|

|
|

|
Z Polski wyleciałem 06.05.2001.
W samolocie było tylko kilka osób. Ciekawe, kiedy ta linia zacznie
przynosić dla LOTu dochody ? Mi w każdym razie leciało się
bardzo przyjemnie i o godzinie 2:35 czasu miejscowego ( godzinę później
niż w Warszawie ) wylądowaliśmy. Odprawa przebiegła bez problemów,
najwyraźniej na miejscu można było wykupić wizę bez większych
problemów. Ponieważ jest późno w nocy, to jedyną możliwością
dotarcia do miasta jest taksówka za 10$. Chcę jechać do wybranego z
przewodnik Al-Haramein. Jednak taksówkarz zawzięcie próbuje mnie
ulokować gdzie indziej. Najpierw jedziemy do hotelu za 25$ ( dla mnie
znajdują tańsze za 15$ ), a potem do jakiegoś biura z kwaterami
prywatnymi po 70$ / noc ! W końcu wysadza mnie na uliczce w pobliżu
placu Męczenników, gdzie szybko znajduję lokum ( bez łazienki ) za 250
SP ( funtów syryjskich ). Ta cała zabawa z taksówkarzem zajęła mi
trochę czasu i kładę się dopiero około 4:00.
Oczywiście następnego dnia ( 07.05.2001 ) budzę się dopiero około
10:00. Idę na miasto. Wymieniam pieniądze w kantorze przy placu ( 1$ =
50 SP ). Odnajduję hotel Al-Haramein, ale decyduję się pozostać w moim
hoteliku jeszcze jedną noc. Zaczynam przypominać sobie reguły ruchu
ulicznego w wydaniu arabskim. O dziwo w Damaszku ( w przeciwieństwie np.
do Kairu ) istnieją światła uliczne i kierowcy jednak się do nich
"w zasadzie" stosują. W wielu miejscach przechodzeniem pieszych
kierują jednak wyraźnie znudzeni policjanci ...Z dużym trudem udaje mi
się kupić kartę telefoniczną ( za 500 SP - wystarczyłoby dużo mniej
) - nie w urzędzie telekomunikacyjnym, nie w kiosku obok, ale u
jakiegoś faceta stojącego przed budynkiem. Bez problemu dzwonię do
domu. Wysyłam też pocztówkę ( 10 SP + znaczek 10 SP ). Po załatwieniu
wszystkich ważnych spraw wreszcie mogę zacząć zwiedzać miasto.
Zaczynam od Muzeum
Narodowego ( 300 SP + 50 SP za plakat ). Obiekt jest niewątpliwie
wart wydanych pieniędzy. Od tabliczek z pismem z Ugarit (
najstarszych na świecie ), przez grobowiec
i freski z Palmyry, wspaniałą synagogę z Dura Europas do wyposażenia
pałacu arabskiego z XVIII w. Nie mogę powstrzymać się przed robieniem
zdjęć - oczywiście zostaję złapany ( kończy się tylko krótkim
upomnieniem ). Przed muzeum znajduje się miły park z licznymi posągami
i rzeźbami . Ćwiczą tam rysunek studenci i.. studentki ( ubrane zwykle
po europejsku, wyglądają bardzo ładnie ). Niedaleko znajduje się Muzeum
Wojskowe ( 5 SP, od starych szabel do kałasznikowów i szczątków
zestrzelonego samolotu izraelskiego ) oraz meczet Takijja as
Sulajmanijja. Robi się całkiem chłodno - muszę założyć polar.
Idę na stare miasto. Po drodze mijam pomnik
Saladyna, pogromcy krzyżowców i zdobywcy Jerozolimy. Przechodzę
przez Suq al-Hamadijja
- ogromny bazar, zakończony ruinami rzymskiej świątyni
Jowisza. Wymieniam
pieniądze na bazarze, ale kurs nie różni się od kantorowego. Za sukiem
jest wspaniały meczet
Omajjadów i skromne mauzoleum Saladyna ( 2 sarkofagi,
nakryte zielonym płótnem ). Dłuższy czas spędzam w cichym, wyłożonym
dywanami wnętrzu meczetu. Ludzie przychodzą tutaj nie tylko na modlitwę,
ale również ucinają sobie drzemkę, albo pogawędkę. Budowla jest
bardzo bogato zdobiona, co tak ja wyróżnia spośród innych świątyń
muzułmańskich.
Obiad jem w restauracji Al-Arabi ( 225 SP + 25 SP "dobrowolnego"
napiwku, ale nie mam siły się kłócić za ryż, kebab z pomidorem, sok
pomarańczowy i wodę mineralną ). Nie mogę sobie odmówić słodkiego i
tłustego ciastka za 10 SP. Na ulicy, gdzie jest mój hotelik proponują
mi ładną "madam" z Syrii lub Libanu ( a więc przewodnik
Pascala ma rację pisząc o charakterze wielu hotelików w tej okolicy :-)
). Przy płaceniu za hotel miła niespodzianka - tylko 200 SP za noc. Za
to długo nie mogę zasnąć, bo przeszkadzają mi hałasy w hotelu. |
|

|
08.05.2001 Zaspałem
rano. W hotelu daję mi karteczkę z wypisaną drogą na dworzec, skąd
jadą autobusy do Palmyry. Przechodzę do następnej przecznicy (
Choukri al Quwatli ), skąd łapię ( z dużą pomocą miejscowych )
minibus na dworzec Harasta. Z pośpiech nic za przejazd nie płacę,
ale też nikt się pieniędzy nie dopomina. Syria to jednak ciekawy kraj
... Bilet do Palmyry to wydatek 125 SP. Autobus jest elegancki, dają
poczęstunek ( ciastka, woda ), droga dobrej jakości. Po 3 godzinach
przyjemnej jazdy jestem na miejscu. Zamieszkuję w pierwszym hotelu, gdzie
zatrzymał się autobus ( ach te "przypadkowe" postoje ... ) - Al
Faris za 350 SP za fajną jedynkę z łazienką i śniadaniem. Ruiny
znajdują się jakieś 15 minut od hotelu, praktycznie na obrzeżach
miasta. Najpierw zwiedzam świątynię Baala
Szamina ( boga burz i życiodajnych deszczów ), a potem chcę
obejrzeć główną świątynię Baala, jednak trwa przerwa
południowa. Przechodzę więc wielką
kolumnadą od początkowego łuku do pięknego tetrapylonu,
odwiedzam odrestaurowany amfiteatr,
portyk świątyni pogrzebowej, muru Zenobii i obóz Dioklecjana. W domku
na samym końcu ruin mieszka uboga rodzina., zarabiająca chyba głownie
na turystach ( pozowanie do zdjęć, przejażdżki wielbłądem itp. ).
Wracam obok wież pogrzebowych, do świątyni
Baala. Do tego obiektu wstęp kosztuje 300 SP, ale jest tam bardzo
ładnie. Po obejrzeniu świątyni wracam do miasta. Przy muzeum spotykam właściciela
"taksówki", który ma mnie zawieźć do arabskiego
zamku, górującego nad okolicą, abym podziwiał zachód słońca (
za 150 SP ). Po szybkim jedzonku w Palmyra Restaurant ( 125 SP + 25 SP
napiwku, jedzenie takie sobie ) wjeżdżamy mozolnie na górę. Widoki
ruin i pustyni są niesamowite, choć sam zachód raczej średni. Po
powrocie kierowca namawia mnie na zwiedzanie następnego ranka grobowców.
Zaczyna się burza, wiatr niesie tumany piasku, do hotelu podwozi mnie
jakiś miły Syryjczyk. Kolacja w hotelu to wydatek 200 SP
Rano 09.05.2001, po śniadaniu, jadę obejrzeć wieżę
pogrzebową "trzech braci" i hypogeum. O ile wieża jest całkiem
fajna, z kilkoma poziomami i inskrypcjami po aramejsku, to hypogeum -
tylko częściowo oryginalne. Wstęp do obu obiektów to wydatek 150 SP,
dojazd - tyle samo. "Klucznik", otwierający wszystkie zabytki,
jechał razem z nami i otwierał je tylko na czas naszej obecności.
Po obejrzeniu zwiedzania, zostaję odwieziony na dworzec, skąd pojadę do
Homs. Na miejscu, czekając na odjazd rozmawiam z chłopakiem jadącym
do pracy / nauki do Homs. Okazuje się, że radio, które gra na dworcu,
to BBC po arabsku ( inna popularna radiostacja w Syrii, to podobno nadające
z Francji "Monte Carlo" ). Autobus ( w opłakanym stanie ) rusza
dopiero po zapełnieniu, o 10:30. Po drodze mijamy liczne człgi oraz
stację radarową. W Homs łapię przejazd do Aleppo za 100
SP. Krajobraz stopniowo zmienia się - pustynia ustępuje miejsca polom
uprawnym. |
|

|
Prosto z dworca
autobusowego w Aleppo łapie mnie taksówkarz - naganiacz i zabiera
do hotelu Spring Flower ( po arabsku Zahert Al-Rabih ). Jedynka kosztuje
250 SP, a dormitorium 150 SP. Decyduję się na dormitorium i wychodzę na
miasto. Oglądam bazar ze starymi
karawanserajami, meczet Omajadów ( tylko o 10 lat młodszy od
meczetu w Damaszku, ponoć znajduje się tutaj głowa Jana Chrzciciela,
niestety akurat trwał generalny remont ) , dom obłąkanych z czasów
mameluków ( malutkie cele i fontanny, które miały uspokajać pacjentów,
przewodnik chciał "co łaska", dostał 25 SP i był
niezadowolony ). Wracam obok cytadeli, piję kawę w jednej z kawiarenek (
15 SP ). Spotykam Syryjczyka, który w latach 80-tych bywał w Polsce.
Oprowadza mnie trochę, później namawia mnie do zakupów ( np. galabija
20$, ale nie decyduję się ). W końcu kupuje przepiękny obrus i 2
chusty za 20$ oraz arafatkę za 3$. Ciekawe, jak dużo przepłaciłem. Ale
w każdym razie część prezentów miałem z głowy ...
Po powrocie do hotelu decyduję się na wycieczkę do bazyliki św.
Szymona Słupnika - 1000 SP, za indywidualny przejazd taksówką. Drogo,
ale inna możliwość, to autostop - nie mam tyle czasu. Wieczorem idę na
przechadzkę po mieście, jem szałarmę za 35 SP + cola 20 SP. Kupuje też
placki za 5 SP, ale są tak niedobre, że je wyrzucam.
10.05.2001 - wyjeżdżam na wycieczkę z lekkim opóźnieniem - około
9:30. Na całej trasie widać efekty opadów, jakie od paru dni nawiedzają
Syrię ( podobno najgorszych od wielu lat ). Najpierw odwiedzam martwe
miasto Khrabe Shamas z
ruinami kościołów i świątyń. Na okolicznych wzgórzach
Kurdowie ( którzy zamieszkują pobliskie wsie ) wypasają owce. Potem
jedziemy do bazyliki św.
Szymona Słupnika ( wstęp 500 SP ). Budowla robi ogromne wrażenie,
jest zachowana w świetnym stanie, szkoda tylko, że ze słupa tak
niewiele zostało. Kolejny etap, to dolina śmierci w Qutura. Nie ma tu
zbyt dużo do oglądania - parę grobów rzymskich ( najładniejszy,
Flawiusza jest za wysoko, by do niego wejść, a pozostałe sa zalane
woda, albo wykorzystywane, jako komórka dla zwierząt ). Wracamy koło
obozowiska nomadów ( ściągnęli tu na pastwiska ) i obok kościoła w
Muchabk ( wstęp 300 SP, więc oglądam tylko z daleka ).
Po powrocie idę na pocztę ( 7 SP za pocztówkę, 10 SP za znaczek ), jem
wspaniałego falafela za 15 SP i niezłe ciastko za 10 SP ( oba kupione w
miejscach polecanych przez przewodnik ). Oglądam dzielnicę chrześcijańską.
Jakiś Ormianin, dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, obrzuca obelgami
Ojca Świętego, gdyż ten nie odwiedził ich w czasie niedawnego pobytu w
Syrii ). Muszę przyznać, że poza tym incydentem dzielnica jest całkiem
miła. Niedaleko stąd jest też cytadela
( wstęp 300 SP ). W środku mocna zniszczona, ale sala tronowa jest
przepiękna, a widoki z murów - niesamowita. Chodzę jeszcze po bazarze i
znowu spotykam poznanego Syryjczyka. Na koniec dnia postanawiam zafundować
sobie dobrą kolację - jem w restauracji Abou Nawas ( 225 SP za mezza,
kebaby i colę ).
Okazuje się, że hotel Spring Flower to miejsce pobytu wielu oryginałów
- artysty-malarza Ormianina, Amerykanina z mojego pokoju i Polaka z
Australii ( dwóch ostatnich to wyznawcy spiskowej teorii, godnej "Z
Archiwum X".
11.05.2001 - wstaję wcześnie, aby zdążyć na autobus do Hamy. |
|

|
Autobus do Hamy odjeżdża
o 8:30. Bilet kosztuje 65 SP ( niestety moje s SP reszty "zapodziało
się" bileterowi ). W Hamie nie ma dworca autobusowego -
autobus zatrzymuje się przed biurem. Niedaleko jest hotel Riad - tam się
zatrzymuję ( 225 SP ). Zaraz po rozgoszczeniu się jadę do Crac
de Chevalers - najpierw do Homs ( 17 SP ), potem Qala`t
Hosn. Niestety nie zauważam zjazdu do zamku, kierowca zapomina o mnie
i ... ląduję nad granicą z Libanem. Jadę stamtąd minibusem sam.
Wydaje mi się, że z kierowcą ustaliłem cenę 150 SP, a jemu, że 300
SP ( on nie mówił po angielsku, ja po arabsku ), dochodzi do kłótni,
którą tłumaczy bileter w zamku. Ostatecznie płacę 200 SP. Wstęp do
zamku kosztuje 300 SP. Jest to niesamowita budowla, wyglądająca, jakby
zbudowana na potrzeby hollywoodzkiego filmu o zamku Camelot. Oglądam
zamek zewnętrzny, zamek wewnętrzny, wspaniała sala rycerska, ogromny
piec do chleba, składy oliwy i mąki, prostą sala sypialna dla rycerzy,
łaźnie. Z wieży rozpościerają się piękne widoki. O dziwo na miejscu
jest wielu zwiedzających Syryjczyków ( choć niektórzy np. sikają w
ruinach ). Do Homs wracam minibusem ( 25 SP ), potem przesiadam się
na kurs do Hamy ( 15 SP ). Idę jeszcze obejrzeć nurije
- ogromne koła wodne, zbudowane, aby pompować wodę do miasta, obecnie będące
jego główna atrakcja turystyczną. Pierwsze z kół znajduje się w
samym środku miasta. Wokół niego rozciąga się park,
pełen wypoczywających mieszkańców. Wzdłuż rzeki idę do następnej
nuriji. Miejscowi chłopcy skaczą tam do rzeki. Ostania nurija to największa
Al-Muhamadija.
Wracam do centrum przez dzielnicę chrześcijańską, koło cytadeli. Na
kolację wybieram się do knajpki połoznej w pobliżu czterech nurji z
Besznijjat. ( smaczne jedzenie 230 SP + 60 SP dość kiepskie piwo Barada
). Przed powrotem do hotelu idę do dzielnicy chrześcijańskiej i kupuję
w sklepie z alkoholem wino i arak na prezenty ( 150 SP - jedne z
najlepszych ). W klepie jest całkiem spory ruch ...
Po powrocie do hotelu decyduję się jechać do Damaszku minibusem za 200
SP - jest drogi, ale za to wcześnie rano i od razu do centrum. |
|

|
12.05.2001 okazuje
się, jak zwykle, że przepłaciłem - wyjeżdżamy z opóźnieniem, a
wysadzają mnie przy dworcu i pakują do minibusa ( na szczęście za
niego nie płacę ). Tym razem idę do hotelu Al-Haramein, nocleg w
dormitorium kosztuje 185 SP. Postanawiam jechać do Bosra.
Autobusy odjeżdżają z dworca Baramke ( bilet kosztuje 55 SP , ale mi
darowują 5 SP, bo nie mają wydać - niesamowite ... ). Główna atrakcja
to cytadela ( wstęp
300 SP ), czyli obudowany murami rzymski amfiteatr. Zbudowany z czarnego
kamienia, z doskonałą akustyką, jest rzeczywiście niesamowity. Po
obejrzeniu amfitatru przechodzę przez rzymskie ruiny, a potem idę ulicą,
gdzie ludzie mieszkają w domkach zbudowanych pomiędzy starożytnymi
ruinami. Na koniec docieram do wspaniałej Bab-al
Hawa ( Bramy Wiatrów ). Spotykam dwójkę przmiłych dziewczynek,
z którymi ucinam sobie pogawędkę ( no powiedzmy :-) ). Autobus powrotny
odjeżdża z dworca za rogiem ( 55 SP, jadę tym o 16:00, później są
jeszcze o 18:00 i 20:00 ). Po powrocie do Damaszku jem w
"Worker`s Club" za 210 SP ( smażone kurczaki i piwo ). Nie widać,
żeby jedli tam robotnicy, raczej warstwy wyższe :-).
W hotelu spotykam parę bardzo miłych Polaków, opowiadamy sobie o
naszych podróżach.
. |
|

|
13.05.2001 -
ostatni dzień w Syrii poświęcę na oglądanie Damaszku i zakupy. Nie
czuję się za dobrze. Chyba jestem trochę chory. Pogoda się popsuła,
po wczorajszym wspaniałym słońcu, znowu pada. Oglądam targ
ptaków ( w klatkach różne ptaszki, często łapane także w
drodze do Polski ). Idę na targ rzmieślniczy niedaleko od Muzeum
Wojskowego, a potem na bazar.
Dość długo spaceruję uliczkami Starego Miasta. Oglądam ( z
zewnątrz - wstęp 300 SP ) pałac
Azima ( bardzo podobny do pałacu z Hamy, gdzie Azim był
namiestnikiem, zanim został namiestnikiem Damaszku ). Po dłuższych
poszukiwaniach odnajduję rzymski
łuk, wyznaczający początek dzielnicy chrześcijańskiej ( mocno
zaniedbany ). Niedaleko znajduje się patriarchat prawosławny. W
dzielnicy chrześcijańskiej są liczne sklepy z pamiątkami, niestety są
to głownie drogie wyroby z miedzi, srebra i złota. W końcu zakupy robię
w sklepiku niedaleko meczetu Omajjadów - za piękny pistolet, świeczniki
i glinianą kaczuszkę płacę 1000 SP. W jednej z cukierni kupuję
ciastka ( słodkie, tłuste i ciężkie ) - 150 SP / kg oraz kandyzowane
owoce ( 10 SP/ szt ).
Po powrocie do hotelu czeka mnie niezbyt miła nispodzianka - moje bagaże
są wystawione na zewnątrz pokoju, bo panu w recepcji wydawało się, że
już się wyprowadzam. Sytuacja szybko się wyjaśnia po krótkiej
rozmowie, ale muszę przenieść się do innego pokoju. Płacę 10$ za
taksówkę na lotnisko. Wymieniam jeszcze 70 DM - ponieważ kantor jest
zamknęty, to robię to w biurze turystycznym obok. W czasie przechadzki
po mieście sptyma dwóch miłych Syryjczyków, fotografów. Choć słabo
mówią po angielsku, udaje mi się dowiedzieć, że będą pracować w
Niemczech i bardzo podziwiają USA. Tak więc, także tutaj istnieją duże
rozbieżności pomiędzy oficjalną propagandą i odczuciami zwykłych
ludzi. Na bazarze dokupuje jeszcze fajny wazonik za 200 SP. Jem szisz
kebab( z colą - 50 SP ).
W hotelu odbywam długą pogawędkę z wcześniej poznanymi Polakami i
Ukraińcem - dziennikarzem, piszącym na laptomie opowiadania o
odwiedzonych krajach ( Turcji, Syrii ).
Budzą mnie o 1:15. Mam mieć taksówkę o 1:30. Jednak nikt nie przyjeżdża.
W końcu recepcjonista bierze taksówkę z sąsiedniego hotelu. Bez
przeszkód dojeżdżam na lotnisko. Tu znowu mam problemy - zakupiony wcześniej
pistolet zostaje uznany za zabytek, wart 5000 $. Po półgodzinnych
konsultacjach mogę go wreszcie zabrać, ale pod warunkiem, że nie wwiozę
go nigdy do Syrii ...
Dalej wszystko przebiega bez większych komplikacji - płacę 200 SP opłaty
lotniskowej i chcę coś kupić w sklepie wolnocłowym. Jednak nie
przyjmują tam funtów syryjskich - zostaną mi na pamiątkę.
W samolocie tym razem frekwencja jest większa - podróżuje jakieś 15 osób.
Lot mija bez przeszkód i rano 14.05.2001 jestem na Okęciu w
Warszawie.
Moja miła podróż dobiegła niestety końca.
|
|