|
Zambia i Zimbabwe |
|

|
|

|
Po opuszczeniu Tanzanii i przekroczeniu
granicy Zambii idziemy
po wizę – płacimy 25$ od osoby, wypełniamy formularz w 3
egzemplarzach ( nie mają ksero ) i kartę wjazdową. Dostajemy wizę i
pokwitowanie wpłaty. Potem jakiś agent celny chce żebyśmy wypełnili
formularze, ignorujemy go. Następnie jest kontrola celna. Jakiś pan
od narkotyków (pokazuje legitymację) ogląda naszą apteczkę i przegląda
torbę Oli. W końcu możemy spakować się i wsiąść do autobusu.
Wyruszamy po 10:00. Droga jest O.K. – asfaltowa. Podróż bez
niespodzianek. Postój po drodze – pijemy colę za 2000 Kwacha. Potem
napotykamy wypadek drogowy – pasażerowie pomagają postawić samochód
(było dachowanie) – jeden człowiek jest zabity, drugiego rannego
zabrano już do szpitala. Ruszamy dalej. Do Lusaki docieramy ok. 21:45.
Obskakuje nas tłum taksówkarzy. Wybieramy jednego – za 10 000
Kwacha (stargowane z 15 000
Kwacha) ma nas zawieść do Hubert Young Hostel. Dojeżdżamy tam,
nikogo nie ma w recepcji, łazienki cuchną. Goście stojący przy
recepcji mówią nam, że chyba nie już tu miejsc. Jedziemy więc do Chachacha
Guest House – tam też nie ma miejsc, ale kierują nas do
pobliskiego Kuomboka
Backpackers. Tam są miejsca w dormitorium po 30 000 Kwacha za osobę.
Taksówkarza chce nas wieźć poza miasto do Emmesdale Masiye Lodge, ale
chce za to 60 000 Kwacha. Nie mamy tyle pieniędzy. W Kuomboka chcą,
abyśmy zapłacili za nocleg z góry. Uzgadniam, że zapłacimy w
$. Następnie odbywa się kłótnia z taksówkarzem, który chce 30 000
Kwacha, a my obstajemy przy 20 000 Kwacha. Taksówkarz w trakcie kłótni
wdziera się na teren hotelu, wymachuje rękoma, krzyczy, trochę
powstrzymuje go obsługa hotelu. Właścicielka każe nam dogadać się z
nim za bramą. Daję mu dodatkowe
5 000 Kwacha i odjeżdża. W hotelu śpimy
w 10-łóżkowym dormitorium ( na szczęście oprócz nas jest tylko jedna
para) za 30 000 od osoby. Są wspólne prysznice, WC, umywalki –
czyste, ale dosyć zdezelowane. Jesteśmy bardzo zmęczeni, więc po
umyciu się i zakupieniu w barku wody ( 750 ml za 2000 Kwacha) kładziemy
się spać. Na 20 minut wyłączają światło, ale potem znów jest prąd.
Obsługa hotelu twierdzi, że zdarza się to „sometimes”.
9.09.2005 Rano wstajemy i dowiadujemy się o możliwość zamiany
pokoju na dwójkę – dostajemy pokój za 100 000 Kwacha. Potem
bierzemy taksówkę do ambasady Malawi za 50 000 Kwacha z czekaniem
– tak umawiamy się z taksówkarzem. W ambasadzie każą nam zrobić
ksero paszportów i biletów lotniczych – podjeżdżamy do
pobliskiego centrum handlowego i odbijamy ( 400 Kwacha za stronę).
Wracamy do ambasady. Nie dają nam wiz, bo nie mają wklejek wizowych.
Dostajemy za to oficjalne pismo, które ma nas upoważnić do
przekroczenia granicy. Wszystko to trwało ponad godzinę, czekaliśmy w
przestronnej sali z portretem prezydenta Malawi. Z ambasady postanawiamy
pojechać do centrum miasta. Taksówkarz chce za to więcej pieniędzy
– daję mu 54 000 Kwacha. Idziemy zjeść do Fajemy –
restauracji opisywanej w „Lonely Planet”. Napotykamy lokal o
tej nazwie wcześniej niż to jest na planie (okazuje się potem, ze jest
to filia) – jemy kurczaka z frytkami za 10 500 Kwacha i warzywa z ryżem
za 6000. Potem korzystamy z Internetu w kafejce (
150 Kwacha za minutę.), a następnie idziemy do supermarketu Shoprite (sieć
popularna w południowej Afryce – coś jak nasz Real .). Ponieważ
nie wpuszczają tam z plecakami, a nie chcę ich zostawiać w przechowalni, do
sklepu wchodzi tylko Ola – kupuje wodę, chleb, tuńczyka w puszce i
in.. Ja w tym czasie idę na pocztę ,
potem spaceruję, przyczepia się do mnie jakiś żebrak.
Następnie – już razem – kupujemy kartki pocztowe (2500
Kwacha sztuka) i znaczki (1800 Kwach – poczta lotnicza), wypełniamy
je i wysyłamy. Wracamy do hotelu, po drodze chcemy się napić coli.
Jedna z pań sprzedających napoje nie miała czym ich otworzyć, jej pomocnik
chciał to zrobić zębami,
więc zrezygnowaliśmy. Kupiliśmy u innej pani przy drodze za 1800
Kwacha.
Wieczorem pijemy piwo: Castle ( na licencji RPA) za 10500
Kwacha i zambijskie Mosi za 10 000 Kwacha. Piwo jest przyzwoite.
Następny dzień zaczynamy od wizyty w Chachacha Guesthouse –
rezerwujemy hotel po powrocie z Livingstone (18$ za dwójkę bez łazienki).
Potem idziemy na pocztę i kupujemy kartę telefoniczną (50 impulsów za
25 000 Kwacha),.
Dzwonimy i rezerwujemy pokój w hotelu Jollyboy Backpackers w Livingstone
oraz namiot za 20$ w Wildelife Camp w South Luangwa National
Park (w polecanym przez wielu obozie Flatdog nie było już miejsc).
Chodzimy po
bazarze – sprzedają tam głownie elektronikę, nie jest zbyt interesująco.
Idziemy do Farmer’s House – biurowca gdzie mieści się
m.in. lusakijska giełda. Chcemy napić się kawy ale wszędzie kosztuje
ok. 5000-6000 Kwacha za filiżankę. Potem idziemy zjeść do Fajemy. Jemy nshimę – ja z kurczakiem, Ola z
warzywami. Nshima
to rodzaj drobnej kaszy, ugotowanej na
lepko (jak kasza manna), typowe danie w tej części Afryki. Wcześniej kupiliśmy bilety autobusowe
na następny dzień na 10:00 do Livingstone ( 60 000 Kwacha od
osoby). Wracamy do hotelu – odpoczywamy, potem krótka przechadzka.
Widzimy fajne napisy informacyjno-propagandowe na murach szkoły
(ostrzegające przed AIDS i narkotykami). Po powrocie pijemy piwo w
hotelowym barze. Pranie odebraliśmy wcześniej (20 000 Kwach za całą
pralkę). Niestety
wybucha kłótnia z kierowniczka hotelu z powodu nie działającej łazienki,
braku żarówki itp. Myjemy
się – ciepła woda jest tylko w prostych prysznicach dla dormitoriów.
Jemy kolację – tuńczyk z bułką. Wracając do hotelu kupiliśmy
cukier w przydrożnym straganie ( 1 kg – 4500 Kwach, 1 porcja
– 500 Kwach ; kupiliśmy 2 porcje w woreczkach foliowych –
zostało ich potem do końca podróży). Fotografuję a potem zabijam w
pokoju karalucha. |
|

|
11.09.2005 Rano pakujemy się, pijemy kawkę i
opuszczamy hotel. Niestety przed wejściem do hotelu nie ma taksówek, więc
ruszamy pieszo w kierunku centrum. Szybko podjeżdża taksówka,
negocjujemy 10 000 Kwacha za podwiezienie na dworzec autobusowy. Tam
okazuje się, że nasz autobus jest już prawie pełen mimo, że jest
dopiero 9:15. Pakujemy bagaże i wsiadamy. Ciasno. Niedaleko nas siedzą
jacyś rosyjskojęzyczni podróżni. Ruszamy punktualnie. Podróż jest
monotonna, z jednym postojem po drodze ( całkiem ładny
„zajazd”). O 16:00 jesteśmy w Livingstone. Długo trwa
wypakowywanie. Idziemy do Jollyboys Backpackers. Okazuje się, że
zapisali nas na jeden dzień do pokoju za 25$, a na drugi dzień za 30$.
Po dłuższych dyskusjach oferują nam pokój za 20$ - bardzo mały i
prosty, z piętrowym łóżkiem. Bierzemy na jeden dzień ten za 25$, a na
następne ten za 20$. Płacę za pierwszy dzień 112 000 Kwacha. Po
rozłożeniu się idziemy do miasta. Szukamy innych hoteli. Przy stacji
benzynowej znajdujemy miejscowy hotel
z pokojem z łazienką za 70 000 Kwacha, ale atmosfera w hotelu
jest jakaś nijaka.. Idziemy dalej do Red Cross Hostel – dwójki
bez łazienki za 50 000 Kwach, z łazienką za 60 000 ( ale zajęte).
Rezerwujemy pokój na następny dzień– chyba się przeniesiemy.
Idziemy jeść do Funky Monkey – drogo, duża pizza 20-30 tys.
Kwacha, mała 14-20 tys. Kwacha. Wracamy i po drodze pytamy się jeszcze o
pokój w Fawlty Towers – tam chcą 30$ za dwójkę. Po
powrocie do Jollyboys Backpackers postanawiamy się przenieść
następnego dnia.
12.09.2005 Rano opuszczamy Jollyboys Backpackers i idziemy
do Red Cross Hostel. Tam właśnie sprzątają nasz pokój po
poprzednim lokatorze. Wychodzimy aby zadzwonić do Wildelife Camp i
potwierdzić naszą rezerwację – sprawdzanie trwa długo, musimy
kupić najpierw jedną kartę telefoniczną za 10 000 Kwacha a potem drugą
za 25 000 Kwacha. Potem kupujemy wodę w supermarkecie i idziemy na
przystanek minibusów przy targowisku. Przejazd do Wodospadów
Wiktorii kosztuje 2000 Kwacha od osoby. Czekamy chwilę, aż
pojazd się zapełni. Dojeżdżamy bez problemów. Podchodzimy kawałek do
miejsca gdzie trzeba wykupić bilety. Wstęp dla obcokrajowców kosztuje
10$. Łagodne malownicze ścieżki,
piękne widoki, ale wody nie spływa bardzo dużo. Za wstęp na wyspę
Livingstona ( chyba jakąś mierzeję w korycie Zambezi, gdzie można
się kąpać ) trzeba zapłacić 25$ - darowujemy sobie. Okazuje się, że
ścieżka do Boiling
Pot ( u brzegu rzeki w dole ) jest zamknięta, bo trwają jakieś
prace – można nią chodzić tylko do 10.30 rano. Wpisują nam na
biletach, że możemy tam wejść następnego dnia. Wracamy do miasta
– również minibusem (taka sama cena). Wieczorem wychodzimy na
miasto. Internet – 200 Kwacha/min., można też nagrać CD za 10 000
Kwacha i przegrać zdjęcia z aparatu cyfrowego na CD. Kolacja w Rite
Pub – ¼ kurczaka z frytkami za 24 000 Kwach, piwo 7000
Kwacha, ogółem płacimy ponad 60 000 Kwacha za 2 osoby.
Następnego dnia wcześnie rano idziemy na miejsce odjazdu minibusów. Po
drodze kupujemy zimbabwijskie dolary – po krótkim targowaniu
za 100 000 Kw dostajemy 800 000 Z$. Okazuje się , że
do Boiling
Pot jest oddzielne wejście, strażnicy podprowadzają nas tam.
Musimy wrócić do 10.00. Dość ciężkie zejście – pył, potem
kamienie. Miejsce fajne – widok na wąwóz rzeki Zambezi z dołu ,
spod mostu. Robimy zdjęcia ludzi spływających pontonami i kajakami.
Wracamy na górę, jesteśmy przed 10.00. Idziemy do zambijskiego
punktu granicznego. Okazuje się, że mamy pojedynczą wizę, więc
wracając z Zimbabwe musielibyśmy kupić nową. Ale „szef”
pozwala nam przejść i wrócić na tej samej wizie , o ile wrócimy do
14.00 ( wtedy przychodzi następna zmiana straży granicznej ). Idziemy
przez most. Do zimbabwijskiego punktu granicznego podwożą nas
rikszą rowerową za 60 000 Z$. Na granicy okazuje się, że nie ma już
wiz jednodniowych (tak jak pisano w Lonely Planet), są tylko pojedyncze
za 30 USD . Ola dyskutuje, urzędnik się wścieka, grozi, że nas nie wpuści.
W końcu kupujemy te wizy i idziemy. Kupujemy colę po 30 000 Z$ i wodę
po 40 000 Z$. Wstęp do parku
– 20USD. Chodzimy 2 godziny – jest przepięknie, wspaniałe
widoki na wodospady
Wiktorii (lepsze niż po stronie Zambii), malownicze ścieżki
w lesie deszczowym, tęcza
w mgiełce nad wodospadem. Wracamy przez most – zdążamy przed
14.00, nie ma problemów z powrotem do Zambii. Zostało nam 560 000 Z$,
wymieniamy je na 45 000 Kwacha. Przed powrotem do miasta postanawiamy
odwiedzić wioskę Mukuni.
Umawiamy się z taksówkarzem , że za całą wycieczkę zapłacimy 80 000
Kwacha. Zawozi nas. Za oprowadzanie po wiosce musimy zapłacić 30 000
Kwacha za dwoje. Mieszkaniec wioski – młody mężczyzna -
opowiada o jej historii ( wioska ma 700 lat, jeden z poprzednich
wodzów wioski spotkał się z Livingstonem ), obecnym życiu, tradycjach,
systemie rządów ( król i
jego siostra – królowa, która jest jednocześnie szefową rady
wioskowej, trucie złych władców (?) ). Oglądamy domy, rynek z rękodziełami,
kupujemy 2 figurki „diabełków” za
15 000 Kwacha i hebanowe sztućce za 15 000 Kwacha. Wracamy do
miasta. Wieczorem jemy w
kurczakarni "Hippos in" – za 24 000 Kwacha 4 kawałki
kurczaka, 2 porcje frytek, wodę i napój. Wracamy do hotelu. Ola spotkała
w prysznicu fruwającego karalucha – krzyczała tak głośno, aż
przyszła zaniepokojona pani z recepcji z pytaniem co się stało.
Następnego dnia wstajemy wcześnie o 6.30, bo mamy zgłosić się do
autobusu o 7.30. I tak przychodzimy. Idziemy jeszcze napić się coli na
ryneczek, gdzie odjeżdżają minibusy. Autobus nie odjeżdża ani o 8.30,
ani o 9.00, ale dopiero gdzieś o 9.30. oczywiście miejscowi przyszli
odpowiednio, tylko my tak głupio siedzieliśmy. Wreszcie ruszamy –
podróż monotonna, z dwoma dłuższymi przystankami. |
|


|
Docieramy do Lusaki ok. 16.00. Taksówka do
Chachacha Backpackers to koszt 10 000 Kwacha. Dostajemy zarezerwowaną dla nas
dwójkę – 84 000 Kw. Wychodzimy do miasta, jemy w kurczakarni
Just Chicken ( 2 razy po 2 kawałki kurczaka + frytki + sałatka +
cola – około 25 000 Kwacha ). Jest już ciemno, więc szybkim krokiem
wracamy hotelu omijając niczym nie zasłonięte otwory studzienek
kanalizacyjnych. Jesteśmy zmęczeni, wiec wypiwszy po piwie (5000 Kw)
idziemy spać.
15.09.2005 Z samego rana wyruszamy do Mozambique High
Comission, aby wyrobić wizę. Na miejscu okazuje się, że wiza
kosztuje 150 000 Kwacha od osoby (nie można płacić w USD), ale trzeba czekać
48h, więc wybieramy wersję ekspresową za 200 000 Kwacha od osoby. Mamy wrócić
na 14.00. Jemy śniadanie w Wimpy (coś w rodzaju Burger Kinga) –
tost z serem i pomidorem , skromne „english breakfast”, kawa i
herbata – wszystko razem 33 000 Kwacha ( trochę drogo !). Po powrocie
do hotelu odbieramy uprane rzeczy (1000 Kw za T-shirt, 2000 Kw za spodnie,
razem 20 000 Kw) i bierzemy się sami za pranie bielizny. Spotykamy parę
Polaków – przylecieli dziś do Lusaki, zamierzają być głównie w
Zambii – wymieniamy informacje. Mamy mało czasu więc szybko
ruszamy do miasta Robimy
zakupy w supermarkecie (3 wody a’ 2 l, 2 x ciastka, tuńczyk, 6 bułek,
soda => wszystko razem 20650 Kw) Potem idziemy do kafejki internetowej
– ciągle przerywa połączenia (2500 Kw). Wędrujemy na dworzec
autobusowy i kupujemy bilety do Chipaty na rano (boarding
6.00-6.30) za 70 000 Kwacha od osoby. Ponieważ jest już późno jedziemy
taksówką do ambasady Mozambiku (targujemy z
20 000 na 15 000 Kwacha za przejazd). Odbieramy paszporty z wizami i
wracamy na piechotę do hotelu. Czuję się niewyraźnie – mam katar
i chyba gorączkę- biorę leki i odpoczywam. Wieczorem siedzimy na
tarasie. Jakiś człowiek ma 2 marionetki w ludowych strojach, które tańczą
w takt muzyki. Jeszcze raz spotykamy parę z Polski – opowiadają,
że gdy wychodzili po zmroku z knajpy w centrum Lusaki, grupa wyrostków
próbowała im wyrwać siatki z zakupami.
Następnego dnia wstajemy o 5.00, bierzemy taksówkę na dworzec
autobusowy za 15 000 Kwacha. Wsiadamy do autobusu,
plecaki kładziemy na siedzeniach z tyłu. Próbują wyłudzić od
nas dodatkowe pieniądze za bagaż , ale nic nie dajemy. W autobusie jest
jeszcze jedna biała para. Odjeżdżamy po 7.00. Podróż spokojna,
nie wszystkie miejsca zajęte, krótkie postoje po drodze, w tym przy moście
przez Zambezi. Przed 15.00 jesteśmy w Chipacie. Nie
bierzemy taksówki za 5000 Kwacha tylko na piechotę brniemy do hotelu Pine
View. Tam bierzemy dwójkę z łazienką za 90 000 Kw. W pokoju jest
Biblia. Po odpoczynku idziemy do miasta, robimy zakupy w Shoprite (tuńczyk,
aspiryna, chińska zupka, woda, chleb – razem 74 000 Kwacha ). Tłum
rzucał się na chleb wyjmowany z pieca – wywalczyliśmy 3 bochenki.
Odnosimy zakupy do hotelu i wychodzimy coś zjeść. Wtedy w całym mieście
wyłączają prąd. Idziemy jednak do małej knajpki naprzeciwko stacji
benzynowej Caltex i jemy tam przy świecach kolację. Kurczak jest
wspaniały !!! Wracamy do hotelu i gdy już właściwie kładziemy się
spać, włączają światło.
17.09.2005 Pani z recepcji wysyła kogoś dla nas po taksówkę.
Taksówkarz chce za kurs do dworca 15 000 Kw, negocjujemy 10 000 Kw. Na
dworcu od razu znajdujemy minibus do Mfuwe za 35 000 Kw, dowiozą nas do
Wildlife Camp za 50 000 Kw. Wpakowujemy się do minibusu, oprócz nas
jeszcze 2 białe pary – też jadą do South Luangwa National Park.
Straszny ścisk. Starszy pasażer odmawia przed wyjazdem modlitwę. Ruszamy,
ale po drodze stajemy, bo muszą dowieźć taksówką benzynę (!) Znowu
jedziemy – wpierw piaszczystymi drogami przez miasto, potem kawałkiem
asfaltu i wreszcie wyboistą drogą szutrową. W pewnym momencie minibus
psuje się – prawdopodobnie szwankuje pompa paliwowa. Kierowca i
pomocnik przelewają paliwo z baku do kanistra i zasysają ustnie przez
rurkę do gaźnika. W czasie reperowania przejeżdża ciężarówka z
World Food Programme. Jest w niej jakiś żołnierz z MP (Military
Police). Zabiera kierowcę (bo
to nie jego samochód). Na szczęście po jakimś czasie go wypuszczają.
Ruszamy i przejeżdżamy punkt kontrolny Wildlife Checkpoint. Wjeżdżamy
na kawałek asfaltu, ale droga idzie pod górę i nasz minibus znowu się
psuje. Trzeba wlać wody, pomocnicy kierowcy biegną po wodę
do wioski. Mimo wlania wody nie możemy ruszyć pod górę, więc
wszyscy pasażerowie (oprócz jednego staruszka ) wysiadają i idziemy,
a minibus bez obciążenia podjeżdża. Dwie starsze panie ledwo dochodzą. Ruszamy
znowu. Pojazd kilka razy znowu się psuje, znowu przelewają paliwo.
Jedziemy w stronę lotniska, bo jedna pani tam gdzieś wysiada, a potem
zawracamy do Mfuwe. Kura wieziona przez jednego z pasażerów na podłodze
zdycha ( wcześniej zdążyła trochę zapaskudzić podłogę ... ). Zatrzymujemy się na chwilę (udaje się nam szybko
kupić i wypić colę), niestety minibus znowu nie chce ruszyć. Jest już
po 18.00, zapada zmrok. Do Wildlife Camp jedziemy my i para Anglików
(
z wczorajszego autobusu do Chipaty), a do Flatdogs francuskojęzyczni
Szwajcarzy ( nie mają rezerwacji ). Szwajcarka krzyczy, że nie jadą
dalej, że wszędzie są opary paliwa i to grozi wybuchem (prawdę mówiąc
paliwo było wszędzie już od pierwszego popsucia się pojazdu ). Po
przepychankach słownych kierowca załatwia nam nowy sprawny minibus, który
bez problemu rozwozi nas do obozów. W obozie Wildlife Camp
przyjmują nas bardzo miło. Zamawiamy kolację: stek (10$) i jakieś
danie indyjskie (9$), cola po 1$. Zamawiamy poranną jazdę „game
drive” na następny dzień. Zawożą nas do naszego namiotu w
innej części obozu. Po drodze widzimy słonie, hipopotamy, wcześniej koło
Flatdogs widzieliśmy żyrafy. Myjemy się i wkrótce przyjeżdża
kierowca, który zawozi nas na jedzenie ( w nocy nie można chodzić po
terenie obozu ze względu na dzikie zwierzęta, w ciągu dnia tylko
wyznaczonymi ścieżkami).
18.09.2005 Rano wstajemy o 5.15,
zapominają po nas przyjechać (bo byliśmy wpisani
„dodatkowo”), ale dopytujemy się i zabierają nas. Pijemy kawę
i wyruszamy troszkę po 6.00. Przejeżdżając przez most nad Luangwą
widzimy w rzece wielkie stado hipopotamów. Płacimy za wstęp do parku
(20$ za 24godziny) i wjeżdżamy. Widzimy słonie, żyrafy, bawoły, kudu,
inne antylopy, krokodyle, dwa lwy z bardzo daleka, różne ptaki, wielką
jaszczurkę. W trakcie przejażdżki jest krótka przerwa na kawę nad
brzegiem malowniczego jeziorka pokrytego rzęsą, w którym przesuwają się
podobne do pni grzbiety krokodyli. Do obozu wracamy po 10.00, jemy śniadanie
(tuńczyk + chleb). Trochę odpoczywamy, a potem idziemy brzegiem rzeki do
głównej recepcji – w oddali widać słonie. Dowiadujemy się o
transport powrotny do Chipaty. Podobno minibusy wyjeżdżają
wieczorem o 18.00, a tak pozostaje albo podwiezienie przez innego turystę,
albo wynajęcie taksówki za 120 $. Co zrobić? Na razie wyruszamy na
wieczorną jazdę. Jeszcze przed zachodem słońca widzimy walczące słonie,
zebry iżyrafy. Gdy się zmierzcha jedziemy nad brzeg rzeki – serwują
nam coś do picia ( my zamówiliśmy piwo). Po zapadnięciu zmroku w światłach
silnego reflektora udaje się nam zobaczyć trochę małych zwierzaków
kotowatych, ale nie widzimy ani lwa, ani leoparda. Za to napotykamy guźce,
słonie, hipopotamy (uciekają, jeden był bardzo blisko). Wracamy do
obozu ok. 21.
Następnego ranka próbujemy coś załatwić z
transportem – nie ma nikogo, kto by nas podwiózł. Będą dzwonić
do innych obozów czy ktoś nie jedzie do Chipaty, a jak nie to
chyba weźmiemy taksówkę. Robimy pranie, część rzeczy oddajemy
Normanowi z obsługi do prania
(5$), drobne pierzemy sami. Potem odpoczynek, przechadzka do recepcji,
obiadek. O 15.00 mamy „walking safari”- idą z nami
strażnik z bronią i przewodnik – oglądamy najpierw termitiery,
potem różne ślady zwierzaków. Zachodzimy nad jezioro, gdzie
obserwujemy płochliwe ptaki. Dopiero na samym końcu spotykamy większe
zwierzęta: mangusty, bawoła, płochliwe żyrafy i słonie. Dochodzimy z
powrotem do obozu, jemy zamówioną wcześniej kolację – ja sznycel
z kurczaka (10$), Ola pasta basilica (7$). Czekamy na wiadomość o
transporcie, ale nic się nie wyjaśnia.
20.09.2005 Wstajemy o 6.15, pakujemy się i idziemy do recepcji. Tam czekamy na
wiadomość o samochodzie z lotniska
- do 8.00. ale okazuje się, że i jego nie ma. Podwożą nas bezpłatnie
do stacji BP w Mfuwe. Szukamy samochodu. Pojawia się pan od
minibusu( tego który nam się
psuł w drodze z Chipaty ). W końcu znajduje się pani z
samochodem – negocjujemy 130$ (chciała 150$). Jedziemy. Przy wyjeździe
z miasta zatrzymuje nas policja, długie oczekiwanie, w końcu kierowca
daje łapówkę i ruszamy dalej. Ok. 20 km za miastem, na kompletnym
pustkowiu, łapiemy
dętkę. Okazuje się, że zapasowe koło też jest dziurawe.
Kierowca i jego pomocnik nie bardzo wiedzą co zrobić, próbują zdjąć
oponę z felgi ( aby zanieść koło do wulkanizatora? )- nie bardzo im to
idzie. Na szczęście pojawia się terenówka z jakimiś muzułmanami z Lilongwe.
Pakujemy się razem z bagażami do oszklonego bagażnika i tak jedziemy.
Jest duszno, siedzę na jakimś węglu drzewnym. Trochę mi niedobrze, ale
po drodze jest krótki postój, jakiś miejscowy sprząta bagażnik,
opowiada przy tym jak wydalono go z RPA, zostawił tam całą rodzinę...
Do Chipaty dojeżdżamy ok. 13.00. Bierzemy taksówkę za 50 000 Kw
do granicy
( wpierw chcieliśmy jechać „shared taxi” ). Przy granicy
wymieniamy zambijskie kwache na malawijskie po kursie 1000 ZK = 40 MK i
dolary ( 10$ = 1100 MK). Potem jedziemy taksówką za 800 MK do granicy Malawi. Tam pan w Immigration coś tam kwęka na nasze papiery, ale
w końcu wystawia nam pismo do Immigration Office w Lilongwe. |
|