|
Sudan |
|

|
|
|
08.10.2002. Po przypłynięciu do Wadi Halfy
okazuje się, że musimy wypełnić jeszcze jakieś papiery, co zajmuje
nam dłuższą chwilę. Wreszcie wychodzimy na ląd. Po przejściu przez
częściowo zatopione, betonowe molo udajemy się do budynku, gdzie odbywa
się odprawa. Płacimy opłatę wjazdową ( 250 SD = 11 LE ) i
przechodzimy bez problemów przez odprawę celną ( celników ciekawiło właściwie
tylko, czy mamy alkohol lub kamerę wideo ). Tuż za wyjściem oblegają
nas cinkciarze - wymieniam trochę pieniędzy ( 1$=250 SD ). Przejazd
pickupem do miasta to wydatek 500 SD. Znajdujemy hotel za 700 SD od osoby
za noc. Standard hotelu raczej nie jest najwyższy, pokoje nie mają podłogi,
tylko piasek, ale tak tu jest wszędzie. Zostawiamy bagaże i idziemy
obejrzeć miasto. Próbujemy dowiedzieć się czegoś o autobusie do
Dongoli, ale nie jest to proste. Mamy nawet propozycje wynajęcia taksówki
za jakieś koszmarne pieniądze. Najprawdopodobniej autobus odchodzi jutro
o 16:00. Znajdujemy dobrze zaopatrzony sklepik, sprzedający głównie
importowane z Egiptu artykuły - cola 100 SD, duża woda - 200 SD. Powoli
orientujemy się w miejscowym, zawikłanym, systemie monetarnym. Otóż
teoretycznie wszystko jest proste - waluta to dinar (SD), dzielący się
na 100 piastrów. Jednak, chociaż nowa waluta obowiązuje od 199 roku, to
praktycznie wszyscy liczą w funtach sudańskich ( 1 dinar to 10 funtów
). Na dodatek często mówi się "w setkach" dinarów ( np. 1000
dinarów to 10 dinarów ). Banknoty 50 i 100 dinarowi mają swoje skrócone,
slangowe nazwy. Połapać jest się naprawdę ciężko. Po zrobieniu
zakupów postanawiamy coś zjeść. Wybór nie jest zbyt duży - foul (
rozgotowany bób, rozdrobniony na miazgę butelką po coli, często z
robakami ), ryba ( z jeziora, całkiem dobra - 250 SD ). Przy każdej
"restauracji" jest z reguły pani "herbarciarka",
gdzie można kupić różnego rodzaju herbaty lub kawę ( 25-50 SD ).
Siedzimy dość długo, rozmawiamy z moim kompanem z kabiny ( Chilijczyk
czeka na swój autobus ). Atmosfera jest bardzo fajna. Jednak już około
9 wieczorem wszystko zaczyna się wyludniać, więc i my wracamy do
hotelu. Okazuje się , że w naszym pokoju jest zaduch a także mnóstwo
mrówek i robaków. Idziemy więc w ślady innych gości hotelu i
wystawiamy łóżka na zewnątrz. Łazienki są dość czyste, choć
proste ( wybetonowana komórka i plastikowy pojemnik z wodą ), toalety
niestety już tak czyste nie są. W nocy mocno wieje ciepły wiatr, niosąc
piasek.
Rano zostaje obudzony przez modlących się Sudańczyków. Od rana
postanawiamy załatwić obowiązkową rejestrację ( w ciągu 3 dni od
przybycia ). Idziemy na policję, tam jednak karzą nam przyjść później,
z zakupionymi znaczkami skarbowymi i kserokopią paszportów. Odwiedzamy
bank, gdzie wymieniamy trochę pieniędzy po kursie bardzo zbliżonym do
tego oferowanego przez cinkciarzy. Zresztą okazuje się, że ich ceny
zależą od tego, czy bank jest otwarty ( wzrastają ), czy zamknięty (
spadają ). Bank mieści się w jedynym chyba piętrowym budynku w mieście
( obok jest biuro linii lotniczych ). W tym samym budynku kupujemy także
znaczki opłaty skarbowej potrzebne do uzyskania rejestracji. Obsługa
jest bardzo miła ( pracuje tam między innymi siostra słynnego Midhata ), częstuje
suszonymi daktylami, pozwala na zwrot ewentualnie niewykorzystanych znaczków.
Jedyne ksero mieście działa dopiero od 12, kiedy włączają prąd.
Idziemy zatem nad brzeg jeziora. Oglądamy tam ruiny domów, jakieś wały
- to chyba świadectwo jakiejś powodzi. Teraz pasą się tam tylko kozy.
W drodze powrotnej zostajemy zaproszeni do domu przez całkiem ładną
dziewczynę. Jednak woń, jaka się od niej roztacza powoduje, że
grzecznie odmawiamy. Napotykamy się także na Japończyka, z którym płynęliśmy
promem ( jest niesamowity, jedzie do Somalii ! ), który prowadzi nas do
miejsca gdzie za 3 000 SD kupujemy bilety na autobus do Dongoli.
Kierowca to sympatyczny grubas, spotkany już przez nas wcześniej. Gdy załatwiamy
ta tak ważną sprawę, idziemy do ksera. Odbicie dwóch stron (
bardzo kiepskiej jakości ) kosztuje aż 250 SD. Teraz możemy wreszcie wrócić
na policję, a właściwie do Allien Registration Office ( czuję
się jak ALF :-) ). Nasza walka z biurokracja trwa w sumie około
1,5 h i kosztuje razem 4250 DS. W tym czasie przenosimy papierki z pokoju
pani urzędniczki ( zwanej przez nas "jaszczurką" z racji wyglądu,
ubranej w mundur i chustkę na głowie ) do innych ważnych osób,
obserwujemy operację lizania i naklejania różnego rodzaju znaczków,
kilka razy musimy uzyskać podpis kapitana Omara ( w mundurze z ogromnymi
epoletami ). I tak mamy szczęście - spotkaliśmy tam Rosjankę, jadącą
do męża do Chartumu, której kazano zapłacić 150$, choć miała promesę,
za którą jej mąż zapłacił już 60$ ( w końcu chyba stargowała kwotę
do 100 $ ). Gdy wszystko wreszcie udaje się nam załatwić i w paszporcie
mamy upragniony stempel jesteśmy szczęśliwi. Pani
"jaszczurka" mówi nam na koniec, że teraz możemy się
swobodnie poruszać po całym Sudanie, co zresztą okaże się nieprawdą
... W każdym razie nasze akta ze zdjęciami, gdzieś tam pokrywają się
kurzem. Idziemy na obiad do całkiem przyjemnej knajpki. Wreszcie
dowiaduje się , co to za dziwna budowla znajduje się niedaleko. Otóż Midhat
( znany miejscowy przewodnik, pomagający turystom ) postanowił zbudować
biuro turystyczne w tradycyjnym nubijskim stylu. Jednak teraz przeniósł się
do Chartumu ( otworzył biuro wraz z jakimiś Niemcami ) i budynek stoi nieużywany.
Po obiedzie zabieramy nasze plecaki z hotelu i idziemy na suk, skąd
odjeżdża nasz autobus. Na podróż kupujemy sporo wody ( duża butelka
200 DS, mała 100 DS ). Wreszcie możemy podziwiać nasz środek
transportu. To konstrukcja naprawdę niesamowita, dzieło miejscowych
mechaników, wytrzymała. Zbudowany na podwoziu ciężarówki, cały ze
stali, bez szyb. Ma dwoje wąskich drzwi, w razie wypadku i ich
zablokowania nie da się z niego uciec - okna są za małe. Kierowca jest
oddzielony od pasażerów metalową płytą. Dość długo trwa pakowanie
różnych paczek na dach, wyjeżdżamy dopiero około 17. Ludzie doładowują
się, aż pojazd jest naprawdę pełen. Razem z nami jedzie Japończyk.
Trzęsie niemiłosiernie, żołądek podchodzi mi do gardła, metalowe
siedzenia wrzynają się w ciało, boje się, że przy kolejnym podskoku
uderzę głową w metalową półkę. Po około godzinie jazdy łapiemy
gumę. Czas, potrzebny na naprawę, wielu pasażerów wykorzystuje
na modlitwę ( jest akurat zachód słońca ). Około 21:00 mam kolejny (
planowy ) postój. Można zjeść bób i wypić herbatę. Na szczęście
nic nie jem, bo w dalszej drodze mocno trzęsie. Prawie nie da się zasnąć,
z chwilowej drzemki wyrywa kolejny podskok. Gdy zatrzymujemy się na krótki
nocleg w połowie nocy jestem tak zmęczony, że zasypiam na kawałku maty
na piasku. Nad ranem przejeżdżamy przez chmurę kurzu, którą sami
robimy kołami samochodu. Wreszcie około 10:30 docieramy do miejscowości
Karim. Tutaj przesiadamy się do "boksi" ( Toyota pick-up
) i po 2,5 godzinnej jeździe przez piaski ( nawet się zakopujemy i
musimy pomagać wypchnąć samochód ), w strasznym upale, docieramy do
promu. Przepływamy na drugą stronę i już jesteśmy w Dongoli. |
|


|
Odczuwamy naprawdę wielką ulgę, że podróż
tym koszmarnym autobusem się skończyła i dotarliśmy do Dongoli. Chyba się naprawdę starzeję,
bo takie przygody coraz bardziej mnie męczą. Teraz zostaje nam
znalezienie hotelu. Jakiś miły mieszkaniec oprowadza Janka po wszystkich
trzech miejscowych hotelach, zupełnie bezinteresownie ( jaka miła
odmiana po Egipcie ... ). Pierwszy z nich jest na tyle obrzydliwy, że
Janek zaczyna coś wspominać o skróceniu pobytu w Sudanie. Jednak
dopisuje nam szczęście i trafiamy do położonego troche na uboczu
"Ola Hotel". Za 1600 DS dostajemy całkiem przyjemny
trzyosobowy pokój, z łazienką na zewnątrz. Janek bierze na siebie ciężar
rejestracji w "Security Office" ( bez tego nie chcą nas
zameldować ) i jedzie tam rikszą. Po umyciu się i wyspaniu wychodzimy
wieczorem na miasto. Jem falafela za 50 DS, popijając go cola za 100 DS.
Woda mineralna ( sudańska, spełniająca "sudańskie normy czystości
wody" ! ) to wydatek 150 DS. Po krótkim spacerze wracamy do hotelu i
idziemy spać. Następnego ranka oddaję moje rzeczy ( straszliwie brudne
po przejechaniu pustyni ) do prania. Dobrze, że umówiłem się wczoraj z
hotelowym praczem bo jest piątek i on około południa kończy pracę.
Potem idziemy na miasto. Postanawiamy sami zrobić sobie śniadanie.
Kupuje bułki ( 50 DS za kilka ), tuńczyka w puszce ( 200 DS ) i mirindę
( 200 DS ). Wychodzi z tego pyszne jedzonko. W międzyczasie nasze rzeczy
są nie tylko wyprane, ale i wysuszone ( co nie dziwi przy tych
temperaturach ). Wychodzimy znowu na miasto. Z powodu święta sklepy są
już pozamykane. My idziemy na "suk al szabi" ( dosłownie
"rynek ludzki" ), czyli dworzec autobusowy. Znajduje się on na
obrzeżach miasta, niedaleko wieży telewizyjnej ( tak jest zwykle w
Sudanie ). Tam dzięki pomocy policjanta i rikszarza udaje się nam kupić
za 3500 DS na jutro do Chartumu, na 5:00 rano. Ryksiarz proponuje
nam zorganizowanie przejazdu łódka do świątyni Kawa. Zgadzamy
się i umawiamy na 16:00, gdy upał trochę zelżeje. Za 200 Ds wracamy do
hotelu rikszą ( identyczna, jak te w Indiach ). W hotelu odpoczywamy,
nasz kierowca zjawia się z małym opóźnieniem. Kurs na przystań to
wydatek 200 DS. Tam okazuje się, że przejażdżka łodzią to wydatek
6000 DS, o 30% więcej, niż suma o której mówiliśmy na początku. Cenę
podobno zwiększyły nowe podatki i opłaty rządowe, związane z
wydatkami na prowadzenie wojny. Po długich wahaniach decydujemy się
jednak popłynąć. Po drodze mamy wspaniałe widoki, stare feluki żaglowe,
miejscowych. Ale sama świątynia rozczarowuje - to po prostu parę
kamieni. Wracamy po zachodzie słońca, jest naprawdę bardzo uroczo. Z
naszym kierowcą umawiamy się na jutro na podwiezienie na autobus za 700
DS. Moja kolacja to falafel i sok mango ( 400 DS ). Chcemy zapłacić
za hotel. Niestety recepcjonista chce nasz oszukać ( A może coś mu się
pomyliło ? Sudańczycy często nie są zbyt bystrzy i ciężko się z
nimi dogadać. ) . Na szczęście z pomocą przychodzą nam miejscowi.
Stają zdecydowanie po naszej stronie i wszystko kończy się całkiem miło.
12.10.2002 wstajemy o 4:30, aby zdążyć na autobus. Umówiony
ryksiarz spóźnia się, a my po ciemku nie za bardzo wiemy, jak dojść
do dworca. Na szczęście zjawia się i zawozi nas na miejsce. Pojazd wygląda
lepiej niż poprzednio, ma przynajmniej szyby w oknach. Ruszamy około
6:00 rano. Na początku jedziemy wzdłuż Nilu, potem skręcamy na
na pustynię. Tam dopada nas straszliwy upał, na dodatek źle się czuję.
Zatrzymujemy się na krótki postój, potem docieramy do asfaltowej drogi,
wreszcie około 15:30 docieramy na miejsce. Podróż trwała znacznie dłużej,
niż nam obiecywano. |
|


|
A więc dotarliśmy wreszcie do Chartumu.
Jestem zmęczony i chory, ale musimy znaleźć jakiś hotel.
Bierzemy taksówkę do centrum ( 600 DS ). Obchodzimy hotele - na początek
te z przewodnika LP. Jednak nigdzie nie ma miejsc, podobno z powodu dużej
liczby pielgrzymów do Mekki. Ledwo żyję. Dopiero wypicie duszkiem litrowej coli trochę
stawia mnie na nogi. W końcu znajdujemy miejsca w różnych hotelach.
Ania i Janek płacą za dwójkę 2000 DS, ja zamieszkuję w jedynce bez łazienki
za 1500 DS w hotelu Salli. Pokój nie jest zbyt komfortowy, po łazience
biegają karaluchy, ale w końcu się przyzwyczajam. Po krótkim odpoczynku
bierzemy taksówkę nad Nil ( 500 DS ) i idziemy do restauracji El
Shallala. Jest to dość luksusowe, bardzo drogie miejsce, z pięknymi
trawnikami i eleganckimi kelnerami. . Za połówkę grilowanego kurczaka, zupę
i sałatkę płacimy 1500 DS, a za wodę 250 DS. Przyglądamy się
imprezie dla jakiejś grupy z występami artystycznymi. Wzbudza ona
takie zainteresowanie, że przyglądają się jej liczni gapie zza
ogrodzenia restauracji. Z placyku do zabaw dla dzieci obserwują wszystko
dwaj policjanci z bronią ( czyżby ochraniali jej uczestników ? ). Do
hoteli wracamy minibusem za jedyne 33 DS od osoby. W nocy nad
miastem przechodzi straszliwa burza. Na chwilę obniża wysoką temperaturę,
ale wkrótce upał powraca.
13.10.2002 Rano idziemy do banku Ivory wymienić pieniądze,
po kursie 1$=263,5 DS. Obsługuje nas bardzo sympatyczna pani.
Dinary wypłacają nam w banknotach 500 dinarowych. To lepiej niż w Wadi
Halfie, ale i tak nosimy ze sobą spore pliki pieniędzy. Potem
korzystam z dość
szybkiego Internetu ( 300 DS/h ), a w sympatycznym biurze podróży udaje mi
się dowiedzieć, gdzie znajdują się ambasady Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Po krótkim
odpoczynku w hotelu jedziemy taksówką do dzielnicy Emanet, gdzie
są ambasady. Jest to miejsce wyraźnie bogatsze od reszty miasta, są tutaj podróbki
McDonald`s i Pizza Hut ( Pizza Hot ! ). W ambasadzie Arabii
Saudyjskiej dowiaduję się, że mam przyjść jutro około 8:00, ale
odnoszę bardzo pozytywne wrażenie. W ambasadzie Jordanii za równowartość
około 17$ w walucie sudańskiej dostaję wizę na poczekaniu. Gdy pan
wydający wizy dowiaduje się, że jestem programistą daje mi kilka
folderów ( bo sam też ma taki zawód ). Jedziemy taksówką do
Ministerstwa Turystyki ( 500 DS ). Niestety taksówkarz nie za bardzo wie,
gdzie ono się znajduje, wywiązuje się kłótnia i w rezultacie, gdy tam
docieramy, wszystko jest już zamknięte. Idziemy więc do biura
sprzedającego bilety promowe na trasie Suakin - Jeddah ( kosztują od 65$
na pokładzie do 107$ I klasa ). Postanawiamy odwiedzić Mogran Family
Park, czyli miejscowy park rozrywki. Za 50 DS jedziemy minibusem w kierunku na
Mogran. Znajdujemy jakiś placyk zabaw dla dzieci ( wstęp 100
DS, napoje
po 100 DS ). Myślimy, że to cel naszej wycieczki, ale jakaś miła
puszysta pani uświadamia nam, że Mogran Family Park
znajduje się dalej. Idziemy tam wzdłuż Nilu, jednak nie wchodzimy do środka,
bo podobno ruch zaczyna się po 18:00. Idziemy więc trochę dalej - do
tej samej restauracji, gdzie byliśmy wczoraj. Tym razem bierzemy tylko
zupę ( 200 DS ) i wodę ( 250 DS). Wracamy do centrum, usiłuje
znaleźć polecaną w przewodniku restaurację "Dac Burger", ale
mi się nie udaje. Zamiast tego jem szawarmę w drodze do domu ( 100 DS,
50 DS napój ). W nocy jest mi strasznie gorąco - nie wiem, czy to upał,
czy mam gorączkę.
Następnego ranka wstaje wcześnie i jadę taksówką ( 500 DS ) do
ambasady Arabii Saudyjskiej. Jestem na miejscu o 8:00. Jednak okazuje się,
że mnie wczoraj źle poinformowano i interesantów przyjmują od 9:30.
Włóczę się trochę po okolicy. Jem dość dobrego hamburgera z mięsem,
serem i jajecznicą za 300 DS. Gdy wracam pod ambasadę spotykam tam
straszny tłum, policjantów, kłótnie itp. Zupełnie, jak u nas po
ambasadą USA :-). Szczęśliwie policjant "wyławia mnie" i
pozwala wejść bez kolejki ( plecak muszę zostawić przed wejściem,
razem z aparatem ... ). Niestety - dowiaduję się, że wizy nie dostanę.
Wizy tranzytowe dostaje się tylko, gdy ma się własny samochód, albo
leci z przesiadką w Jeddah ( chciałem nawet kupić bilet na samolot Port
Sudan-Jeddah za 115$, ale taki bilet nie uprawnia do wizy ). No cóż będę
musiał wrócić tą samą drogą, którą wjechałem do Sudanu... Idę do
Ministerstwa Turystyki. Tam spotykam Janka i Anię. Bardzo sympatyczny urzędnik
wydaje mi bezpłatne permity na przejazd i na robienie zdjęć. Potrzebna
mu jest tylko kserokopia paszportu ( do zrobienia niedaleko za 20 DS/stronę
). Postanawiamy podjechać do Departamentu Antyków, mieszczącego się
przy Muzeum Narodowym, niedaleko rzeki.. Znalezienie go nie jest
łatwe Nikt nie wie o co nam chodzi, nawet strażnicy w muzeum, ale w końcu
załapują. Płacimy 10$ za zezwolenie na obejrzenie piramid w Meroe,
zezwolenie na obejrzenie starożytnego królewskiego miasta Meroe
dostajemy za darmo ( z uwagi na polskich archeologów ). Pytamy się o świątynię
Kawa, a pan tłumaczy nam, że dla ruin to lepiej, że są zasypane
piaskiem, bo się nie niszczą ...Znad Nilu idziemy na pocztę główną .
Jest już zamknięta, ale udaje się nam kupić u handlarzy przed
budynkiem pocztówki ( po 100 DS ) i znaczki ( 100 DS ). Kartki wyglądają
na wyprodukowane w latach 70-tych i przechowywane od tego
czasu Teraz kierujemy się znowu do Mogran Family Park. Wstęp
kosztuje 100, a napoje aż 150 DS ( straszne zdzierstwo ! ). Robię zdjęcia
złączenia dwóch Nilów, w parku prawie nikogo nie ma, jedynie jakaś para
siedzi na ławce. To właśnie jest ciekawe w Sudanie - widać tu liczne
pary młodych ludzi. Oczywiście nie ma mowy o całowaniu się, czy nawet
trzymaniu za ręce, ale jak na kraj muzułmański jest to naprawdę
ciekawe. Na ulicach jest także mnóstwo kobiet, wiele pracuje ( jako
herbaciarki, sprzedawczynie, ale także np. w banku ), większość nosi
tylko chustki, nie ma czadora. Czasami można spostrzec smukłą, czarną
piękność nie noszącą żadnego nakrycia głowy - to zapewne chrześcijanka
z południa. Jakże to odmienne na przykład od Pakistanu. Wydaje się, że
przynajmniej pod tym względem kraj ten może stanowić przykład równowagi
pomiędzy rozpasaniem panującym w naszej kulturze, a niesprawiedliwością
niektórych krajów Islam. Ten park rozrywki wydaje się być obrazem całego
kraju - dobre czasy już były. Urządzenia powoli się psują. Wielkie koło
( z którego można było podziwiać wspaniałe widoki rzeki ) jest
nieczynne, potem się dowiem, że niedawno był tu wypadek, w którym zginęli
ludzie ( skakali z koła, gdy to zaczęło się niebezpiecznie chwiać w
czasie silnego wiatru ). Działa za to kolejka ( roller coaster ), ale
jest w tak opłakanym stanie, że nie decyduje się na przejażdżkę. Śmieszą
figury z komnaty strachu, są tak naiwne ... Opuszczamy to dziwne miejsce
i wracamy w stronę hotelu. Kierowca minibusu próbuje nas lekko oszukać,
ale pasażerowie stają w naszej obronie i płacimy tylko przepisowe 30
DS. Próbujemy znaleźć knajpkę "Rakoba Restaurant". Pomaga
nam zupełnie bezinteresownie chłopak, spotkany wczoraj pod pocztą.
Jednak i tak poszukiwanie są bezowocne. Na pytanie o inne restauracje mówi,
że jest ich mnóstwo i prowadzi nas do kolejnego stoiska ulicznego. W końcu
musimy się zadowolić szawarmą ( 100 DS, napój 50 DS ). Kolejny napój
dostajemy gratis ... Po drodze kupuje jeszcze jogurt ( 0,5 kg, 170 DS ),
wracamy do hoteli. W nocy znowu silnie wieje.
15.10.2002 Wymieniamy pieniądze w Ivory Bank, pani nas
nawet poznaje. Potem idziemy na stację kolejową - chcemy zapytać się o
bilety na pociąg do Wadi Halfa i o bilety na prom. Odsyłają nas
od jednego biura do drugiego, choć są bardzo mili, przerywają nawet śniadanie
( rzecz święta w Sudanie ), aby nam pomóc. W końcu zostajemy
poinformowani, że pociągi odjeżdżają tylko ze stacji "Northern
Khartoum" i tam można kupić, ale jedynie od soboty, przed
poniedziałkowym odjazdem pociągu. Za to udaje się nam kupić bilety na
prom na 30.10.2002. Na początku pan twierdził, że tak wcześnie nie można
kupić biletów, ale potem okazało się, że można je "zarezerwować"
( płacąc za nie 10850 DS ). Zresztą pan był w ogóle niemiły, nie
chciał nas wpuścić do środka biura. Wracamy do hotelu, po drodze
korzystamy z internetu ( 300 DS/godzinę ) i jeszcze raz wymieniamy pieniądze
( ponad 40$ wydanych na prom poważnie osłabiło nasze finanse ), wstępujemy
także na pocztę, skąd wysyłamy pocztówki. Po krótkim
odpoczynku idziemy na "Suk-al-Arabi", czyli
centralny dworzec, skąd odjeżdżają minibusy do wszystkich części
miasta i stamtąd jedziemy do Omdurmanu ( 30 DS ). Oglądamy grobowiec
Mahdiego ( tylko z zewnątrz, w środku niedostępny dla niewiernych ).
Ma on ciekawą historię - zbudowany po śmierci Mahdiego, zburzony przez
Kitschenera po zdobyciu Chartumu ( ciało wyrzucono do rzeki ), odbudowany
w latach 40 tych XX wieku. Potem oglądamy dom kalifa Abdullaha (
muzeum, wstęp 100 DS ), budynek niebyt imponujący, ale z ciekawymi
zbiorami, dotyczącymi czasów powstania Mahdiego. Wstępujemy jeszcze do
położonego w pobliżu pięknego domu z arkadami i oglądamy meczet z
czerwonej cegły. Potem idziemy na suk, który wbrew temu, co piszą w
przewodniku nie jest jakiś zbyt imponujący, typowy dla tej części świata,
z niewielką ilością drogich ( głównie sprowadzonych z Kenii ) pamiątek.
Udaje mi się zrobić całkiem fajne zdjęcia u ulicznego fryzjera, ale
przychodzi jakiś policjant i każe nam iść. Wracamy do centrum, potem
jedziemy na tradycyjną kolację w Alskira ( tym razem zupka i sok z mango -
300 DS ). Po powrocie do centrum chce jeszcze zrobić zdjęcia głównego
meczetu ( z dachu pobliskiego "centrum handlowego" ), ale się
nie za bardzo da. Jeszcze szawarma ( 100 DS ) i idę spać.
16.10.2002 Wyruszamy zobaczyć piramidy z Meroe. Najpierw
jedziemy za 700 DS taksówką na dworzec w północnym Chartumie ( Northern
Khartoum, czyli Bahri ). Tam, aby zakupić bilet do Attbary
musimy pokazać nasze "travel permity". Niestety musimy zapłacić
jak za bilet do Attbary ( 1100 DS ), choć wysiadamy wcześniej. Odjeżdżamy
około 7:00, droga jest dobra, krajobrazy dość monotonne ( pustynia ...
), mało kto rozumie, że chcemy wysiąść przy piramidach. Ale na szczęście
sami je zauważamy i wysiadamy. Dość opryskliwy strażnik sprawdza nasze
zezwolenia. Przed bramą koczuje dość natarczywa grupka sprzedawców pamiątek. Piramidy
są w różnym stadium zniszczenia, jednak wyglądają niesamowicie -
takie samotne, zagubione w piasku. Moi towarzysze podróży są chyba trochę
rozczarowani, ja jednak jestem naprawdę oczarowany tym miejscem. Trochę
przypomina kadry z "Gwiezdnych Wrót". Całkowity brak innych
turystów, tylko wydmy i wiatr unoszący tumany piasku. Są trzy grupy budowli, z
tego jedna po drugiej stronie drogi. Jest niesamowicie gorąco, nigdzie
nie ma skrawka cienia. Pomiędzy dwoma grupami piramid , pod kawałkiem
tkaniny siedzi dwóch dziadków, właścicieli
osiołka i wozu. Proponują
nam herbatę i podwiezienie do ruin królewskiego miasta. Jednak jesteśmy
bardzo zmęczeni, a na dodatek obawiamy się, czy uda nam się złapać
transport z powrotem do Chartumu. Idziemy na drogę, łapać okazję. Przylepiają się do nas
dwie dziewczynki, chcą sprzedać pamiątki, za jakiś dość prymitywny
talizman żądają aż 500 DS. Nie możemy nic złapać - minibusy są pełne,
samochody się nie zatrzymują. Po godzinie przychodzi jakiś miejscowy,
zaczyna nam pomagać i o dziwo jest bardzo skuteczny - wkrótce jedziemy
do Chendi ( Szendi ) za 400 DS. Tam ( z pomocą bardzo miłych mieszkańców
) przesiadamy się do następnego pojazdu, którym dojeżdżamy do Bahri (
650 DS ). Jeszcze tylko minibusik za 30 DS i jestem w hotelu. Tym
razem na kolacje jem tuńczyka z puszki, pomidory, bułkę i serek (
egipski zresztą ).
Następny dzień zaczynamy od ponownej wizyty w Ministerstwie Turystyki.
Chcemy się dowiedzieć jak najwięcej o Wad Medani. Dostajemy adres
taniego hoteliku, informację o atrakcjach turystycznych ( zapora i
elektrownia wodna :-) ), a nawet folder o Sudanie z początku lat 80-tych.
Korzystamy z internetu ( tym razem bardzo wolny, też za 300 DS/godzinę
). Po małej sjeście idziemy do "Blue Nile Sailing Club" (
wstęp 100 DS ). Można oglądać tam wyciągnięty na brzeg okręt wojenny
Kitschenera ( pogromcy mahdystów ). Po drodze zachodzimy do katolickiej
katedry św. Mateusza. Gdy pytamy, czy możemy zrobić zdjęcia chcą od
nas kserokopie paszportów i list polecający z ambasady ! Dopiero chwila rozmowy,
informacja skąd jesteśmy, że jesteśmy katolikami, powoduje, że
nie tylko dostajemy pozwolenie na zdjęcie, ale także zaproszenia na ślub
o 17:00 ( mszę podobno będzie celebrował sam arcybiskup ). Tymczasem
idziemy do klubu. Łódź to obecnie siedziba władz klubu, na pokładzie
można podziwiać działo oraz tabliczki z nazwiskami zwycięzców regat
na Nilu, począwszy od 1928 aż do ostatniego sezonu 1967/68. Siedzimy w
fotelach i podziwiamy pracowników klubu pogrążonych w błogim
śnie, spotykamy jakiegoś przewodnika czekającego na grupkę Anglików.
Decydujemy się skorzystać z zaproszenia na ślub. Ja jestem trochę
niechętny, ale w końcu zostaję przekonany. Zatem około 17:00 udajemy
się do katedry. Zostajemy wygodnie usadowieni na krzesełkach i czekamy
na rozpoczęcie uroczystości, które następuje po około pół godziny.
Gdy do kościoła wchodzi para młoda ( w strojach europejskich,
poprzedzona zespołem tanecznym młodych dziewcząt w spódniczkach
z trawy ) rozlegają się gwizdy i krzyki, zaś wszyscy goście są
posypywani konfetti i śniegiem w sprayu ( takim od sztucznych choinek ).
Wszyscy pokazują kółka ( ręką - złączony kciuk i palec wskazujący ),
chyba jako znak szczęścia. Mszę odprawia rzeczywiście arcybiskup, po
arabsku. Na początku siedzimy w bocznej nawie, potem wchodzimy na galerię,
skąd mamy dobry widok. Oprócz nas jest jakiś jeden biały, wglądający
na honorowego gościa. Nabożeństwo jest oczywiście podobne do znanej
nam mszy, ale bardzo żywiołowe z licznymi śpiewami, muzyką, chwytaniem
się za ręce... Znak pokoju wszyscy przekazują sobie przez
podawanie rąk i całowanie, nawet biskup ściska się z wszystkimi wokoło.
Msza trwa bardzo długo, jest duszno. Po nabożeństwie zaczynają się
przygotowania do wesela, które odbędzie się na placu przed katedrą (
widzimy zespól muzyczny i tort weselny ). Jesteśmy także zaproszeni, ale
niestety robi się dość późno musimy wracać do hotelu. Po drodze
trochę błądzimy, spotykamy młodzież czekającą chyba na otwarcie
dyskoteki. Idziemy kupić pomidory, cebulę i paprykę i widzimy dziwną
scenkę. Gdy przejeżdża policja handlarze uciekają z towarem, albo go
nawet porzucają. Nie ma jednak żadnej akcji policji, może dlatego że
my jesteśmy ? Kupujemy jeszcze tuńczyka i pieczywo i mamy w ten sposób
smaczną kolację.
18.10.2002 Wstaje rano i idę zrobić trochę zdjęć centrum
miasta. Zaczyna się dość niemiło. Jakiś sprzedawca mówi mi, że nie
można robić zdjęć meczetu. Wolę nie ryzykować i robię zdjęcia z
dachu "centrum handlowego" naprzeciwko meczetu. Wracam do hotelu
i razem z Jankiem jedziemy do na stacje kolejową "North Khartoum".
Niestety wydajemy tylko niepotrzebnie 700 DS - w piątki dworzec ( swoją
drogą całkiem ładny ) jest zamknięty. Jednak strażnicy są na tyle
mili, że pokazują nam cennik - jest tylko po arabsku, ale wydaję się,
że wagony sypialne są bardzo drogie. Łapiemy minibus wpierw do centrum,
a potem na "Suk-al-Shabi" ( dworzec autobusowy ) - sprawdzić
odjazdy do Wad Medani. Bilety na taki krótki przejazd można
jednak kupić dopiero przed odjazdem ( 12000 DS, 2,5 h, pierwszy autobus o
7:30 ). Wracamy do hotelu. Zbliża się piątkowe popołudnie i życie
miasta zaczyna zamierać. Ledwo udaje mi się kupić tuńczyka na obiad...
Po południu idziemy do ogrodu botanicznego. Po drodze mijamy ponury gmach
ambasady amerykańskiej. Ogród okazuje się zamknięty. Przez płot widać,
że jest zarośnięty i w opłakanym stanie. Idziemy dalej - do Muzeum
Narodowego ( bilet 100 DS ). Wraz z nami zwiedzają budynek jeszcze jacyś
biali ( jedni z nielicznych widzianych w Chartumie ). Wystawa jest dość
skromna - na parterze efekty wykopalisk na terenie Nubii, na piętrze
freski z Faras ( które wszak mam także w Warszawie, bo przecież katedrę
w Faras odkopali polscy archeolodzy profesora Michałowskiego ). Po wyjściu
z muzeum bierzemy taksówkę i za 600 DS jedziemy zobaczyć tańce
derwiszy. Odbywają się one przy ich meczecie, niedaleko
cmentarza. Jadąc
na miejsce nasz taksówka przejeżdża przez cmentarz. Wygląda zresztą,
że nikt się zbytnio grobami nie przejmuje - chodzą i jeżdżą po nich
ludzie, wylegują się
psy. Im bliżej momentu rozpoczęcia tańców, tym
zbiera się większy tłum oczekujących, w tym grupka białych. Robię
sporo zdjęć, jakiś człowiek ( ciekawe, czy z security ) ma do mnie
pretensję, że fotografuję żebraków ( co zresztą nie jest prawdą ).
Jeden z czekujących przedstawia mi się jako naukowiec z uniwersytetu w
Chartumie i opowiada o pochodzeniu i zwyczajach derwiszy oraz o symbolice
ich tańca ( podobno zbliżają do Boga ). Wreszcie rozpoczyna się
taniec. Na początku tylko kilku derwiszy tańczy, wygląda to trochę
jak podrygi wariatów - skaczą, tarzają się w
piasku. Potem przychodzi
duża grupa ze sztandarami, tworzy się krąg i derwisze zaczynają tańczyć
- podrygują, chodzą w kółku, kręcą się, wirują, palą kadzidła.
Zebrani wokół kręgu ludzie klaszczą w rytm muzyki. Tańczący
zapadają w coraz większy trans, odrywają się od rzeczywistości.
Na koniec cała grupa zaczyna w rytm bębnów biegać po okręgu, by
wreszcie z całym impetem pobiec do świątyni. W tym momencie znajduję
się na ich trasie. Muszę przyznać, że widząc pogrążone w transie
twarze jestem przerażony. Na szczęście ludzie wyciągają mnie spośród
biegnących derwiszy. Po tańcach wszyscy pogrążają się we wspólnej
wieczornej modlitwie. My wracamy minibusem do hotelu ( 30 DS ). Przed snem
płacę za pokój. Następuje różnica zdań , co do kwoty, na szczęście
rozstrzygnięta na moją korzyść.
19.10.2002 Wstajmy wcześnie rano, jedziemy taksówką ( 700 DS )
na "Suk-al-Shabi", gdzie kupujemy bilety ( w innym biurze niż
to w którym byliśmy poprzedniego dnia, bo tamtego nie możemy znaleźć
). Czekamy na odjazd w jednej z licznych knajpek. Ruszamy o 8:00. Jest
elegancko, z klimatyzacją i radiem ( BBC ), rozdają cukierki i napoje. Wokół
nas zielone pola - krajobrazy odmienne od tych z północy. Droga
jest całkiem dobra, asfaltowa, więc jedzie nam się miło, aż raptem z
radia zaczyna iść dym. Na szczęście awarię udaje się szybko naprawić
i około 11 jesteśmy w Wad Medani. |
|

|
Po przyjeździe do Wad Medani od razu
idziemy kupić bilety do Kassali na następny dzień. Człowiek z
biura firmy SafSaf jest nam bardzo pomocny. Nie tylko sprzedaje nam
bilety ( 3950 DS - bo to eleganckie autobusy, najtańsze posobno kosztują
2000 DS ), ale także pomaga zarejestrować się w "security" (
mała budka na dworcu ) i znajduje nam taksówkę do miasta ( 300 DS ),
gdyż dworzec znajduje się dość daleko. Zaczyna się poszukiwanie
noclegu. W dwóch hotelach nie ma wolnych miejsc ( także w tym poleconym
nam w Chartumie, w ministerstwie ). Są miejsca w International Wad Medani
Hotel, ale cena jest b. wysoka ( pokoje za 3500 i 4000 DS ). W końcu
docieramy do Norhan Hotel. Nie jest zbyt imponujący, ale pokój
kosztuje 1500 DS. Nasz taksówkarz chce znacznie więcej za przejazd. My
uważamy, że 300 DS za dodatkowy kawałek ( na chwilę zatrzymaliśmy się
jeszcze przy banku ), zupełnie wystarczy. Po ostrej kłótni stanęło
na naszym. Po rozpakowaniu się wychodzimy na miasto. Jemy bułkę z mięsem
( 100 DS ). Po drodze spotykamy u fryzjera trzech przemiłych dziadków i
gawędzimy sobie z nimi. Wzbudzamy dość duże zainteresowanie. Kierujemy
się nad Nil. Są tam restauracje,
zwykle bardzo zaniedbane. Potem przez pola, niedaleko jednostki wojskowej
dochodzimy nad samą
rzekę. Jest naprawdę przyjemnie. Wracamy i siedzimy sobie chwilkę
w jednej z restauracji ( zimne napoje po 300 DS ). Jest tam huśtawka i miejscowe
pary... Widzimy nawet dwójkę białych ... Przechadzamy się
zaniedbaną promenadą nadrzeczną. Wokoło stoją liczne zaniedbane
wille, zapuszczone hotele, piękne kolonialne budynki ( obecnie sądy ).
Na ulicy leżą zdechłe, rozkładające się ptaki. Zachodzimy do
trochę zaniedbanego kościoła protestanckiego ( jak głosi napis -
ufundowanego w 1930 roku, przez gubernatora prowincji "Błękitny
Nil" ). Przy kościele widzimy szkółkę, gdzie dzieci uczy się
jakiegoś dziwnego języka ( litery łacińskie, ale słowa nieznane ).
Wracając do hotelu widzimy dzieciaki grające w piłkę nożną - zarówno
na boisku, jak i na bocznych uliczkach. Po drodze robimy zakupy. W hotelu
myjemy się, choć ogromne karaluchy raczej nie zachęcają do korzystania
z łazienki ... ) Nawiązujemy rozmowę z chłopakiem z obsługi hotelu.
Okazuje się, że jest on protestantem, uciekinierem z ogarniętego wojna
domową południa ( od 1992 roku ). Nadal pozostaje przy swojej wierze,
choć muzułmanie są tutaj wyraźnie faworyzowani i wielu innych
uciekinierów porzuciło swoja wiarę.
20.10.2002 Wstajemy wcześnie i jedziemy taksówką na dworzec (
400 DS ). Tam w biurze czekamy na autobus. Widzimy człowieka o jasnej (
jak na Sudan ) karnacji skóry. Okazuje się, że to Turek, właściciel
autobusu. Przyjechał on tutaj , wraz ze swoim pojazdem, przez Arabię
Saudyjską. Ponieważ w Turcji jest ogromna konkurencja i małe zyski,
pracuje w Sudanie. Jest już 10 miesięcy, zamierz zostać jeszcze dwa.
Potem wraca do kraju i otwiera połączenie Istambuł - Moskwa, przez
Kaukaz. Niesamowity człowiek. My wreszcie jedziemy minibusem ( 300 DS ),
do miejsca gdzie zatrzymać się autobus. Okazuje się jednak, że policja
zakazała tam postoju i jedziemy pickupem w inne miejsce. Tam czekamy i
czekamy, aż wreszcie okazuje się, że autobus miała awarię silnika,
trzeba było podstawiać inny i jest duże opóźnienie. Wreszcie jest
nasz pojazd ! Około 11:00 wreszcie ruszamy. Podają colę, soczek,
biszkopty, Jedna kontrola paszportowa zaraz za miastem. Potem spokojna
jazda, oglądamy filmy ( jeden arabski, drugi amerykańskie łubu-dubu ).
Mijane krajobrazy to pola uprawne, zieleń, drobne chatki z drewna. Przed Kassalą
zatrzymuje nas policja. Musimy wysiąść, pokazać paszporty, zabierają
nam nasze permity. |
|

|
Kassalę otaczają bardzo widowiskowe
góry. Po skrupulatnym spisaniu naszych danych,
jedziemy taksówką ( wraz z kimś z "security" ) do hotelu. W Safi nie ma
miejsc, są za to w Toteel Hotel - 1500 DS za trójkę. Nie chcą
nam oddać naszych zezwoleń - mamy je odebrać za dwa dni, przy wyjeździe
z miasta.
Po rozpakowaniu się
wychodzimy na miasto. Sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego. Długo
chodzimy i pytamy się o jakąś przyzwoita restaurację. Wreszcie udaje
się nam odnaleźć - ( "mataam al tabak surij", lub podobnie ).
Za 1000 DS mamy smaczną połówkę grilowanego kurczaka, za 400 DS dużą
colę. Siadamy na zewnątrz, bo w środku jest straszny upał - prąd włączają
dopiero wieczorem i nie działają wentylatory. Potem jeszcze drobne
zakupy na bazarze ( woda 150 Ds, zimne napoje - 75 DS ) i wracamy do
hotelu. Akurat robię przepierkę, gdy Janek przychodzi z informacją.
Recepcjonista przekazał mu, że "security" chce, abyśmy rano wyjechali z
miasta. Na razie Janek powiedział, że nie mamy permitów ( przecież
zabrali nam po przyjeździe ) i bez nich nie możemy wyjechać. Ale robi
się niezbyt przyjemnie. Idziemy spać, ale około 22:00 wołają nas do
recepcji. Okazuje się, że czeka tam już na nas dwóch smutnych panów w
dżinsach i czarnych okularach, jednym słowem "security".
Zarzucają nam, że nie mamy "permitów", a potem zdają pytanie
"Where is number three ?" ( "Gdzie jest numer trzy
?" ). Chodzi im o Anię, która spała i nie zeszła z nami dół.
Zaczynamy im spokojnie, ale bardzo stanowczo, tłumaczyć, że to jeden z
ich kolegów ma nasze dokumenty. Dopiero po rozmowie z recepcjonistą, który
nas rejestrował ( wezwanym specjalnie ) i jakiś telefonach dają
nam spokój - rano mam dostać z powrotem nasze permity.
21.10.2002. Rzeczywiście około 6:00 rano ktoś dobija się do
naszych drzwi. To ten sam człowiek, który przywiózł nas do hotelu. Ma
nasze zezwolenia i zamówił dla nas taksówkę, aby zawieść nas na
dworzec autobusowy. Ale postanawiamy go zignorować - przecież wcześniej
umówił się z nami na na następny dzień. Jednak około 8:00 w recepcji
zjawia się wyższy rangą wojskowy, z ogromnymi pagonami. Dobrze mówi po
angielsku. Tłumaczy nam, że tutaj jest strefa operacyjna i ze względu
na własne bezpieczeństwo musimy wyjechać. Podobno w każdym momencie może
się zacząć wojna z Erytreą. Pada ciekawa sentencja "Sometimes
it is better to stay in your home country." ( "Czasami
lepiej jest zostać w kraju ojczystym." )
Później ( po powrocie do kraju ) dowiem się, że niedługo przed naszym
przyjazdem w okolicy toczyły się walki z rebeliantami z południa, a
przejście graniczne z Erytreą zostało zamknięte, gdyż Sudan oskarżył
ją o wspieranie powstańców. Pakujemy się, bierzemy taksówkę ( 700 DS
) i wraz z dwoma panami jedziemy na dworzec. Autobus do Port
Sudan już odjechał, jedziemy więc do Gedarefu
za 800 DS minibusem, raczej niezbyt wygodnym. Po drodze wiele kontroli
paszportowych, a wśród zadawanych nam pytań najciekawsze chyba brzmiało
"Why not ?" ( chodziło o powód podróży ). Gdy
dotrzemy do celu, zajmą się nami bardzo mili panowie z miejscowego
"security". Pomogą kupić bilety do Port Sudan na następny
dzień za 2100 DS ( pojazdem typu "Nissan" ), załatwią taksówkę
do miasta za 700 DS oraz polecą porządny hotel. Do niego też
pojedziemy. Nie jest tam tanio ( 2300 DS za dwójkę, jedynek nie ma ),
ale nie chce się nam dalej szukać. Jednak pokoje są ładne, z łazienką.
Miasto wygląda lepiej
niż Kassala. Idziemy na targ warzywny - naprawdę elegancki, mieści
się w zadaszonej hali. Woda kosztuje 125-150 DS, zimne napoje 50
DS. Po powrocie do hotelu i krótkim odpoczynku, idziemy przez most do
innej części miasta. Tam stoją drewniane
lepianki, a zdechłe szczury leżą na ulicy. Wracamy do hotelu i
idziemy spać.
Następnego dnia wstajemy wcześnie - autobus jest o 6:30. Mamy kłopoty
ze znalezieniem taksówki, ale udaje nam się pojechać pickupem za 400
DS. Oczekując na odjazd autobusu popijamy herbatkę carcade i
zaczynamy rozmowę z młodym człowiekiem, który okazuje się uchodźcą
z Etiopii ( uciekł przed wojskiem ). Potwierdza, że granica z
Erytreą jest zamknięta, choć podobno nie dla turystów ( nie chce mi się
w to wierzyć ). Wyruszamy dopiero około 7:00, gdyż było bardzo
dużo bagaży do załadowania na dach ( w tym rozwalający się regał ).
Sami ładujemy nasze bagaże, bo tragarze pamiętają, że wczoraj nie
chcieliśmy dodatkowo płacić za zdjęcie bagaży z dachu. Po
rozpoczęciu podróży człowiek
zajmujący się kontaktami z wojskiem i policją po drodze, zabiera nam paszporty, aby
pokazywać je na licznych punktach kontroli. Droga jest całkiem dobra,
ale chyba nie dla wszystkich - widzimy w czasie podróży jeden przewrócony
i jeden rozbity autobus. Panuje duży ścisk,
pasażerowie siedzą także na dodatkowych krzesełkach. Tuż przy mnie siedzi
przeraźliwie wychudzony dziadek. Jednak wszyscy są bardzo mili, częstują
nas mandarynkami, pomagają. Gdy mijamy Kassalę kończą się
pola uprawne, zaczyna się pustynia i wielbłądy. Mamy po drodze dwa
przystanki na odpoczynek. Tuż przed wjazdem do Port Sudan sprawdzają
nasze permity - dopiero drugi raz się na coś przydały. Po ponad 12
godzinach docieramy do celu. |
|
|
W Port Sudan wita nas bardzo niemiły
pan z "security" - sprawdza nasze bagaże i oznajmia władczo
" I am the security !" ( "Ja jestem bezpieką !" ).
Gdy już wyładuje swoje frustracje na podróżnych, pomaga nam jednak
znaleźć trochę tańszą taksówkę, ale i tak za podróż do miasta płacimy
800 DS ( początkowo była mowa nawet o 1200 DS ! ). Zatrzymujemy się w hotelu El
Basery Plaza Hotel, płacąc za trójkę 4000 DS/dzień. Ponieważ
jestesmy bardzo głodni idziemy do knajpki przy porcie, gdzie oglądając
zacumowane statki, jemy kurczaka za 700 DS ( woda 200 DS ). Wracając
robimy szybkie zakupy ( woda w sklepie 200 DS ).
23.10.2002. Dzień rozpoczynamy od sprawdzenia cen autobusów do Chartumu. W większości biur przejazd kosztuje 7900
DS, tylko w jednym
6600 Ds, ale nie mamy pewność, czy dobrze zrozumieliśmy, gdyż pani z
biura mówiła po angielsku bardzo słabo. Następnie kierujemy się do Saudi
- Sudanese Bank, gdzie wymieniamy pieniądze po kursie 1$ = 265 DS.
Odwiedzamy ładny, dobrzy zaopatrzony targ, a także próbujemy znaleźć
tańszy hotel ( 3150 DS za znacznie gorszą trójkę nie wydaje się
nam konkurencyjną ofertą ). Po krótkiej sjeście postanawiam pochodzić
trochę po mieście. Idę w stronę nadbrzeża, mijam dziwny pomnik w
kształcie statku i klub policyjny, aby dojść do budynku
gubernatorstwa ( w stylu kolonialnym, trochę zaniedbany ) i ratusza
z wieżą zegarową. Zachodzę do mieszczącego się tuż przy ratuszu
parku miejskiego, będącego także ogrodem zoologicznym ( wstęp 50 DS
). W straszliwych warunkach żyje tam kilka hien paskowanych, małp,
pawianów, jedna gazela, żółwie i kaczki. Zwierzęta męczą się w
upale, klatki są w takim stanie, ze mała małpka może swobodnie
wychodzić z nich. Po zrobieniu paru zdjęć wracam do hotelu. Potem
wychodzimy razem. Kupujemy bilety autobusowe na piątek ( w SafSaf, bo w
jedynym tańszym biurze baliśmy się jakiegoś nieporozumienia ). Pokazuję
Ani i Jankowi zoo. Tym razem mamy okazję zobaczyć siedzącą tuż przy
hienach parę, której wcale nie przeszkadza odór unoszący się od tych
zwierząt. Robimy jeszcze zakupy ( teraz nie mogę znaleźć wody tańszej
niż 150 DS, kupuję 2 litrową colę za 300 DS ). Ciekawe są tutaj ceny
zimnych napojów - zarówno Pepsi w plastikowej butelce 0,5 l, jak i Pepsi
w butelce 0,33 l mają tą samą cenę 100 DS. W jednym z hoteli mieszka
drużyna sportowa z innego kraju i powiewa na nim czerwona flaga z
żółtą gwiazdą ( Wietnam ? ). Tym razem kolację postanawiamy zjeść
w innej restauracji, także położonej nad brzegiem morza. Gdy pytamy
kelnera o cenę pieczonego kurczaka, ten mówi, że dokładnie nie wie -
może 800, może 900, a może 1000 DS. Musi się spytać ... W końcu
za połówkę kurczaka płacimy 900 DS, 200 DS za frytki i 150 DS za
Pepsi. Wokół nas tłoczy się cała masa kotów. Podczas całej
konsumpcji nie tylko patrzą się na nas, ale podchodzą coraz bliżej.
Aby je czymś zająć rzucamy im kawałki jedzenia. Gdy tylko wstajemy od
stołu rzucają się na resztki. Jeden pije wodę ze szklanki, inny
przewraca naczynia. Wracamy do hotelu, gdzie odbieram moje pranie ( 50 DS
za sztukę ). W pokoju mamy telewizor, podłączony do satelity - możemy
oglądać telewizje różnych krajów arabskich, a nawet CNN ( akurat trwa
atak na teatr w Moskwie ). Telewizja sudańska jest dziwna ( prezenterzy w
turbanach ). Saudyjska cały czas pokazuje co robił król lub jego brat,
za to wcale nie pokazuje kobiet
24.10.2003 Wstajemy dość późno. Usiłuję oddać jeszcze jedną
koszulkę do prania. Jednak albo w recepcji nie zrozumieli, czego chcę,
albo było już za późno - w każdym razie wręczyli mi wiadro ...Około
11 wychodzimy - chcemy jechać do Suakin. Jednak minibusy jeżdżą
tylko wcześnie rano, o tej godzinie musimy wziąć taksówkę ( 2500 DS,
gdy zbierze się 5 osób, każda płaci po 500 DS ). Podróż na miejsce
trwa około 50 minut. Jedziemy wzdłuż brzegu morza, widzimy między
innymi zatopiony do połowy statek. Przejeżdżamy obok słynnej bramy wejściowej
i wysiadamy koło wejścia na wyspę. Za wstęp musimy zapłacić 1000 DS
( jest jeszcze opłata za kamerę ). W środku jest całe zrujnowane
miasto, zbudowane kiedyś z rafy koralowej. Żyło ono głownie z
handlu niewolnikami i stopniowo upadło, gdy Anglicy zabronili tego
intratnego interesu, a potem zbudowali konkurencyjny Port Sudan. Po
długim targowaniu kupuję garść muszelek z Morza Czerwonego za 250 Ds.
Oglądamy ruiny "dworu" (
fortu ), banku
egipskiego, domów kupców
i inne. Jesteśmy tam sami. Spotykamy tylko kilkoro miejscowych, którzy
urządzają sobie piknik. Wśród nich jest kobieta w czadorze ( zasłonie
na twarz ). Gdy chcemy zrobić jej zdjęcie - odmawia. Opuszczamy ruiny po
około 3 godzinach. Tuż za groblą łączącą wyspę z miastem jest fajna
restauracja serwująca świeże ryby. Płacimy 400 DS za rybę i 250 DS 1
litr stima. Tutaj też jest sporo kotów, ale są mniej
natarczywe niż te wczorajsze. Idziemy w stronę bramy wejściowej do Suakinu.
Po drodze mijamy sklep z pamiątkami. Ręcznie robione miecze są piękne,
ale ( zwłaszcza te srebrne ) drogie. Niedaleko bramy znajduje się postój
taksówek, skąd wracamy bez kłopotu i żadnej kontroli do Port
Sudan. Po powrocie idziemy na Internet ( miejsce opisane w
przewodniku LP ) Nie jest za szybki, ale jakoś tam udaje się skorzystać
.... Potem postanawiamy zrobić zakupy na bazarze. W ich trakcie w całym
mieście gaśnie światło. Kończymy przy blasku ognisk. 1 kg bananów
kosztuje 150 DS. Wracamy do hotelu i płacimy, bo jutro
wyjeżdżamy bardzo wcześnie.
25.10.2002 Bez problemu znajdujemy taksówkę, która za 800 DS
zawozi nas na "suk-al-shabi". Czekamy na wyjazd autobusu popijając
herbatkę carcade, ( pani herbaciarka robi ją z syropu
z buteleczki ). Pakujemy bagaże
do wygodnego, klimatyzowanego autobusu ( plecaki są oznaczane, a numer zapisany
na moim bilecie ! ). Zaraz po wyruszeniu dostajemy herbatę. Choć z głośników
rozlegają się głośne modlitwy ( piątek ) - zasypiam. Po pewnym czasie
dostajemy posiłek - smażonego kurczaka, falafele, ciastka , a nawet
chusteczkę. Do picia jest coca-cola. Oglądamy filmy - kiepską egipską
komedię, niezłą komedię libańską i amerykańskie łubu-dubu ( ten
sam film, co przy podróży do Kassali ). Zatrzymujemy się
parę razy, aby można było zaspokoić swoje potrzeby fizjologiczne. Mężczyźni
siadają po prostu w kucki na pustyni, w pierwszym lepszym miejscu, nie
zwracając zupełnie uwagi, czy ktoś patrzy. Jedynie kobiety albo chowają
się za krzakami, albo idą do prymitywnej ubikacji. Zatrzymujemy się także
w pobliżu Kassali. Robię sobie jedyne zdjęcie
okolicznych gór i kupuję na pamiątkę nóż za 800 DS. Jedziemy
bardzo sprawnie - nigdzie nie sprawdzają naszych paszportów, a kierowca
wydaje się dobrze znać kontrolujących policjantów. Dopiero pod sam
koniec spisują coś z naszych paszportów, ale chyba tylko dla własnych
potrzeb. Około 19:30 dojeżdżamy do Chartumu i kończymy podróż na
"suk-al-shabi" obok biura SafSaf. |
|
|
Znowu jesteśmy w Chartumie. Jedziemy
taksówką do centrum ( 700 DS po ostrym targowaniu ). Idziemy do tych
samych hoteli, gdzie byliśmy poprzednio Na szczęście znajdujemy
tam miejsca bez problemu. Ja nawet na jedna noc dostaję dwójkę w cenie
jedynki. Potem udajemy się do restauracji nad Nilem. Chcemy zjeść sałatkę
majonezową, ale jest tylko zupa.
26.10.2002. Rano wymieniamy pieniądze, a potem jedziemy minibusem
do stacji kolejowej "Norther Khartoum", aby kupić bilety
na pociąg do Wadi Halfa. Niestety trafiamy na świętą w Sudanie
porę śniadania i musimy czekać, aż urzędnicy wrócą z posiłku.
Okazuje się, że rzeczywiście bilet sypialny jest bardzo drogi -
kosztuje dla jednej osoby blisko 17 000 DS ( ponad 60$). My kupujemy
pierwszą klasę za 5550 DS od osoby. Podobno są to w miarę wygodne przedziały 6
osobowe. Pociąg wyrusza w poniedziałek około 8:00 . Wracając wstępujemy na chwilę do
sklepiku napić się czegoś zimnego. Akurat przyjeżdża nowa dostawa.
Zaczynamy rozmawiać i dowiadujemy się paru ciekawostek o napojach orzeźwiających
w Sudanie. Jako, że alkohol jest zabroniony, to sprzedawane jest tylko
piwo bezalkoholowe. Obecni są dwaj potentaci Pepsi-Cola ( od dawna, jej
reklamy są widoczne ) i Coca-cola ( dopiero teraz agresywnie wchodzi na
rynek ). Jednak najbardziej popularne są dwa miejscowe napoje "pasgianos"
( mdły, o smaku landrynkowym ) i "stim" ( dobry napój o smaku jabłkowym
). Gdy zaspokoiliśmy pragnienie wracamy minibusem do centrum.
Przejeżdżając koło uniwersytetu widzimy oddziały policji z
kijami i tarczami. Postanawiamy zjeść obiad w wymienionym w przewodniku
"Cookie Burger". Jednak w końcu konsumujemy w innej
knajpce ( 1/2 kurczaka lub sisz tałuk - 900 DS ). W okolicy jest
księgarnia ( z pocztówkami ) i sklepy z pamiątkami. Wybór prezentów jest raczej skromny, a ceny zwykle wysokie. Kupuję jeszcze jeden
nóż za 600 DS. Potem korzystamy z internetu ( szybki, 300 DS/h ).
Postanawiamy następnego dnia pojechać do wodospadów Nilu ( katarakty )
- Sabaluka. Gdy pytamy się o przejazd do tego miejsca w agencji
turystycznej, proponują nam wynajęcie samochodu za 200$ lub parowca
(!) za 400$.
Znowu widzimy policjantów z kijami i tarczami, tym razem jadących na ciężarówce.
Kolacje jemy znowu nad Nilem. Tym razem kupuję sobie także sok z wielu
owoców ( 300 DS ).
Następny dzień rozpoczynamy o 8:00. Chcemy wymienić pieniądze, a potem
jechać do wodospadów. Niestety wszystkie banki są czynne dopiero od
9:00 - musimy poczekać. Potem bierzemy taksówkę ( 700 DS ) na dworzec w
dzielnicy Bahri. Tam znajdujemy autobus do Shendi i płacimy
650 DS za bilet ( chociaż wysiadamy wcześniej ). Czekając na
odjazd kupujemy od ulicznego
sprzedawcy anglojęzyczną gazetę ( 150 DS ). Wysiadam na chwilę
z autobusu i biegnę kupić wodę. Gdy mnie nie ma, autobus zaczyna ruszać,
ledwo zdążam wrócić. Bardzo mili współpasażerowie pomagają nam wysiąść
koło "kafeterii", gdzie można wynająć pojazd do wodospadu. Długo
negocjujemy - od początkowych 5000 DS schodzimy do 3000 DS. Musimy dać
połowę zaliczki, aby było za co zatankować pickupa. Jedziemy przez
pustynię, mijamy wioskę z domami z gliny. Na miejscu spotykamy wycieczkę
dziewcząt ze szkoły z Chartumu ( mijał nas wcześniej ich autokar
). Nawiązuje się rozmowa, jest bardzo miło, robimy sobie wspólne zdjęcia.
Za to mniej mili są miejscowi, którzy naprzykrzają się nam z przejażdżką
łódką na wyspę ( cena spada z 5000 DS do 500 DS ), a nawet wyganiają
nas. Zupełnie, jakby to nie był Sudan. Na szczęście jeden z opiekunów
dziewcząt, były wojskowy, mówi, że jest z rządu i uspokaja ich. Zmęczeni
natręctwem postanawiamy nie korzystać z łódki. Za to rozmowa z panem,
który nam pomógł jest bardzo ciekawa. Dowiadujemy się wiele o
miejscowych zwyczajach i prawach ( np. o kamienowaniu winnych zdrady małżeńskiej
). Siadamy sobie w małej drewnianej wiacie niedaleko rzeki i podziwiamy
dziewczęta wspinające się na pobliską górę ( przypomina się nam
"Piknik pod wiszącą skałą" ). Wpisujemy się do księgi
pamiątkowej ( był tam wcześniej nawet ktoś z Polski ! ). Gdy musimy już
jechać, chcą od nas pieniędzy ( ciekawe, czy za siedzenie
czy za wpis ), ale nic im nie dajemy. Jedziemy znowu przez wioski.
Gdy za kierownicą siada pewien młodzieniec, zaczyna tak gnać po piasku,
że zaczyna się robić niebezpiecznie i musimy go mitygować. Dojeżdżamy
z powrotem do "kafeterii". Można tu nabyć napoje gazowane po
60 DS. Proponują nam zawiezienie do Chartumu za 5000 DS ( zaczęli od
10000 DS ) lub do El-Geidi za 4000 DS. Nie chcemy płacić tak dużo i próbujemy
łapać autobusy do Chartumu. Siedzimy sobie na krzesełkach i gdy tylko słyszymy,
że coś jedzie, podchodzimy do szosy. Obok nas zbiera się spora
grupka gapiów, a starszy mężczyzna przypatruje się nam, leżąc na łóżku. Gdy
robimy zdjęcia, żądają w zamian prezentów. Janek wyjmuje trochę flamastrów,
które miał dla dzieci. Myślimy, że nie wzbudzą zainteresowani. Jednak dorośli mężczyźni rzucają się na
nie, wręcz walczą. W końcu dogadujemy się z kierowca ciężarówki i
za 100 DS/osoby wracamy do stolicy na workach z fasolą. Razem z nami podróżuje
trzech miejscowych, z którymi sobie gawędzimy ( to popularny środek
transportu tutaj ) Robimy zdjęcia. Ja przez nieuwagę prawie robię fotkę
posterunku wojskowego Jestem przestraszony, gdy zatrzymują nas i
kontrolują dokumenty. Jednak są bardzo grzeczni, nawet przepraszają
za kłopot. Dojeżdżamy do miejsca postojowego dla ciężarówek na
rogatkach miasta, skąd wracamy do centrum minibusem za 80 DS od osoby.
Tam rozdzielamy się - Ania i Janek jada nad Nil coś zjeść, ja próbuje
kupić jeszcze jakieś ostatnie pamiątki Jednak większość sklepów
jest zamknięta, a wypatrzony przez mnie dzbanek - za drogi. Jem szawarmę
na kolacje i wracam do hotelu. Czekam tam Anię i Janka. Długo ich nie
ma, bo okazuje się, że wdali się w pogawędkę z kimś z uniwersytetu,
kto objaśniał im przyczyny buntu studentów ( brak demokracji na uczelni
) oraz narzekał na rząd. |
|
|
28.10.2002. Jedziemy taksówką za 700
DS na dworzec kolejowy. Kierowca się myli i wiezie nas na dworzec
autobusowy, ale w końcu trafiamy na miejsce. Ktoś pomaga nam odnaleźć
właściwy wagon i przedział. I klasa wygląda dość obskurnie.
Siedzenia się rozlatują, są całe zakurzone, okna ledwo się trzymają.
Nie ma gdzie za bardzo położyć bagaży. Jeden z pasażerów ( nazywany
przez nas z racji wyglądu "dziadem" ) ma mnóstwo pakunków i
zajął dużo miejsca. Inny podróżny ( ciągle doglądający swojej
fryzury, nazwany przez nas z racji wyglądu "Wasylem"
) bardzo pomaga temu starszemu człowiekowi,
choć wcześniej go nie znał. Jedzie z nami też Sudańczyk, który
mieszka na stałe w Anglii i był u rodziny. W końcu jakoś się
usadawiamy. Pociąg rusza około 9:35. Pierwszy postój, po godzinie w
El-Geidi. Potem jedziemy dość szybko, przejeżdżamy przez wioskę,
gdzie się urodził obecny prezydent. Wreszcie stajemy w szczerym polu i
tak stoimy przez parę godzin. Podobno jest za gorąco dla lokomotywy.
Wreszcie po jakimś czasie ruszamy i w nocy dojeżdżamy do Atbary.
Wcześniej w Shendi udaje się nam chwilę wyskoczyć z pociągu
i kupić wodę ( 200 DS ). W Atbara stoimy ponad godzinę - mamy czas,
aby kupić wodę ( 200 DS ) i serki ( 300 DS ). Ruszamy dość ostro i
jedziemy
szybko. Jednak około 1:30 stajemy i pociąg nie odjeżdża
aż do rana. Pasażerowie rozkładają się wszędzie - na gazetach
na podłodze, na zewnątrz na piasku. Nasz starszy pasażer wyjmuje koc i
na nim śpi. Wygląda to wszystko niesamowicie. Rano okazuje się, że
przyczyną naszego postoju było podmycie torów przez ulewne deszcze pomiędzy
Abu-Hamed i Wadi Halfa. Czekamy na lokomotywę, która przywozi wagon ze
spychaczem. Podłączają go do naszego składu - potem pojedzie, aby pomóc
naprawić tory. Jedziemy dość wolno wzdłuż Nilu, mijając liczne wioski. Nasz "dziad" strasznie kaszle, nawet
wymiotuje ( ciągle żuje tytoń ). Ktoś
prosi mnie o wodę. Udaję, że nie rozumiem , żeby nie dawać mojej
nikomu mojej butelki. Na stacjach ludzie biegają do rzeki, aby napełnić butelki i
zbiorniczki brunatną wodą, którą potem piją. Idziemy do wagonu restauracyjnego.
Można tam kupić i zjeść faul, gotowane warzywa ( 150 DS ), a także
zimne napoje - cola, pasgianos ( 100 DS za 0,25 l ). Jest to dobre miejsce
do robienia zdjęć mijanych krajobrazów. Zaczynamy się coraz bardziej
niepokoić, czy uda się dotrzeć do Wadi Halfa na czas i zdążyć na
prom. Po rozmowie z Sudańczykiem mieszkającym w Anglii, decydujemy
się przesiąść na autobus. Po dotarciu do Abu Hamed, Janek idzie
poszukać transportu, ja zostaję w pociągu. Z wielkim trudem (
walenie pięścią w stół ) udaje się mojemu koledze zapisać nas na
jedyny dziś "specjalny" autobus do Wadi Halfa. Na podróż
jest o wiele więcej chętnych, niż 45 miejsc w autobusie. Idziemy z bagażami
do biura. Za bilet musimy zapłacić 3 000 DS od osoby. Cała operacja płacenia
odbywa się w wielkim bałaganie. Kolejno odczytywane osoby z listy dają
pieniądze, które ląduje w pudełku. Podobno podróż ma trwać tylko
5-6 godzin. Idę na drobne zakupy. Kupuje stima ( 250 DS ) i wodę
mineralną ( dostępna jedynie w aptece za 200 DS ). Podjeżdża
autobus, tankuje
paliwo z beczki i wszyscy zaczynają się pakować do środka.
Pojazd jest zapełniony po brzegi. Rozpoczyna się szaleńcza jazda przez
pustynię. Co chwila podskakujemy na jakiś wyboju, ktoś uderza o półkę
i rozbija sobie nos. Gdy zakopujemy się w piasku, pomocnik kierowcy
podsuwa specjalne blachy pod koła i możemy kawałek podjechać. Człowiek
ten podróżuje na dachu, wygląda jak zjawa. Co pewien czas,
schodzi w czasie jazdy z dachu do środka, aby na przykład rozdać wodę
( nalewa ją rurką ze zbiornika ). Po 6 godzinach zatrzymujemy się przy
stacji nr 6. Sprawdzamy na mapie - jesteśmy w połowie drogi .....
Potem nasz kierowca musi odpocząć i trochę się wyspać. Dopiero około
7 rano docieramy na miejsce. Jeszcze jakaś kontrola bagaży na rogatkach
i już jesteśmy w Wadi Halfa. |
|
|
W Wadi Halfa jest znacznie chłodniej niż
w Abu Hamed, ochłodziło się już na pustyni. Odbieramy nasze
bagaże i idziemy do hotelu, poleconego przez kobiety, które pomogły nam
wcześniej kupić bilety autobusowe. Noc kosztuje 350 DS, warunki są
chyba nawet trochę lepsze, niż w hotelu w którym nocowaliśmy
poprzednim razem. Człowiek z hotelu za 500 DS załatwia za nas
wszystkie formalności potrzebne do wyjazdu - obowiązkowe kupony na
jedzenie na promie i opłatę portową. Łączne z jego prowizją
kosztuje nas to 3200 DS. Potem do naszego pokoju przychodzi cinkciarz u którego
wymieniamy pieniądze ( ma dobry kurs funtów egipskich - 1 $=4,60
EP ). Trochę odpoczywamy i myjemy się wodą z beczek ( zrobiło się
cieplej, bo wyszło słońce ). Wychodzimy na miasto, jemy rybę ( 250 DS
) i sałatkę ( 50 DS ). Kupujemy colę - 1,5 L -350 DS i stim 1 L
- 250 DS.
Chodzimy i robimy zdjęcia ( ciężarówek,
autobusu do Dongoli,
jeziora
). Wieczorem idziemy do "restauracji", gdzie spotykamy ciekawych
białych podróżników - między innymi Anglików podróżujących od 16
miesięcy i obywateli Południowej Afryki, którzy zostawiają samochód
na przechowanie, bo opłata za wjazd samochodem do Egiptu jest za duża (
depozyt 300 % wartości samochodu ! ). Okazuje się, ze pociąg z Chartumu
dojechał - wyruszył z Abu-Hamed o 8 rano i po 12 godzinach dotarł
do celu. W mieście pojawiają się nasi znajomi z pociągu. Nie za bardzo
wiemy o której jutro mamy się zjawić na promie.
31.10.2002 Ostatni nasz dzień w Sudanie. Rano idziemy zrobić
trochę zdjęć, bo jest naprawdę bardzo ładne światło. Spotykam
jakiegoś człowieka ( pewnie z security ), który zaczyna mnie wypytywać
skąd jestem, co robię. Robię zdjęcia grupie dziewcząt. Potem idziemy na śniadanie
- pampuchy z cukrem i herbatka "carcade", a potem ryba (
tam gdzie poprzednio ). Wracamy do hotelu, pakujemy i myjemy. Raptem okazuje
się, że już trzeba wychodzić. Przedpotopowym landroverem ( z kierownicą
z prawej strony, zapalany na korbę ) za 300 DS jedziemy do portu. Jesteśmy
zdumieni ładem i porządkiem tam panującym - przy wchodzeniu
sprawdzają nam opłatę paszportową i na niej wypisują numerek, zgodnie
z którym ludzie są wzywani do odprawy. Przechodzimy odprawę paszportową,
sprawdzenie przez security, zostajemy wypytani przez lekarza o szczepienie przeciwko
żółtej febrze. Potem jeszcze kontrola celna. Celnik pyta nas tylko jak się
nam podobało w Sudanie, a potem puszcza wolno. Gdy wchodzimy na
statek zabierają nam paszporty. Na początku jestem sam w kabinie, potem
zostaje mi "dokwaterowany" Sudańczyk. Podróż z nim jest trochę
uciążliwa - pali, a pety rzuca na podłogę. Przynoszą jedzenie. Jest
bardzo smaczne - kurczak, warzywa i całkiem dobry budyń. Ruszamy przed
16:00 tak szybko, że ledwo zdążyłem zrobić jakieś zdjęcie
portu. Płyniemy znacznie szybciej niż poprzednio, bo nie ma
prawie towaru na pokładzie. Ciągniemy ze sobą pusta barkę, która
uderza o burtę statku i chlapie. Chodzimy trochę po statku, siedzimy w
kantynie. Pewna kobieta zbiera pieniądze na starszą kobietę, której
zabrakło na bilet ( jeżeli nie zapłaci odstawią ją z powrotem,
ciekawe jak przeszła przez te wszystkie kontrole na statek ). Zachód
słońca jest przepiękny, a światło
wprost wymarzone dla zdjęć. Po zmroku przepływamy niedaleko Abu
Simbel. Widzimy pokazy "światło i dźwięk", nawet z tej
odległości przepiękne. Spotykamy naszych dobrych znajomych z pociągu
- "dziada" i "Wasyla" z naszego przedziału, kobietę która pomogła
w Abu-Hamed, gadatliwą Egipcjankę, ładne nastolatki, piękną
kobietę.
Następny dzień rozpoczynamy od zjedzenia samodzielnie przygotowanego śniadania
( tuńczyk, ser, bułki ). Można tez było kupić posiłek w kantynie za
8 EP lub 600 SD, ale nie wyglądał on zbyt zachęcająco. Znowu spotykamy
kobietę zbierającą pieniądze - okazuje się, że jeszcze nie zebrała
wystarczającej sumy. Gdy przeciskamy się przez 2 klasę spotyka
mnie niemiła przygoda. Obsługa przenosi gar z gorącą wodą i
przeciskając się obok oparzają mnie. W kantynie zauważamy, że
przeliczniki walut są bardzo dziwne ( tutaj 1 EP to aż 100 SD ), ceny
wysokie, a obsługa niemiła. Jest brudno, ludzie piją wodę ze słoików.
Wychodzimy trochę na pokład, ale szybko wracamy, bo mocno wieje. Cześć
"białasów" spędziła noc na pokładzie. Woleli tam, niż w 2
klasie, choć musiało być zimno. Rozmawiamy z ładnymi nastolatkami.
Pochodzą z południa Sudanu, ale od dawna żyją w Kairze i pierwszy raz
od wielu lat odwiedziły matkę mieszkającą w Chartumie. Udaje się nam
nawiązać bardzo ciekawą rozmowę z pewnym nauczycielem z Chartumu,
pochodzącym z plemienia Nuba ( ludu bardzo pokrzywdzonego w wyniku wojny
domowej ). Jak wielu naszych dotychczasowych rozmówców bardzo narzeka na
rząd i jego politykę. Choć najpierw stwierdza, że się nie boi mówić,
że jego brat jest ważną osobą w Wadi Halfa, to jednak w pewnym
momencie musimy zakończyć rozmowę, bo podobno zrobiło mu się słabo.
Potem przyznał się nam, że wydawało mu się, że ktoś nas podsłuchuje.
Około południa wreszcie dobijamy do Asuanu. Jednak jest piątek i
z rozładunkiem musimy czekać, aż zakończą się modlitwy. Gdy wreszcie
przychodzą egipscy oficerowie, podbijają nam paszporty. Ale ludzi z
promu zaczną wypuszczać dopiero, gdy sprawdzą paszporty wszystkich pasażerów.
Stoimy i czekamy, aż będziemy mogli wyjść. Jakiś lekarz zaczyna się
pytać o żółte książeczki, ale traci zainteresowanie, gdy okazuje się,
że nie przyjechaliśmy z południa Afryki. Wreszcie zaczynają wypuszczać
- najpierw Egipcjan. Jednak tłum Sudańczyków napiera, dochodzi do
bijatyki. Po Egipcjanach przychodzi kolej na nas - znowu jesteśmy w Egipcie. |
|