIX
w, czasach kauczukowej prosperity ). Prawie na każdym kroku ktoś namawia
nas na pobyt w "lodgy". W końcu zdecydujemy się wykupić 2 dni
za 70$. Kupujemy także bilet powrotny do Limy - linie Taca za 59$.
Korzystamy z Internetu ( szybkie łącze za 3,5 sola / h ) oraz króciutko
odwiedzamy dzielnicę Belen, przedzierając się przez błoto. Następnego
ranka postanawiam iść do tej dzielnicy. Przez niektórych nazywana jest
"Wenecją Amazonii", przez innych po prostu slumsami. Ktoś
proponuje mi przejażdżkę łódką za 5 soli. Część domów, bliżej
brzegu, jest na palach. Inne swobodnie pływają po rzece/
Doprowadzony jest prąd elektryczny, główne kanały są oświetlone.
Wracam do hotelu, zabieramy plecaki ( zostawiamy je w agencji turystycznej
) i jedziemy na przystań. Tam spotykamy się z Davidem - naszym
przewodnikiem. Płyniemy łodzią do "lodgy" około godziny.
Razem z nami jedzie cała peruwiańska rodzina - od dzieci do babć. Są
to drewniane domki, położone niedaleko brzegu, nad dopływem Amazonki.
Na początku robimy mały spacer po okolicznej dżungli - nasz przewodnik
opowiada nam o roślinności, oglądamy termity, próbujemy huśtać się
na lianie. Wokół naszych domków chodzą różnokolorowe papugi i warczące
"kurczaki dżungli". Jedzenie jest bardzo dobre. Po południu płyniemy
łódką na drugi brzeg Amazonki do łowcy zwierząt - pokazuje nam
złapane leniwce, boa, tarantulę, żółwia i ocelota. Można u niego
kupić leczniczy wywar z drzew dżungli, skóry węży ( zależnie od
wielkości 40 i 70 soli ), czaszkę małpy. Wracając obserwujemy z oddali
pluskające różowe delfiny. Późnym wieczorem wyruszamy na łowienie
kajmanów. Widać tylko kilka razy ich czerwone oczy. Za to nocne odgłosy
dżungli ( w tym olbrzymich żab "byczych" ) są niezapomniane.
Podziwiamy także gwiazdozbiory południowej półkuli - tukana i krzyż
południa. Następnego dnia z rana płyniemy rzeką Yanayacu ( Rio
Negro - Czarna Rzeka ).Nasza niewielka łódka zgrabnie przepływa
przez tereny zalane, wśród mangowców, orchidei. Obok nas przelatują
bajecznie kolorowe ptaki i motyle. To chyba najpiękniejszy element pobytu
w dżungli. Docieramy do wioski Indian Yagua. Są oni dość
cywilizowani, ale bardzo biedni. Robią dla nas pokazy tańców ludowych i
strzelania zatrutymi strzałkami ( truciznę wyrabia się z trującej żaby,
żyjącej w kwiatach orchidei ). Za parę soli można kupić u nich
naszyjniki i inne wyroby. Po powrocie mieliśmy łowić piranie, ale
okazuje się, że nie ma to sensu i były to tylko obiecanki dla zdobycia
klientów. Na obiad jemy min. palmę ( wygląda, jak zielone
spaghetti ), maniok i smażone banany. Przed powrotem mamy okazje obejrzeć
jeszcze walkę "kurczaka dżungli" z jadowitym wężem. W drodze
powrotnej widzimy Indian pracowicie wiosłujących do Iquitos. Przy
nabrzeżu cumują statki handlowe wiozące ogromne bale drewna oraz okręty
wojenne floty peruwiańskiej. Jedziemy na lotnisko, miły lot do Limy
( z poczęstunkiem ). Śpimy znowu w hotelu Wiracocha. |
|
Rano jedziemy do Transporte
Rodrigez. Stamtąd mamy autobus do Huaraz za 25 soli. Po 9
godzinach jazdy - najpierw nad morzem, potem górskimi serpentynami,
docieramy na miejsce. Tutaj wyłapuje nas już jakiś naganiacz. Śpimy w
hoteliku El Jacal - 10 soli od głowy ( potem okaże się, że
musimy zapłacić 12,5 sola ). Wykupujemy u naszego "opiekuna" (
Jhon - Che ) całodzienną
wycieczkę do Pastoruri ( 30 soli ). Dostępne są też wyjazdy do
laguny Llanganuco ( widoki gór ) i starożytnego miasta Chavin w tej
samej cenie. Kolacja ( kurczak z frytkami i colą ) kosztuje 7 soli,
Internet 1 sol za 10 minut Następnego ranka jedziemy na wykupioną
wycieczkę. Najpierw przez pomyłkę chcą nas zabrać w inne
miejsce, ale w końcu trafiamy do właściwego minibusu. Opłata za wjazd
do Parku Narodowego - 5 soli za dzień. Wpierw dojeżdżamy do źródełka
gorącej wody mineralnej. Jest tam niesamowity widok na okoliczne szczyty.
Potem oglądamy niesamowite jeziorko z wodą koloru turkusowego i roślinę
z rodziny ananasowatych Puyas de Raimondi. Wyglądają
niesamowicie, kwitną raz na 100 lat, potem umierają, a ich kwiat sięga
12 m. Stamtąd minibus wspina się do góry, aż dojeżdżamy do Nevado
de Pastoruri. Z parkingu wspinamy się do lodowca. Droga jest łatwa,
ale wysokość 5300 m n.p.m. robi swoje - oddycha mi się ciężko. Na górze
możemy porzucać śnieżkami, niektórzy jeżdżą na nartach. Wejście i
powrót zajmują jakieś 2 godziny. Wracając do Huaraz odwiedzamy jeszcze
dwie dość nieciekawe jaskinie. Po powrocie kupujemy bilet do Limy
w Ekspreso Turismo ( 15 soli - taniej niż w tą stronę ). Po zjedzeniu
kolacji, odebraniu plecaków i posiedzeniu w parku na ławce w końcu
wyruszamy o 22:00. Siedzenia w autobusie są jeszcze bardziej niewygodne
niż zwykle. Rano jesteśmy na miejscu. Tam zmieniamy terminal i autobusem
firmy Molina Union wyruszamy za 30 soli do Ayacucho. |
 |
Najpierw jedziemy do Pisco.
Tam mamy postój i obiad ( tortilla z groszkiem za 6 soli, duża, ale mało
smaczna ). Potem wjeżdżamy w góry ( do 4 800 m n.p.m. ). Krajobraz
najpierw jest suchy z małymi jeziorkami. Potem pojawia się więcej
zieleni i drzew. Po 18:00 jesteśmy na miejscu Zamieszkujemy w hotelu Huamanga
- 30 soli za 2-osobowy pokój z łazienką i ciepłą wodą. Jemy kolację
w knajpce Los Alamos ( 9 soli za kanapkę, sok i colę ). Chcemy wykupić
wycieczkę do pobliskich ruin z czasów Inków, ale są tylko
bardzo drogie wycieczki wynajętym samochodem. Następnego dnia rano budzą
nas śpiewy z pobliskiej szkoły ( hymn ? ). Wymieniam czeki w Banco
Credito ( kurs 1$ = 3,42 sola ). O dziwo tym razem w Interbanku chcieli
prowizję ( czyli każdy oddział ma własną politykę ). Kupujemy bilety
na następny dzień do Cusco ( Ayacucho Turs - 45 soli ). Jemy świetne
śniadanie na Plaza ( kanapka z miejscowym, ręcznie robionym serem - 2
sole, sałatka z lodami 3,50 sola, sok - 2,50 sola, wszystko wyśmienite
). Oglądamy siedzibę miejscowych władz, mieszczące się w starym,
kolonialnym budynku z drzewem pośrodku dziedzińca. Oglądamy klika
kościołów z XVI - XVII wieku. Później idziemy do bardziej odległych
dzielnic Nad rzeką, zamienioną w ściek mieszczą się prawdziwe slumsy.
Resztę dnia spędzamy na ławce w parku. Słoneczko przyjemnie
przygrzewa, a my mamy okazję oglądać uczniów zbierających na biedne
dzieci, pucybutów i pogrzeb z orkiestrą. Wieczorem rozpętuje się
prawdziwa burza, pierwsza podczas naszego pobytu w Ameryce Płd. Na szczęście
szybko przechodzi. Następnego ranka o 5:30 wyruszamy ( okazuje się, że
nasz autobus jest firmy Wari Express ... ). Nasza trasa prowadzi przez
niesamowite góry, mijamy stada pasących się lam, przejeżdżamy przez
wioski z domami krytymi strzechą. Pod wieczór dojeżdżamy do Andahuaylas.
Po krótkim odpoczynku i kolacji, przesiadamy się do nowego autobusu.
Jest ciasno, okna nie domykają się, jest zimno, a wsiadający Indianie
za każdym razem otwierają okna. W nocy pada deszcz i nasze plecaki, jadące
na dachu, przemakają. Przejeżdżamy przez Abancay, jedziemy wzdłuż
głębokiego wąwozu rzeki i nad ranem docieramy do Cuzco. |
|

|
Po przyjeździe do dawnej
stolicy Inków usiłujemy znaleźć jakiś tani hotel. Po drodze
spotykamy dwie Polki. Udaje nam się w końcu zamieszkać w małym
hoteliku koło Albergue Muncipal ( 10 soli za noc ). Potem idziemy zwiedzać.
Miasto jest przepiękne, tylko te strome schody dają się nam we znaki.
Wykupujemy trekking na Inca
Trail ( 63$ łącznie z wycieczką do Świętej Doliny ) w
biurze Top Vacations. Idziemy
do inkaskich ruin Sacsayhuaman.
Stroma droga ( 40 minut z Plaza ) jest dość męcząca, ale na końcu
czeka nagroda - wspaniały widok majestatycznych ruin, gdzie rozegrała się
jedna z najważniejszych bitew konkwisty. Wracamy, dzwonię do Polski ( 6
soli /minutę do Europy ) i idziemy obejrzeć piękny kościół Santo
Domingo ( wstęp 3 sole ), zbudowany na ruinach Coricancha
- najbogatszej świątyni imperium Inków. W środku oglądamy dobrze
zachowane pozostałości kaplic słońca, księżyca, gwiazd, piorunów i
tęczy. Na środku dziedzińca znajduje się studnia, gdzie każdego ranka
słońce "żywiło się" złotem. Wszystkie te budowle były za
czasów Inków pokryte złotymi blachami, zrabowanymi i przetopionym później
przez ludzi Pizzarra. Tutaj były trzymane zmumifikowane ciała władców.
Bloki skalne, z których wykonano budowle, są starannie dopasowane. Później
przechodzimy ulicą Loreto, która z obu stron jest otoczona
pozostałościami murów z czasów Inków. Wracamy na Plaza i
idziemy zwiedzić katedrę.
Wcześniej musimy kupić tzw. Boleto Turistico za 10$, uprawniający
do wejścia do niektórych zabytków w Cusco i Świętej Dolinie.
Katedra jest wspaniała, aczkolwiek mocno zaniedbana. W środku
widzimy wspaniałą zakrystię z portretami wszystkich biskupów Cuzco,
stary drewniany ołtarz i nowszy - srebrny. Ciekawy jest obraz ostatniej
wieczerzy, na którym głównym daniem Chrystusa i Apostołów jest ... świnka
morska. Wieczorem idziemy na zakupy - kupujemy tabletki do odkażania wody
( 12 soli za 25 tabletek na 25 litrów wody ) i pamiątki ( figurka
erotyczna - 8 soli, typowe peruwiańskie organki - 6 soli, maska - 15 soli
).
Następnego ranka wstajemy o 5:30 i idziemy pod siedzibę naszego biura
podróży. Stamtąd wyruszamy na Inca Trail. Najpierw dobrą drogą
do Ollantaytambo, a później słabą do wioski Chilca ( z
krótkim postojem na śniadanie ). Tam, przy stacji kolejowej ( 82
km z Cuzco ), dostajemy bilety wstępu na szlak ( w cenie trekkingu,
kosztują 17$ ) i wyruszamy. Sami niesiemy własne bagaże, nasi tragarze
dźwigają namioty i jedzenie. Pierwszy odcinek jest płaski, po około
godzinie mamy obiad ( zupa, spaghetti i mata de coca ). Przechodzimy przez
wiszący most, jedne ostre podejście i już widzimy ruiny Llactapata
- "miasta na górze". Są one wyraźnie podzielone na 3 części
- władcy, pospólstwo i terasy uprawne. W pewnej odległości znajduje się
wieża dla celów religijnych. Po 1,5 godziny dalszego marszu docieramy do
miejsca pierwszego noclegu. Kolacja jest bardzo smaczna ( na deser popcorn
! ). W pobliskiej chałupie słyszymy odgłosy hodowanych świnek
morskich.
Drugi dzień jest bardzo ciężki. Droga na początku idzie lasem, ostro
pnąc się do góry. Dochodzimy do otwartej przestrzeni, gdzie jemy
lunch ( zupa + ryba z ryżem ). Teraz czeka naprawdę ostre podejście.
Wspinamy się schodami wykutymi przez Inków. Nasi tragarze stosują
taktykę szybkiego podbiegania ( niosąc duży ciężar ! ). Tak podobno
wchodzono tutaj "od zawsze" i do tego dostosowana jest szerokość
schodków. Ja jednak ledwo na coś takiego nie mam sił .... W końcu
udaje się wejść na przełęcz Warmiwahusca
( Martwej Kobiety ) na wysokości 4198 m n.p.m. - najwyższy punkt
Inca Trail. Rozciągają się stad wspaniałe widoki na zasnute mgłą
góry. Po krótkim odpoczynku schodzimy męczącym schodami ( ale już wolę
nimi schodzić, niż wchodzić ) nad rzekę ( 3600 m n.p.m. ), gdzie mieści
się nasz kemping. Biorę zimny prysznic ( bo tylko taki jest ), co
niestety powoduje później gorączkę. W nocy jest bardzo zimno.
Rankiem czeka nas ostre wejście schodami do ruin Runturacay,
gdzie kiedyś mieściła się strażnica, strzegąca całego szlaku. Potem
wejście na kolejną przełęcz ( 3999 m n.p.m. ) i długie, męczące zejście
do Sayacmarca ( Dominujące
Miasto ), skąd dostarczano żywność do innych fortec. Jest ono
bardzo dobrze zachowane. Stamtąd schodzimy w dól do rzeki, a potem czeka
nas długie, łagodne podejście przez lasy wyłapujące wilgoć z mgły (
oczywiście w gęstej mgle ... ). Lunch jemy na wysokości 3650 m n.p.m.
niedaleko Phuyupatamarca ( Miasto Ponad Chmurami )., pieczołowicie
odrestaurowanego, z dobrze zachowanymi łaźniami. Teraz już tylko długie
zejście i docieramy do ostatniego miejsca noclegu, kempingu z ciepłą
wodą ( 5 soli za 10 minut ) i restauracją. Muszę brać lekarstwa na moją
gorączkę. Kolacja jest b. dobra - zupa i ryż z ziemniakami i
nadziewanym chili. Długo toczymy rozmowy z innymi uczestnikami trekkingu.
Następnego dnia zrywamy się o 4:00 i idziemy do Machu
Picchu. Wcześniej mamy kontrolę biletów i krótki przystanek na
Intipunku ( Bramy Słońca ). Stąd roztacza się widok na Machu
Picchu, ale teraz zakrywają je mgły. Docieram wreszcie do samego
ukrytego miasta. Bagaż można zdać do przechowalni. Okazuje się, że są
kłopoty z przewodnikiem - nasze biuro nie zarezerwowało go ! Dopiero po
pewnym czasie znajdujemy kogoś. Opowiada nam o różnych teoriach dotyczących
powstania miasta ( nie miasto kobiet, jak sądził jego odkrywca Bingham,
ale miasto uczonych ), o odporności sejsmicznej. Zwiedzamy tarasy uprawne
( tu najprawdopodobniej próbowano wyhodować nowe odmiany roślin ),
ceremonialne łaźnie, Świątynię Słońca, królewskie groby, Główna
Świątynię, kamień Intihuatana do wyznaczania pór roku, Świątynię
Kondora, gdzie przechowywano mumie zmarłych. Potem, już samodzielnie,
idziemy do mostu Inków, skąd rozciąga się pocztówkowy widok na
miasto. Sam, drewniany, most jest zerwany, ale idąca do niego, nad przepaścią,
droga - przerażająca. Wracamy i oglądamy pozostałe zabudowania. Coraz
większe tłumy nie pozwalają w spokoju kontemplować urody tego miejsca.
Ponieważ autobus powrotny do Aguas Caliente kosztuje 5$ schodzimy
na piechotę ścieżkami ( 1h 20 min ). Mijają nas zbiegające dzieci, które
wyprzedzają autobusy i proszą o datki. Na miejscu jest targ pamiątek o
dość wysokich cenach. Lokalny pociąg wyrusza do Cuzco o 18:00 (
8 soli ) i jest na miejscu o 23:30, wlokąc się w iście żółwim
tempie. My ( i prawie wszyscy pasażerowie ) wysiadamy w Ollantayambo
i za 7 soli docieramy do Cuzco o 21:30. Odbieramy nasze bagaże. Pracownik
hotelu chce napiwku, ale na szczęście nie rozumiem ( jeszcze wtedy ) słowa
"propina" i nic nie dostaje...
Następnego dnia z samego rana kupuję panoramę Machu Picchu ( 15 soli )
i jedziemy na wycieczkę do Świętej Doliny. Zaczynamy oczywiście
od małego targu, a potem udajemy się do Pisac.
Tu jest kolejny targ dla turystów i tańce ludowe w maskach. Niedaleko
znajdują się ruiny świątyń Słońca i Księżyca. Nastepnym etapem
naszej podróży jest Ollantayambo
- miejsce jedynej większej bitwy, przegranej przez Hiszpanów. Są tam
ogromne tarasy z niedokończoną świątynią na szczycie, fundamenty
inkaskiego miasta i głowa boga Wiracochy wykuta w skale. Nasz przewodnik
usiłuje przekonać nas, że Inkowie budowali wszystko zgodnie z jakimś
planem - pola w kształcie rzutu piramidy, miasto na planie kolby
kukurydzy, Cuzco zbudowane na planie jaguara itd. Ostatnim etapem
wycieczki jest Chinche, z przepięknym kościołem na starożytnych
fundamentach i muzeum regionalnym. Jest zimno. Po powrocie czuję się
źle, muszę brać lekarstwa. Kupujemy bilety do Puno, na następny
dzień ( 25 soli ).
Rano pani z biura zabiera nas taksówką na dworzec. jedziemy autobusem
linii Libertad ( niezbyt czystym ). Mijamy stada lam i przepiękne
krajobrazy. przechodzimy 2 kontrole policyjne - najprawdopodobniej szukają
liści koki ( nie można ich przewozić za dużo ). Przejeżdżamy przez
miasto Juliaca ( nieciekawe ) i po 8 godzinach docieramy do celu. |
|

|
W Puno naganiacz
zabiera nas do hotelu Tumi II - dwójka z ciepłą woda - 25 soli. W
biurze Edgar
Adventures wykupujemy wycieczki ( ceny są wszędzie podobne ) na
wyspy ( 20 soli ) i do wież Silustani
( 15 soli ). Stek na obiad kosztuje 10 soli, Internet 3 sole / h. Następnego
dnia o 7:30 zawożą nas na przystań i wsiadamy na statek. Najpierw płyniemy
przez płytką zatokę jeziora
Titicaca, potem kanałem wśród trzcin. Dobijamy do jednej z wysp
Uros. Są one wykonane z trzciny, z tego też materiału
zbudowane są domy i łodzie. Podłoże ugina się pod stopami. Jedyny
przejaw nowoczesności, to panele słoneczne. Obecni mieszkańcy nie są
już czystej krwi ludem Uros i nie mówią tym językiem. Żyją z
połowów ryb i turystyki. Na wyspach są nawet szkoły. Pozostałe wyspy
można obejrzeć z platform. Jest też muzeum z wypchanymi ptakami i
toaleta. Za 2 sole płyniemy tradycyjną łódką na inną wyspę. Można
kupić pamiątki, m.in. modele łódek z trzciny ( 3-10 soli ). Po
opuszczeniu wyspa płyniemy przez cieśninę i wypływamy na "duże"
jezioro, a potem na wyspę Taquila.
Z przystani trzeba się wspiąć do wioski, położonej na górze. Żyjący
tam mężczyźni noszą czapeczki w różnym kolorze - kawalerowie
czerwone z białym pomponem, żonaci czerwone z wzorkiem, starszyzna
czarne. Kobiety noszą czarne chusty i zielone spódnice. Mężczyźni
robią cały czas na drutach, a kobiety przędą wełnę.. Jemy obiad w
restauracji ( cena jest na całej wyspie taka sama - 8 soli ) -
miejscowego pstrąga, największego na świecie. Pijemy też herbatkę z
miejscowych ziół. Oglądamy główny plac, na którym odbywają się
zebrania, rozstrzygające o rozwiązywaniu różnych problemów. Przy
placu jest kościół i wspólny sklep ( czapka - 25-30 soli ). Wracamy na
przystań i płyniemy z powrotem . Po drodze widzimy liczne ptactwo.
Następnego dnia oglądamy miasto, kupuję film do aparatu ( Kodak 200, 36
klatek - 13 soli ). Z hotelu zabierają nas na wycieczkę do wież Silustani.
Po drodze zatrzymujemy się na wzgórzu z wspaniałym widokiem jeziora
Titicaca. Dojeżdżamy do wież, stojących na półwyspie. Są
one różne, od pięknych wież Inków, przez gorsze ludu Colla, do
schowanych pod ziemią prostych ludzi. Używano ich do spalania zwłok,
jeszcze od czasów przed panowaniem Inków. Na pobliskiej wyspie jest
rezerwat wikunii ( dziki krewniak lamy ), a na jeziorze liczne ptactwo. W
pobliskim muzeum można obejrzeć ceramikę oraz mumie, znalezione pod wieżami
3 królewskie dwoje dorosłych i dziecko, wypchane ekskrementami zwierząt.
Spotykamy dwoje Polaków z Chicago. Wieczorem idziemy do restauracji na
miejscowy przysmak, czyli cuy
( świnkę morską ). Cała kosztuje 16 soli, połówka 8 soli. Piwo
Cusquena kosztuje - duże 7 soli, małe 4 sole. Potrawa jest dość
smaczna, ale ma gruba skórę, małe kostki i niewiele mięsa. Trzeba jeść
rękami.
22.07.2000 wyjeżdżamy z Peru do Boliwii. Podróż do
granicy trwa około 3 godzin i wiedzie wzdłuż jeziora Titicaca. |
|