|
Tanzania |
|

|
|
|
W Dar
es Salaam dostajemy wizę tranzytową na 13 dni za 30 $ ( taniej niż
informowała nas polska ambasada ). Na lotnisku czekają na nas ludzie z
hotelu Safari Inn, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg przez internet.
Bez problemu wybieram z bankomatu pieniądze kartą Visa. Za taksówkę płacimy
18 000 Tsh ( przepłacamy, ale była zarezerwowana ). W hotelu pokój z
wiatrakiem i TV kosztuje nas 18 500 Tsh. Cola na dole w recepcji kosztuje
300 Tsh za 350 ml i 200 Tsh - 200 ml. Rano idziemy na śniadanie ( jest w
cenie pokoju, ale za jajecznicę muszę dopłacić 300 Tsh ). Spacerujemy
do terminala Scandinavian Bus, gdzie kupujemy bilety do Lusaki
na następny dzień ( po 65 000 Tsh od osoby ). Potem zwiedzamy miasto -
katedrę katolicką ( zamknięta ) i budynki kolonialne. W kościele
anglikańskim (jakoś dziwnie nie pasującym do otoczenia) trwa
nabożeństwo. Kiedy wchodzimy tam po jego zakończeniu, w środku jest
jeszcze kilka osób, które głośno,
wręcz żywiołowo modlą się. Kościół jest kameralny, jakby stworzony
do spotkań i modlitwy.
Wychodzimy z niego prosto w upał i gwar miasta. Po drodze zaczepiają nas
liczni naciągacze. Idziemy do ogrodu botanicznego, który znaleźliśmy
na mapie miasta, ale nie robi on dobrego wrażenia – jest mały i
zaniedbany. Na pocieszenie pijemy colę w fajnym ogródku nieopodal. Potem
wędrujemy na plażę, robimy trochę zdjęć i zwiedzamy położony nad
morzem stary
szpital. Pracował tu kiedyś Robert Koch, budynek jest pięknie
odnowiony przez ONZ, obecnie mieści się tu klinika onkologiczna. Z plaży
wracamy przez centrum miasta. Jemy w Chef’s Pride –
dobre kurczaki i cola za 8 000 Tsh. Wracamy do hotelu, odpoczywamy, a
wieczorem wychodzimy jeszcze raz na miasto. Kupujemy ciastka w małym
supermarkecie – po 200 Tsh, w hotelowej restauracji pijemy herbatę
i colę. Ja jem frytki (500 Tsh) – takie sobie. Korzystam z Internetu
w hotelu ( 500Tsh za pół godziny), wracając do pokoju kupuję jeszcze
wodę (400 Tsh) i miejscową
supa colę (200 Tsh za 300 ml). Zamówiliśmy taksówkę na dworzec
autobusowy na 4:30 rano – ma kosztować 5 000 Tsh, bo to wczesna
pora.
7.09.2005 Wstajemy ok. 4:00, myjemy się i pakujemy. Taksówka
czeka jak było umówione – jedziemy na dworzec Scandinavian Bus.
Jeszcze jest zamknięty, więc czekamy wraz z grupą innych pasażerów
przed budynkiem. Gdy otwierają i wchodzimy zaczepiam nogą o jakąś
dziurę , potykam się i skręcam kostkę. Wsiadamy do autobusu, dają nam
bilety na bagaże. Jedziemy na dworzec Upanga ( główny terminal
autobusowy w Dar es Salaam dla wszystkich kompanii ). Tam czekamy aż do
10:00, bo okazuje się, że coś się zepsuło z akumulatorem –
wreszcie po zreperowaniu ruszamy. Jazda jest dość monotonna, ale po
drodze są ładne krajobrazy. Zatrzymujemy się na jedzenie – cały
obiad : zupa, kurczak z frytkami i sałatka owocowa na deser kosztuje 3500
Tsh. Wieczorem stajemy bo droga jest zablokowana ( autobus uderzył w ciężarówkę
). Przyjeżdża policja itd. Wreszcie ruszmy, ale na granicy jesteśmy za
późno – przejście jest już zamknięte. Fundują wszystkim
pasażerom obiad w knajpie – kurczak raczej kiepski, ale
zjadamy. Można spać w autobusie, ale my idziemy do pobliskiego hotelu (
namawia nas na niego miejscowy cinkciarz). Za pokój płacimy 15 000 Tsh (
są też po 25 000 Tsh ) – czysty, ładny, jest ciepła woda.
Niestety obok jest dyskoteka i nie da się spać do 2:00. Potem trochę śpię,
mam gorączkę.
8.09.2005 Wstajemy o 6:15, niestety nie można
się umyć bo nie ma wody. Podobno w knajpie obok dają śniadanie na
podstawie biletu z autobusu, ale nam nie chce się jeść. Każą nam iść
podstemplować wizy wyjazdowe, ale biuro imigracyjne jest jeszcze zamknięte,
więc wracamy. Idziemy tam znowu o 8:00 – tym razem jest otwarte,
podstemplowują nam wyjazd. U jednego z cinkciarzy wymieniam 10$ po kursie
1$ = 4300 Kwacha. Nasz autobus przejeżdża na stronę zambijską. |
|

|
26.09.2005 Po przejściu granicy z Malawi granicy
łapiemy minibus do Mbeya – 4000 Tsh od osoby. Mamy 120 km do
przejechania, bus ma jechać 1,5 h, a jedzie 2,5 h i chce nas wysadzić
na opłotkach miasta. Kłócimy się i wsadzają nas do autobusu Scandinavian,
który bezpłatnie dowozi nas do dworca autobusowego. Po drodze mijaliśmy
plantacje bananów i herbaty. Na dworcu postanawiamy zostać jeden dzień
w Mbeya – tak jesteśmy zmęczeni. Bierzemy taksówkę do Mbeya
Peak Hotel ( 2000Tsh ). Całkiem przyzwoita dwójka z łazienką
kosztuje 15000 Tsh. Jemy kolację w hotelowej restauracji – kurczak
3000 Tsh, 2 cole +woda 2000Tsh.
Następnego ranka wstajemy ok. 10.00, idziemy do miasta. Idziemy do
informacji turystycznej Sisi-Kwa-Sisi, ale jest zamknięta. Obok
malutka statua nosorożca –
pomniczek przyjaźni tanzańsko-japońskiej.
Idziemy na dworzec autobusowy i dowiadujemy się o transport do Dar-es-Salaam, Są autobusy: zwyczajny (6.30 – 17 000Tsh),
semi-luxury (7.00 – 20000 Tsh), air-con (26000Tsh). Bierzemy
semi-luxury. Wracamy – jemy w Sombrero: ja stek z ziemniakami za
3000 Tsh, Ola vegetable curry za 2500 Tsh, cola 300 Tsh
Idę na Internet do
Nana Informations Center – 500 Tsh za godzinę, dość wolny. Potem
troszkę zdjęć – statua nosorożca,
widoczki miasta, ludzie itp.
Wracam do hotelu. Idziemy coś zjeść na kolację – sprawdzamy jakąś
kurczakarnię, ale w końcu idziemy znowu do Sombrero – spagetti
bolonese – 3000Tsh od osoby + piwo (Safari – 1000 Tsh, mieli
też Tusker i coś tam jeszcze w tej samej cenie). Myślimy, żeby
pojechać do parku narodowego Mikumi, ale postanawiamy jednak udać
się do Dar-es-Salaam i tam sprawdzić ofertę Coastal Travels.
Recepcjonista ma nam na jutro na 6.00 zamówić taksówkę. Nie mogę zasnąć
– leci jakaś woda. W nocy dostaję silnej gorączki i boli
mnie brzuch. Biorę leki. Zanim minie gorączka trzeba wstawać. Ktoś z
recepcji przywołuje taksówkę (oczywiście wczoraj jej nie zamówili)
– 1500 Tsh za dojazd do dworca. Tam czekamy, aż zaczną ładować
nasz autobus. Wyruszmy prawie punktualnie ok. 7.00. Podróż mija właściwie
bez problemów, tyle, że boli mnie brzuch i mam na początku gorączkę
(trochę mam nudności, ale to szybko mija). Dają ciasteczka, colę, wodę.
Kilka krótkich postojów, jeden dłuższy. Gdy przejeżdżamy przez Park
Narodowy Mikumi (wolno, bo są garby na drodze) widzimy blisko drogi
zebry, słonie, impale i pawiany, nieco
dalej żyrafy. Przed Dar-es-Salaam
korki. Zamiast 11 h podróż trwa 12,5 h. W Upanga (główny
terminal autobusowy wsiadają dwaj morani (wojownicy Masajów
) – prawdopodobnie pracują jako obsługa Scandinavian Express
na dworcu, otwierają bramę. Z terminalu Scandinavian jedziemy taksówką
za 3000 Tsh do hotelu Safari Inn.
|
|
|
29.09.2005 Dobrze spałem, lepiej się czuję
– nie mam gorączki, brzuch mniej boli. Mimo to postanawiamy iść
do lekarza – wybieramy Regency Medical Centre, bo jest w miarę
blisko. Przyczepia się do nas jakiś naganiacz. Chcemy wymienić pieniądze
w pierwszym napotkanym biurze. Każą nam czekać, aż doniosą szylingi.
Potem okazuje się, że jednak nie mają wystarczającej sumy. Szukamy
hotelu Royal Palm, gdzie podobno jest kantor. W końcu wymieniamy w
kantorze w hotelu Mowenpick – kurs troszkę gorszy. W hotelu
klimatyzacja, super elegancko . Potem idziemy do biura Coastal Travel
obejrzeć ich oferty safari, ale najtańsze są za ok. 300$ od osoby. W
innym biurze jeszcze droższe. W Easy Travel proponują nam 210$ od
osoby za 2 dni i 1 noc w Parku Narodowym Mikumi. Idziemy do
kliniki. Płacę 500 Tsh za otwarcie rejestru i 3000 Tsh za wizytę u
lekarza. Lekarz bada mnie stetoskopem przez koszulkę i obmacuje brzuch na
siedząco. Wypytuje o różne rzeczy i zleca badania. Idziemy do
laboratorium, ( jest całkiem OK, ma strzykawki jednorazowe i probówki próżniowe
). Za badania płacę 16500 Tsh. Wracamy do hotelu, po drodze odwiedzamy
jeszcze biuro podróży niedaleko hotelu. Chcą 560$ za 2 osoby za safari
w Mikumi, ale są gotowi do negocjacji. Idziemy na internet,
sprawdzamy biuro Easy Travel – wygląda poważnie, jest w
oficjalnym rejestrze. Odbieramy wyniki badań, przyjmuje nas inny lekarz, też Hindus
zresztą. Orzeka, że wszystko jest w porządku, nie mam malarii. Gdy się
dowiaduje, ze Ola jest lekarzem, to się z nią konsultuje. Przepisuje mi
jakieś lekarstwo na katar – wykupujemy je za 2000 Tsh w aptece przy
klinice. Biorę faktury, może mi coś zwrócą z ubezpieczenia. Idziemy
do Easy Travel, i negocjujemy cenę 400$ za 2 osoby do Parku
Narodowego Mikumi. Musimy zaczekać pół godziny na potwierdzenie
noclegu i samochodu, wiec idziemy się przejść – kupujemy wodę w
supermarkecie i pijemy fantę w eleganckiej knajpie City Garden ze
śmiesznymi figurami dzikich zwierząt. Wracamy do Easy Travel -
wszystko potwierdzone – płacimy 400$, jedziemy następnego ranka.
Wracamy w okolice hotelu i jemy obiadokolację w Chef’s Pride
– rybę grilowana i gotowaną (King Fish) po 4000 Tsh za
porcję – bardzo smaczna. Włóczymy się po okolicach hotelu, trochę
błądzimy. Rozmawiamy z hinduskim właścicielem sklepu, pytamy gdzie można
kupić alkohol. Znajdujemy stragan z alkoholami ( amarula – 14000
Tsh ). Nastepnego dnia o 8.30 ma przyjechać przewodnik i zabrać
nas na safari. Spóźnia się, tłumaczy, że to z powodu korków.
Jedziemy przez miasto, a potem mijamy plantacje kokosów, drzew mango i
sizalu ( zaczęły powstawać w 1935 r., ale obecnie znikają z powodu małego
popytu ). Dojeżdżamy do hotelu Genesis w Mikumi. Na
powitanie dostajemy szklankę zimnego soku i pokój z dwoma
podwójnymi łóżkami w bungalowie. Po jedzeniu wyruszamy do
parku. Opryskują nasz samochód płynem przeciwko muchom. Jeździmy po
parku. Widzimy bawoły, trochę
impal, hipopotamy w małym zbiorniku
wodnym, krokodyle – jednego dużego i dwa zupełnie
małe (młode),
stado zebr i gnu, rodzinę słoni. Gdy wracamy musimy przejechać blisko słonicy
z młodym (bo stoi przy drodze), samica denerwuje się, ale szybko odjeżdżamy.
Piękne krajobrazy sawanny, ale zwierząt niezbyt dużo. Kolacja
„przy świecach”, ja jem stek, Ola coś warzywnego, pijemy
piwo (1500 Tsh za butelkę Kilimandżaro lub Safari – sami płacimy
za napoje). Następnego ranka wstajemy o 5.45, czekamy chwilę na kierowcę
i znowu jedziemy do parku.
Tym razem wjeżdżamy dużo dalej – widzimy stada
gnu, bawołów,
zebr, słonie, kości gnu i
sępy przy nich. Niestety nie widzimy lwa. Za
to żyrafy i
guźce. W drodze powrotnej do bramy
parku psuje się nam samochód. Najpierw kierowca naprawia go, ale
gdy potem stajemy zrobić zdjęcie rodzinie słoni z malutkim słoniątkiem,
to już nie możemy ruszyć. Dość długo czekamy – kierowca gdzieś
dzwoni przez komórkę. Podjeżdżamy do bramy parku autobusem z turystami
ze Szwecji i miejscowymi. Po jakimś czasie kierowca dołącza do nas i łapiemy
na drodze jakiś pickup do hotelu. Jemy późne śniadanie (jest już
12.00), a kierowca ma dowiedzieć się o autobus. Przybiega w trakcie śniadania
i krzyczy, że właśnie złapał jakiś autobus na drodze, dziwi się, że nie jesteśmy spakowani. Wściekam się na niego, kończymy śniadanie
i pakujemy się. Kierowca rozmawia przez komórkę ze swoim szefem i
proponuje nam albo jeszcze jeden nocleg w hotelu i powrót innym
samochodem jutro, albo powrót dzisiaj autobusem. Wybieramy autobus, ale
jesteśmy wściekli. Kierowca zatrzymuje jakiś autobus, płaci za nasze
bilety i daje nam 10000 Tsh na taksówkę do hotelu. Do Morogoro
siedzimy na schodkach z powodu tłoku, potem dostajemy miejsca siedzące.
Autobus jest dość kiepski i bardzo zatłoczony. Dojeżdżamy do dworca Upanga
w Dar-es-Salaam. Nasze plecaki są bardzo brudne, mój w jakimś
smarze. Taksówka do hotelu kosztuje 8000Tsh ( taksówkarz nam wyliczył
1km=1000tsh ). W hotelu pan z obsługi wnosi plecak Oli – dajemy mu
500 Tsh ( tak jak poprzednio). Idziemy do Chef’s Pride
– bierzemy ryby, ja King Fish z barbecue, Ola po hindusku; napoje,
sałatka owocowa – razem płacimy 12600 Tsh. |
|
|
2.10.2005 Rano idziemy kupić bilety na prom
na Zanzibar. Kupujemy w jakimś stoisku na wolniejszy prom Aziza,
bo podobno dzisiaj Flying Horse nie pływa. Bilety kosztują nas
20$ od osoby. Sprzedający namawia nas do kupienia biletów powrotnych na
szybszy prom – po 35$. Namawia nas także na zarezerwowanie noclegu
w Jambo Guest House – 10$ od osoby. Chce abyśmy mu coś zapłacili
za pokój tytułem przedpłaty – my chcemy zrezygnować, wiec już
nas nie namawia, tylko rezerwuje nam pokój przez komórkę. Wracamy do
hotelu, jemy śniadanie i
przed 11.00 wychodzimy z plecakami do portu. Zachodzimy na miejsce, gdzie
ludzie czekają na prom, ale okazuje się , że na inny (Flying Horse,
który odpływa po południu), a Aziza stoi gdzie indziej. Jakiś
człowiek przyczepia się do nas i prowadzi nas do Azizy, chce potem za to
pieniędzy, ale nic mu nie dajemy. Na promie są różne klasy, my jesteśmy
w I – klimatyzacja, TV, wygodne kanapy. III klasa to po prostu ławki
na pokładzie – w większości osłonięte przed słońcem. Ruszamy,
trochę śpię. Po ok. 2 godzinach raptem zawracamy – okazuje się,
że ratujemy rozbitków z wywróconej łodzi rybackiej. Rzucają im koło
ratunkowe i wciągają na pokład. Mocno kołysze, nie za dobrze się czuję.
Potem trochę się uspokaja. Płyniemy bardzo długo – 6 ½
godziny (miało być 3 ½ ). Wreszcie zawijamy do portu. Tłum
zaczyna opuszczać prom – trochę to trwa, wiele osób ma liczne
paczki i tobołki. Ktoś z hotelu już na nas czeka. Zabierzemy jeszcze
jakąś parę Niemców. Musimy wypełnić karty wjazdowe i podstemplować
paszporty w Immigration. Pokój jest całkiem przyjemny., ale
okazuje się, że hotel zamykają z okazji Ramadanu i nie będziemy mieli
gdzie spać w ostatnią noc pobytu. Postanawiamy rano przenieść się do
innego hotelu – od razu idziemy do pobliskiego Flamingo i
rezerwujemy pokój na następny dzień – za 20$ dostajemy mały pokój ale z
łazienką. Potem idziemy do Forodhani Gardens, żeby coś zjeść.
Przez labirynt uliczek prowadzi nas mały chłopczyk ( spytaliśmy kogoś
o drogę i posłał z nami tego chłopca ) – dajemy mu 500 Tsh. Forodhani
Gardens to rodzaj skweru na nadbrzeżu. Wieczorem rozstawiają się
tam stragany z jedzeniem, które od razu
grilują – kupujemy King Fish (po 1000 Tsh), ciapatę (po 500
Tsh) i colę (po 500 Tsh). Ja jem jeszcze grilowanego banana za 1000 Tsh.
Trochę spacerujemy i podziwiamy malownicze widoki, a potem wracamy do
hotelu. Gubimy się w uliczkach, ale w końcu odnajdujemy drogę. Rano
przenosimy się do hotelu Flamingo. Zaczynam się dopytywać o różne
wycieczki i od razu wykupujemy „spice tour” za 10$. O
9.30 przychodzi pan i prowadzi nas do biura.. Podobno było
zbyt dużo chętnych i muszą podstawić drugi samochód. Robimy zdjęcia
ładnych drzwi w okolicy. Po 10.00 przyjeżdża po nas mini-ciężarówka
z ławeczkami. Jedziemy poza miasto na plantację
przypraw. Tam dołączamy
do dużej grupy ( czeska wycieczka z przewodniczką) . Oglądamy różne rośliny:
drzewa mango,
lemon grass, imbir, pieprz (rośnie na innych drzewach, ale nie jest pasożytem).
Cztery rodzaje pieprzu otrzymuje się poprzez różne suszenie i
gotowanie. Widzimy też kardamon ( nasiona na kłączach ),
cynamon (
kora, używa się także liści ), gałkę muszkatołową (używa się
lokalnie jako napoju stymulującego np. przy tańcach na weselach), maniok
(kłącza je się jak ziemniaki, liście jak szpinak), ylang-ylang ( pachnące
słodkawo liście, podobno rozrzucone wraz z jaśminem w sypialni kobiety
oznaczają „zielone światło” dla mężczyzny ), różowe
grejpfruty ( w ich liściach czerwone mrówki budują swoje mrowiska
), banany,
goździki
( kiedyś główna uprawa na Zanzibarze, przynosząca ogromne dochody;
obecnie ceny spadły wskutek konkurencji z Azji ). Oglądamy także drzewo
chininowe, jego kora leczy wiele chorób, także choroby skóry. Potem
jedziemy do łaźni sułtana (zażywał tam kąpieli, gdy odwiedzał swoje
plantacje). Po drodze oglądamy jeszcze plantacje kawy i wanilię ( jest
uprawiana na rynek miejscowy, bo musi być zapylana ręcznie pałeczkami z
włókien kokosa; pochodzi z Ameryki Południowej, gdzie zapylają ją
specjalne motyle; podobnie jak pieprz rośnie na innym drzewie ) oraz hennę
( prawdziwa henna – potrzebne cztery malowania, aby osiągnąć
czarną barwę, ale trzyma nawet 2 miesiące, henna kupiona w sklepie,
sztuczna – tylko 2 tygodnie ). Potem odbywa się degustacja różnych
owoców: kakaowca, ogromnego
jackfruita, gorzkich pomarańczy, kwaśnego
starfruita w kształcie gwiazdy, a następnie jemy „lunch”–
ryż z
kardamonem i warzywami. Wcześniej odwiedzamy sklepik z przyprawami (
woreczek przypraw 500Tsh, szafran 2000Tsh, zestaw herbatek 1500Tsh ). Po
jedzeniu zawożą nas do sztucznej
jaskini, gdzie trzymano niewolników po
wprowadzeniu zakazu niewolnictwa ( handlowano nimi nielegalnie ) –
wstęp 1000Tsh. A na koniec udajemy się na plażę – niewielką,
ale całkiem ładną. Ola się kąpie, zbieramy muszelki i kawałki
korala. W drodze powrotnej częstują nas jeszcze kokosem. Kokos ma różne
nazwy zależnie od stopnia dojrzałości. Z trochę starszego pije się
mleczko i je miąższ – takim owocem nas częstują. Wracamy do Stone
Town. Wysadzają nas przy biurze. Trochę błądzimy, ktoś nas
podwozi. Gdy wychodzimy na taras na dachu naszego
hotelu ( tu – na samej górze mamy pokój i tu znajduje się kuchenka
i stołówka ) spotykamy parę Australijczyków – z pochodzenia Polaków,
którzy też mieszkają w tym hotelu. Wyemigrowali z Polski w latach
80-ych. Rozmawiamy z nimi, a potem wspólnie idziemy do Forodhani Gardens.
Tam tym razem jem homara – kosztuje 3000Tsh ale jest bardzo smaczny.
Robi się niemiła sytuacja, bo od naszych znajomych
sprzedawcy chcą zawyżonych cen za proste wegetariańskie dania.
Ostro protestują i w końcu płacą mniej. Po odejściu z ogrodów
dogania nas jakiś facet i twierdzi, że nie zapłaciliśmy za
napoje. Okazuje się, że to ktoś z obsługi nie oddał mu pieniędzy za
naszą colę. Jest piękny wieczór więc idziemy jeszcze razem na piwo do
Sweet & Easy ( drogo – 1 butelka 1800Tsh ) i rozmawiamy.
4.10.2005 Wstajemy, jemy śniadanie i idziemy do miasta. Najpierw
kupujemy pamiątki – negocjujemy cenę tykw z 35$ za 1 sztukę do 13
000 Tsh za dwie sztuki. Potem idziemy zwiedzać Stone Town.
Najpierw odwiedzamy „Dom Cudów” ( wstęp kosztuje
3000Tsh ). W środku są różne wystawy prezentujące historię i sztukę
Zanzibaru. Największe wrażenie robi stojąca w wysokim holu
replika łodzi, którą żeglowano po Oceanie Indyjskim, wykonana bez
jednego gwoździa. Ciekawa jest też wystawa pokazująca wystrój typowego
domu zanzibarskiego w XIX w. Potem idziemy obejrzeć Stary Fort
(
wejście bezpłatne ) i włóczymy się po krętych uliczkach. Kupujemy
następne pamiątki: torebkę z sizalu za 6000Tsh, dwie hebanowe miseczki
za 3500 i 6000Tsh. Potem idziemy jeszcze do Muzeum Pałacowego (dawny
pałac sułtana), ale nie zwiedzamy go w środku. Oglądamy też odnowiony
przez fundację Aga Khana dawny dom celny w hinduskim stylu. Niedaleko
jest restauracja Mercury’s Zanzibar, podobno gdzieś w pobliżu
urodził się Freddy Mercury. Idziemy zjeść do Dolphin
Restaurant dość
tanią ( ale nie najsmaczniejszą ) rybę z ryżem. Wieczorem idziemy do Forodhani
Gardens, kupujemy jednego dużego homara na spółkę za 5000Tsh.
Potrawa nie smakuje Oli. Rzeczywiście ma trochę dziwny smak, więc nie
kończymy go. Wracamy do hotelu, płacimy za nocleg i za jutrzejszy wyjazd
na plażę Nungwi – 10$ za dwie osoby.
5.10.2005 Wstajemy rano. Trochę boje się czy będzie śniadanie, bo dzisiaj zaczął
się ramadan, ale nie ma problemów. O 8.00 prowadzą nas do minibusu, który
zawiezie nas na plażę. Trochę czekamy na innych pasażerów, ale o 9.30
jesteśmy na miejscu. Tam mówią nam, że „shared taxi”
wracają o 10.30. To dla nas za wcześnie, chcemy pobyć dłużej na plaży,
decydujemy się więc na powrót zwykłymi minibusami
„miejskimi”. Ale zjawia się jakiś taksówkarz, z którym
umawiamy się na powrót do miasta za 10$ o 13.00. Idziemy na plażę. Na
brzegu nawisy z koralowców i biały drobny piasek. Woda przejrzysta,
kilka metrów od brzegu zaczynają się ostre skały rafy koralowej. Pływając
kaleczymy się o nie, Ola wbija sobie w stopę kawałek igły jeżozwierza.
W wodzie przy brzegu leżą piękne czerwone
rozgwiazdy. Trochę chodzimy,
trochę taplamy się w wodzie. Przed 13.00 wracamy do knajpki i pijemy
piwo(1500Tsh). W turystycznej części miasteczka nie widać ani śladu
ramadanu. Ponieważ nasz taksówkarz przywiózł jakichś ludzi z
lotniska, musimy czekać, bo wozi ich żeby wybrali sobie hotel –
trochę to trwa. W końcu wyruszamy około 14.00. Taksówkarz wysadza nas
koło portu. Wracamy do hotelu. Czuję, że się spaliłem. Biorę aspirynę.
Myjemy się i idziemy coś zjeść. Dzisiaj nie jest łatwo, bo część
knajp jest pozamykana, a w innych dość drogo. Ja wracam do hotelu, Ola
idzie się jeszcze przejść. Po drodze spotyka faceta, który proponuje
kurs języka kiswahili (5$ za 5 godzin). Kurs kończy się
egzaminem i dostaje się certyfikat. Po powrocie Oli postanawiamy pójść
do Forodhani Gardens. Po
zapadnięciu zmroku ulice zupełnie się wyludniły, więc czekamy, aż się
wszyscy najedzą. W ogrodach mniej ludzi,
są tam głównie turyści. Kupujemy king fish – 2 porcje +
ciapaty + sałatka za 3000Tsh + 2 cole za 1000Tsh. Źle się czuję.
Wracamy do hotelu, biorę coś przeciwko gorączce. Następnego ranka
nadal nie czuję się najlepiej. Pakujemy się, płacimy za ostatnią noc
20$. Pan zamówił nam taksówkę – za przejazd do portu płacimy
3000Tsh. Przechodzimy przez Immigration, przy wejściu na prom
kontrola. Zjawiają się też „polscy” Australijczycy, którzy
mieszkali w naszym hotelu. Ruszamy – prom płynie szybko. Na początku
jest dobrze., ale potem prawie wszyscy mają nudności. Dopływamy na
miejscu po prawie 2 godzinach. |
|
|
6.10.2005
Żegnamy się z Polakami z Australii – Jadwigą i Zenkiem. Łapiemy
taksówkę do hotelu –za 1500 Tsh. Taksówkarz namawia nas usilnie,
abyśmy zamówili u niego kurs jutro na lotnisko. W hotelu odpoczywamy, a
potem idziemy do miasta. W biurze Swiss potwierdzamy naszą
rezerwację, potem kupujemy jeszcze pamiątki: trzy drewniane małpki za
6000 Tsh. Na straganie z alkoholem kupujemy tanzańską whisky „Chesterfield”
– 2 butelki po 5000 Tsh, Amarulę – 0,5l za 9000 Tsh i 2
malutkie "małpki" amaruli po 1000 Tsh. Odnosimy zakupy do hotelu, a potem idziemy do
Chef’s Pride.
7.10.2005 Po śniadaniu idziemy na internet, wczoraj nie zdążyliśmy, bo pan
musiał iść na wieczorną modlitwę do meczetu. Zostawiamy bagaże w
recepcji. Idziemy do centrum Nyaraame, gdzie lokalni artyści
sprzedają swoje wyroby. Kupujemy mały bębenek za 5000Tsh i 3 saszetki
po 2000 Tsh. Potem idziemy do Shoprite. Przed bankiem koło sklepu
zamieszanie, pan z karabinem nie chciał nas przepuścić, przeszliśmy
druga stroną ulicy. Kupujemy wódkę Konyagi.. Potem po raz
ostatni idziemy zjeść do Chef’s Pride – zamawiamy King
Fish. Idziemy na przechadzkę uliczkami niedaleko hotelu. Chcemy wejść
do zadbanego parku z pomnikiem odzyskania niepodległości, ale okazuje się,
że jest zamknięty, nikogo tam nie ma , nie widać nawet ławek. Siedzimy
trochę w parku obok, który jest dostępny dla ludzi, ale za to brudny i
zaniedbany. Wracamy do hotelu i czekamy na taksówkę. Pan zajmujący się
Internetem niecierpliwie czeka na zmierzch i możliwość jedzenia. Taksówkarz
jest punktualnie i podróż mimo korków trwa ok. 30 min – płacimy
10000 Tsh. Nie wpuszczają nas do budynku lotniska, bo jeszcze nie zaczęła
się odprawa. Czekamy na ławeczkach przed budynkiem, a wraz z nami coraz
więcej pasażerów, którzy też nie zostali wpuszczeni. Wymieniam
szylingi tanzańskie na dolary. Gdy nas wpuszczają okazuje się, że nasz
samolot ma opóźnienie z powodu mgły w Zurichu oraz że musimy zapłacić
8$ dodatkowej opłaty za „bezpieczeństwo”, nie wliczonej w cenę
biletu. Kłócę się, ale w końcu płacimy. Musimy ponownie wypełnić
karty wyjazdowe, bo poprzednie zgubiła kobieta z obsługi lotniska.
Przechodzimy odprawę paszportową i czekamy na otwarcie bramki. Robimy
zakupy w sklepie wolnocłowym. Ogłaszają 2 razy, żeby wchodzić do
poczekalni przy bramce, ale człowiek z obsługi nikogo nie wpuszcza i każe
czekać. W sklepie jakaś pani łamaną polszczyzną dziwi się, że w
Tanzanii spotyka kogoś mówiącego po polsku.. Wreszcie wpuszczają nas
do poczekalni a potem do samolotu. Wylatujemy o 22.30. Wpierw spryskują
luki bagażowe czymś na owady (przeciwko malarii). Mamy międzylądowanie
w Nairobi. Jemy bardzo późna kolacje (ok. 1.00) i bardzo wczesne śniadanie. |
|