Armenia i Gruzja 2015


Starożytne klasztory i kościoły, Górny Karbach, góry Kaukazu, tajemnicze wieże Swanetii, muzeum Stalina.

Galeria zdjęć z wyjazdu

23.08.2015. Mirek zawozi nas na lotnisko. Wylot o 22:30. Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie. Również lot mija OK. Bezpłatnie dają batonik i wodę – reszta do kupienia ( LOT ). Teoś trochę rozrabia, ale w końcu zasypia.

24.08.2015. Lądujemy, odbieramy bagaże i idziemy do kontroli paszportowej. Gruzini dają każdemu dorosłemu na powitanie małą butelkę czerwonego, gruzińskiego wina. Fajne !. Po wyjściu czeka już na nas kierowca zamówiony przez Kaukaz.net z kartką „Villa Opera” i zawozi nas do na ulicę, gdzie jest nasz apartament. I tutaj pojawia się problem – jest zdziwiony, że chcemy mu zapłacić w złotówkach, jak było uzgodnione przez emaila. Jest środek nocy, nie ma zbytnio do kogo zadzwonić,  w końcu odjeżdża z naszymi 75 PLN. My dzwonimy do pani od apartamentu, czekamy na nią, czekamy, w końcu przyjeżdża ( uff !!! ). Apartament w bloku, który miał być luksusowy, ale nie został chyba dokończony, sam apartament ma różne drobne niedociągnięcia ( brak papieru, coś tam nie działa ), ale ogólnie OK. Żeby się dostać do budynku trzeba użyć dwóch kart ( albo przejść od tyłu ). Idziemy spać, budzimy się gdzieś około 11 rano. Idziemy na zakupy, wymieniamy 20 Euro po kursie 1 EUR = 2,69 lari ( GEL ) . Okazuje się, że są tylko 2 linie metra ( a właściwie 1,5 linii ). Metro głębokie, nie modernizowane chyba od czasów ZSRR. Trzeba kupić kartę za 2 lari  i ją doładowywać ( kartę można oddać w ciągu miesiąca, jedna karta może być na dwie osoby ), Teoś jeździ za darmo. Ludzie są mili, ustępują miejsca Teosiowi, poprawiają mu czapkę, mówią gdzie wysiąść. Dojeżdżamy do ulicy Rustavelli i szukamy księgarni angielskiej ( żeby kupić przewodnik  Lonely Planet, który zostawiliśmy w domu ). W końcu udaje się nam ją znaleźć i kupić przewodnik za 49 lari. Potem idziemy do punktu informacji turystycznej, gdzie dostajemy namiary na firmy taksówkowe jeżdżące do Erywania ( podobno 250 lari ) oraz na miejsce, gdzie można kupić lokalną kartę SIM. Kupuję kartę za 5 lari i doładowuję ją za 5 lari. Dzwonię pod adresy znalezione w sieci i dogaduje się z jednym panem na transport następnego dnia do Erewania za 200 lari .Wymieniam większą sumę po troszkę lepszym kursie. Idziemy coś zjeść do knajpki Racha z przewodnika i jedzenie jest całkiem dobre i dość tanie. Z powrotem bierzemy taksówkę za 5 lari. Kupujemy Teosiowi obiecany samochodzik.

25.08.2015. Okazuje się, że pan od transportu do Erewania wieczorem do mnie SMSował z pytaniem o dokładny adres. Dzwonię do niego, ale nie odbiera. Pani od apartamentu się spóźnia, przysyła  bratanka. W końcu udaje się nam zapłacić 180 lari za dwie noce w apartamencie, oddać klucz i karty do drzwi, zapakować do samochodu i wyruszyć. Teoś chce siku i ma nudności. Zatrzymujemy się na przejściu granicznym, gdzie Teoś trochę wymiotuje po stronie gruzińskiej  ( tamże musimy wysiąść, po stronie ormiańskiej wszystko odbywa się z samochodu, celnicy tylko oglądają bagażnik ). Droga nie jest najlepszej jakości, kręta, jedziemy przez góry. Teoś wymiotuje. Kierowca daje nam jakąś tabletkę ( dajemy Teosiowi połowę, Ola potem sprawdza, że to odpowiednik naszego aviomarinu ), Teoś po niej zasypia.  Mijamy po drodze miejsce , gdzie są same blaszaki z różnymi usługami samochodowymi. W Armenii dużo napisów także po rosyjsku, w Gruzji było chyba więcej po angielsku. Dojeżdżamy do Erewania. Pan dzwoni do pani od naszego apartamentu, wysadza nas na chodniku , inkasuje 200 lari i odjeżdża, Czekamy, aż przychodzi dwóch chłopaków, w tym jeden mówiący po angielsku. Idziemy do starego bloku ( kable na wierzchu, wszystko mocno przechodzone ). Nasz apartament jakiś czas temu był odremontowany, ale kanapa się nie rozkłada, ciepła woda ledwo cieknie, Internet ma być za pół godziny. Podwożą mnie aby wymienić pieniądze ( 1 EUR = 553 dram ). Po powrocie płacimy 67000 dram za cztery noce i sprzątanie. Po rozpakowaniu się idziemy coś zjeść – w dość eleganckiej La Piazza płacimy ponad 13000 dram za 2 pizze, spaghetti, 4 piwa miejscowe i sok jabłkowy. Lody – 500 dram za dużą gałkę.  Trochę pada.

26.08.2015. Pogoda pochmurna , ale wydaje nam się, że nie będzie padać. Idziemy zwiedzać Erewań, jutro jedziemy do Ehmiadzinu i Zvartnosc. Najpierw idziemy do kościółka Katoghike. Został on rozebrany w latach 30-tych, obecnie odbudowany, przetrwała tylko stara kapliczka, obroniona przez mieszkańców. Potem mijamy gmach Opery, wokół którego rozłożyły się atrakcje typu samochodziki dla dzieci. Zaczyna padać, chronimy się w kafejce, z bardzo droga kawą ( 900 dram ). Idziemy zwiedzać Kaskadę. Robi całkiem ciekawe wrażenie ( choć jest niedokończona ) – muzeum sztuki nowoczesnej długi tunel na górę. Schody ruchome bardzo pomagają. Szkoda że najwyższa część jest niedokończona i raczej nie wygląda żeby się tam coś działo. Na samym szczycie góry jest lekko zaniedbany pomnik 50-lecia radzieckiej Armenii, a zanim fajna wystawa różnych hmm, rzeźb. Idziemy do wesołego miasteczka – wszystko mocno zdezelowane, ale duża część atrakcji działa. Jemy w kawiarni, gdzie za dwa dania z mięsa, szaszłyk piwo i sok płacimy aż 12000 dram ( zdzierstwo ). Ponieważ przejaśnia się i Teoś chce pojeździć na różnych atrakcjach biegnę do bankomatu, bo wydaliśmy ostatnie drobne na obiad. Ola z Teosiem jeżdżą na ogromnej huśtawce-autobusie i kolejką ( około 400-500 dram od osoby za przejazd ). Następnie idziemy do pomnika Matki Armenii z mieczem zwróconym w stronę Turcji i z uzbrojeniem z czasów II Wojny Światowej rozstawionym wokół. Park z tablicami z nazwiskami armeńskich bohaterów II Wojny Światowej mocna zaniedbany. Wracamy na dół kaskady ( schody ruchome ) i do hotelu, po drodze robiąc zakupy. Wieczorem gaśnie światło, idziemy spać po ciemku, na szczęście ktoś je reperuje i możemy jeszcze włączyć pranie.

27.08.2015. Najpierw łapiemy taksówkę na dworzec autobusowy Kilikian Avtokayan ( 600 dram ), gdzie wsiadamy do marszrutki do Ehmiadzin ( 250 dram odo osoby, za Teosia nie liczą, dość pusta ). W Ehmiadzin zwiedzamy starą katedrę – bardzo ciekawa, ciemna w środku, z nielicznym wyposażeniem. Po długich poszukiwaniach udaje nam się kupić bilet na zwiedzanie skarbca ( 1500 dram, Teoś za darmo ), teoretycznie mamy tylko 15 minut do zamknięcia, ale nikt nas nie wygania. Oglądamy relikwiarze z włócznią, którą przebito bok Chrystusa, fragmentem Drzewa Krzyża, Arki Noego, kośćmi świętych, stare księgi i szaty liturgiczne. Jest też wejście do pozostałości starej świątyni pogańskiej, ale zamknięte. Reszta kompleksu, siedziby Catholikosa jest z XIX w lub współczesna – niebyt ciekawa. Szukamy transportu do Zwartonsc. Jedziemy bardzo upakowaną marszrutką ( 100 dram od osoby).  Jedna z współpasażerek opowiada, że jej syn żyje w Czechach, ale ona tam nie mogła mieszkać. W każdym razie mówi nam, gdzie wysiąść. Kupujemy bilety ( 1000 dram, Teoś za darmo ) i zwiedzamy  kompleks. Częściowo odbudowany, bardzo nam się podoba. Jest oparty na planie koła, zbudowany V w, w VIII zniszczony w wyniku trzęsienia ziemi lub najazdu Arabów. Na miejscu jakiś zespół koncertuje ( śpiewy operowe ) i sprzedaje płyty ze swoją muzyką. Infrastruktura dość zaniedbana, w skądinąd czystej łazience brakuje wody. Nowe muzeum, ale nie zwiedzamy. Wracamy pełną marszrutką do Erywania, i łapiemy taksówkę na plac Republiki ( 1500 dram – zdzierstwo, ale nie z bardzo chciał negocjować, a my byliśmy zmęczeni ). Oglądamy plac Republiki ( dawny plac Lenina ) z budynkami rządowymi, ministerstw, Muzeum Narodowym, fontannami itp. Potem idziemy do Parku Dzieci. Tutaj znowu zdezelowane atrakcje dla dzieci. Na szczęście rozstawił się starszy pan z nadmuchiwaną zjeżdżalnia ( 300 dram ), korzystamy też z samochodzików ( 300 dram ), omijamy karuzelę ( bo wygląda na bardzo zniszczoną ). Jemy w Tahir Pizza – to sieciówka ( trudno o miejsce ), ale całkiem dobre i dość tanie jedzenie ( około 5000 dram za obiad z piwem i sokiem ). 

28.08.2015 Rano idę do wypożyczalni Sixt, gdzie wypożyczam zamówiony wcześniej samochód Suzuki Swift z fotelikiem i ubezpieczeniem bez wkładu własnego za 280 000 dram + 100 000 dram depozytu za 8 dni. Opłacam też za 2000 dram parkowanie w Erywaniu na ulicach za cały okres wypożyczenia.  Około godziny zajmuje całą procedura, oglądanie samochodu, spisywanie uszkodzeń. Potem podjeżdżam pod nasz apartament. Jedziemy – najpierw do Khor Virap. Droga w miarę OK., budują dwupasmówkę, ograniczenia do 50 km/h, nawigacja spisuje się całkiem dobrze. Po drodze mnóstwo sprzedawców owoców, głównie arbuzów. Stajemy na parkingu i wchodzimy zwiedzać klasztor. Wnoszę Teosia na barana. Klasztor ciekawy, są do obejrzenia dwie głębokie piwnice ze stromym zejściem po schodach. Spotykamy grupę polskich turystów, nieprzychylnie komentują podróżowanie z Teosiem. Następnie jedziemy do Garni. Wybieramy drogę nie przez Erewań, ale krótszą. Ta droga okazuje się być fatalnej jakości – przez góry, z brakiem asfaltu na kilkumetrowych odcinkach, z dziurami. Po drodze mijamy wraki samochodów, w tym karetki. Piękne, górskie widoki. Dopiero przed samym Garni wjeżdżamy na znacznie lepszą drogę z Erewania. Sama świątynia w Garni ( wstęp 1000 dram, Teoś bezpłatnie ) bardzo fajna, klasyczna antyczna budowla w pięknym górskim otoczeniu, bez tłumów turystów. Po odwiedzeniu świątyni idziemy coś zjeść do pobliskiej tawerny ( świetny grillowany kurczak i pomidor, takie same grillowane inne warzywa,  niedobre rosyjskie „lemoniady” – gruszkowa i zwłaszcza ziołowa – razem 6000 dram ). Po jedzeniu jedziemy do monasteru Geghard. Droga całkiem OK. ( trochę dziur ). Ten monastyr jest niesamowity – połączenie kościoła z wykutymi w skale jaskiniami robi ogromne wrażenie. Odbywają się uroczyste chrzty dzieci ( piątek ? ). Teoś trochę szaleje. Wracamy do Erewania, po drodze tankuję samochód( 450 dram za 1 l Premium 95 oktanów, jest też regular 91 oktanów za 430 dram i diesel za 430 dram ). Parkujemy na podwórku ( trudno znaleźć miejsce ). Zaczyna padać, idziemy zjeść do Tahir Pizza, najbliżej naszego apartamentu. Wracamy do apartamentu. Po drodze wstępujemy do supermarketu , tam kupujemy Teosiowi klocki a la Lego Straż Pożarna za około 3000 dram.

29.08.2015. Zostawiamy klucz po wycieraczką, pakujemy się do samochodu ( z trudem, bo ma dość mały bagażnik ) i ruszamy – najpierw nad jezioro Sewan, a potem do Dijan. Droga nad Sewan bardzo dobra, po dwa pasy w każdą stronę, sporo policji, zatrzymującej kierowców, widzimy też motocyklistów. Przy drodze sprzedają a to owoce, a to kukurydzę, a to drewno do ogniska / grilla. Dojeżdżamy nad jezioro. Chcemy napić się kawy w restauracji, ale jest jakaś zbyt elegancka. Wjeżdżamy na plażę – za postój samochodu wpierw chcą 2000 dram, potem schodzą do 1000 dram. Woda w jeziorze zimna, ale Teoś trochę wchodzi do wody, grzebie w piasku. Infrastruktura mocno podstawowa – „domiki” z dykty albo z kontenerów. Trochę ludzi ( głównie młodzieży ) się kąpię ( chyba morsy ), jeździ na skuterach wodnych i rowerach wodnych, leży na leżakach, rybacy w kufajkach łowią ryby, jakaś starsza pani koniecznie chce nam sprzedać kukurydzę. Jedziemy na półwysep, gdzie jest klasztor. Zatrzymujemy się przy restauracji – chcemy wypić kawę, ale nie ma mleka, więc kupujemy tylko Teosiowi loda ( 500 dram ) i poprzez jakąś zapuszczoną posiadłość idziemy do klasztoru. Widoki na budowlę – przepiękne, zwłaszcza z góry. W środku odbywa się ślub, świątynia jest na tyle małą, że nawet wszyscy goście się nie mieszczą. Na żądanie Tosia oglądamy stację ratownictwa wodnego i wracamy do samochodu. Jedziemy do Dijan. Po drodze ludzie pokazują ( chyba ) że sprzedają ryby ( duuże, sadząc z gestów ) lub tytoń (?). Po przejechaniu tunelu ( w takim sobie stanie, ale oświetlonego ) droga zaczyna serpentynami piąć się w górę. Choć za Sewan skończyła się dwupasmówka, droga jest w całkiem dobrym stanie. Mijamy rowerzystów, pnących się pod górę. Dojeżdżamy do Dijan i odnajdujemy nasz hotel Casanova Inn. Po jedzeniu zjeżdżamy na dół miasteczka, do centralnego ronda. Oglądamy wyschnięty staw z figurkami łabędzi na środku itp. Wszyscy fotografują się przy figurach z źródełkiem wody. W punkcie informacyjnym / sklepiku z pamiątkami kupujemy trzy kopie prac artysty ( po 2 500 dram każda, razem po rabacie 6 500 dram ) i jedziemy jeszcze obejrzeć odrestaurowaną uliczkę z dawną zabudową. Uliczka jest ładna, domy ciekawie ładnie odbudowane, ale jedna niedokończona uliczka wygląda dość groteskowo Wracamy do hotelu już po ciemku, zatrzymujemy się jeszcze w supermarkecie, gdzie między innymi kupujemy arbuza ( 70 dram / kg około 4 kg ). W hotelu jemy samodzielnie zrobioną kolację ( ceny jedzenia w hotelu są zdecydowanie za wysokie ) i arbuza ( dostajemy od miłej obsługi talerze, sztućce i nóż do krojenia ). 

30.08.2015 Śniadanie dość obfite, choć bezmięsne. Jajecznica, różne miejscowe konfitury, ser, dobry chleb – mniam-mniam Po śniadaniu jedziemy w góry, obejrzeć klasztory. Najpierw jedziemy do klasztoru Sanahin. Droga do miasta Vanadzor jest całkiem dobra. Mijamy po drodze dwie rosyjskojęzyczne wsie – Fiołkowo i Lemontowo, gdzie mieszkają potomkowie XIX wiecznego odłamu prawosławia „mlekopijcy” – widoki są wspaniałe. Potem droga zaczyna się wić przez góry i pojawia się więcej dziur. Zatrzymujemy się na jedzenie w przydrożnej restauracji. Obsługa właśnie przyjechała i się rozpakowuje. Teoś sporo zjada . Nie mają jak wydać reszty, więc łapią przejeżdżające samochody, aby rozmienić pieniądze. W końcu wydają nam 10 000 dram, a 5 000 dram mamy odebrać wracając. Droga jest kręta i niedaleko pierwszego klasztoru niestety Teoś wymiotuje. Musimy jechać bez fotelika, a Teoś po podaniu leku typu aviomarin zasypia. Dojeżdżamy do klasztoru. Teoś śpi, więc zwiedzamy go na zmiany. Ma fajne arkady. Jest trochę turystów, w tym niemieckich, w jednej grupie przewodnik długo opowiada o wszystkim i trudno zrobić zdjęcia. Na tyłach klasztoru jest cmentarz, cały czas używany. Chodzę jeszcze po wiosce, dość tradycyjna, robię zdjęcia pana na osiołku. Ola idzie zwiedzać, zaczynają się zjeżdżać goście na ślub. Jedziemy do drugiego klasztoru Haghpat. Po drodze piękne widoki kanionu rzeki, zmącone tylko przez częściowo nieczynną kopalnię. Drugi klasztor jest sość spory, budynki dość typowe w środku, ale zabudowania bardzo ład, ciekawa jest oddzielna dzwonnica. Jedna ze sprzedawczyń na stoisku z pamiątkami sama się zgłasza, aby nam zrobić zdjęcie, gdy widzi próby Teosia. Wracamy do hotelu. Ze względu na Teosia jedziemy dość wolno. Ola czyści fotelik i siedzenie zakupionym środkiem ( nie do końca się udaje ).

31.08.2015. Jedziemy do Erewania. Nasz apartament jest on całkiem ładny, ale blok w którym jest stary, zniszczony i ohydny, ze zsypami. Za 4 000 dram w pobliskiej myjni czyszczą nam samochód. Fotelik nadal trochę śmierdzi, ale samochód udał się domyć. Idziemy poszukać jakiś prezentów z wyjazdu. Kupujemy dwie butelki ormiańskiego koniaku po 5900 dram. Jedziemy do wesołego miasteczka niedaleko pomnika Matki Gruzji. Teoś jeździ samochodzikami ( średnio mu wychodzi ) , huśta się na statku pirackim. Atrakcje kosztują 400 – 500 dram od osoby. Jedziemy do centrum, jemy w Tashir Pizza. Na głównym deptaku mnóstwo ludzi, różne atrakcje. Zbieramy pranie – było wywieszone na takich przesuwanych linkach za oknem ( powszechny sposób ), niestety jedna bluzka Oli nie była przymocowana i spadłą na czyjąś antenę telewizyjną i tak już zostanie. 

01.09.2015. Pakujemy się i zauważamy brak tej bluzki, która spadła.  Właściciel apartamentu spóźnia się – jak się tłumaczy są duże korki z okazji początku roku szkolnego. Oddajemy klucze i jedziemy do Goris. Początkowo to jest ta sama droga, jak wcześniej do Khor Virap, ale potem zjeżdżamy w bok. W pewnym momencie zaczynają się góry. Droga jest całkiem dobrej jakości, ruch nie jest wielki – jedyny problem to ciężarówki ledwo radzące sobie z podjazdem po górę. Krajobrazy są przepiękne.  Po 3,5 h dojeżdżamy do  Goris. Znajdujemy nasz hotel Yevgenua. Hotel jest całkiem OK. Niestety pogoda się zepsuła, nadciągnęły chmury, decydujemy się nie jechać dzisiaj do klasztoru Tatev. Jedziemy do Goris coś zjeść i obejrzeć miasto. Jemy w Turbaza Cafe, wymienionym w przewodniku. Niestety jedzenie maja fatalne – pizza  z majonezem ( choć Teoś ją częściowo zjada ) , tłusty szaszłyk wieprzowy ( mało zjadliwy ) – to wszystko wraz z piwem, colą i sokiem za ponad 6000 dram. Miasto raczej nieciekawe, parę domów z tarasami, sporo warsztatów samochodowych , fajny ogródek z winoroślą. Wracamy do Wesołego Miasteczka. Teoś korzysta z trzech atrakcji ( 250 dram każda, taniej niż w Erewaniu ), kupuję mu też watę cukrową ( 100 dram ), ale nie do końca mu smakuje. Chyba  okazji początku roku szkolnego ma być jakiś koncert – gra muzyka z głośników i młodzież powoli się zbiera w takim amfiteatrze. Tankuję ( benzyna Premium 450 dram za litr ). Wracamy do hotelu. Miłą obsługa nam mówi, że zostawiliśmy samochód na światłach.

02.09.2015 Jemy śniadanie ( bezpłatne, jajka, dżem, kiepska kiełbasa, chleb ) i jedziemy do klasztoru Tatev, a właściwie do dolnej stacji kolejki górskiej . Bilety powrotne – 5000 dram, dzieci do 110 cm ( trzeba stanąć przy miarce, Teoś się załapuje ) – 100 dram. Kolejka szwajcarsko – austriacka, wypasiona, podobno najdłuższa na świecie ( jest w książce rekordów Guinnessa ). Podróż ciekawa, nagranie z opowieścią o najciekawszych miejscach po ormiańsku , rosyjsku i angielsku. Sam klasztor przepięknie położony z różnymi ciekawymi pomieszczeniami, przejściami, siedzibą biskupa z oknami wychodzącymi na przepaść. Obok klasztoru jest tłocznia oleju. Klasztor połączony jest podobno korytarzem ze starszym klasztorem poniżej. Wracamy kolejką z powrotem. Decydujemy się jeszcze pojechać samochodem, aby wjechać na punkt widokowy i zrobić zdjęcia z góry. Droga do połowy ( Diabelski Most ) jest asfaltowa, wyżej szutrowa. Ponieważ Teosiowi rusza się fotelik stajemy na chwilę przy Diabelskim Moście – to naturalne wodospady na rzece, otoczone legendą, jest tam kilka basenów do kąpieli. Wjeżdżamy na punkt widokowy. Piękne widoki, robimy kilka zdjęć. Zjeżdżamy na dół. Jedziemy do Stepanakertu. Droga z Goris wije się przez góry, jest całkiem dobrej jakości, zbudowana przez różnych donatorów z diaspory ormiańskiej ( upamiętnionych dużymi tablicami  przy drodze ). Punkt kontrolny na granicy Nagornego Karbaachu – skanują paszporty i dowód rejestracyjny samochodu, dają karteczkę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Stepanakercie, gdzie musimy wyrobić wizy. Zajeżdżamy do Susy, gdzie chcemy pooglądać miasto i coś zjeść. Widzimy ładnie odnowiony kościół w centrum. Szukamy restauracji – jednej z przewodnika nie ma, druga to bardziej kawiarnia, w końcu zajeżdżamy do takiej, reklamującej się przy drodze. Obsługa nie jest nami za bardzo zainteresowana, w końcu jakaś pani daje nam w końcu szaszłyki z kurczaka, świeży chleb, pomidory, ogórki i inną zieleninę – jedzenie jest dobre. Płacimy około 6000 dram. Restauracja bardzie w stylu wschodnim – oddzielne pomieszczenia dla każdej grupy, w jednym budyneczki trwa jakaś impreza, z alkoholem. Jedziemy do Stepanakertu. Nasz hotel jest całkiem OK.tylko internet działa dość kiepsko.  Jemy z Tashir Pizza ( tak jest także w Stepanakercie ). 

 03.09.2015. Po śniadaniu we własnym zakresie, jedziemy wyrobić wizę. Szukanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych zajmuje nam chwilkę. Na miejscu musimy wypełnić formularz dla każdego ( zdjęć na szczęście nie trzeba dołączać, choć jest na nie miejsce ). Pan zabiera od nas formularze, płacimy razem 6 000 dram ( Teoś nie potrzebuje wizy ), dostajemy jedną wspólną wizę i potwierdzenie rejestracji do oddania na granicy. W urzędzie spotykamy Polaków ( małżeństwo i ich 19 letnia córka ), jadących rowerami z Kutaisi i z powrotem. Po krótkiej rozmowie wyruszamy na wycieczkę. Najpierw jedziemy do monastyru Gandzasar – największego w Karabachu. Droga w miarę OK, trochę zniszczona. Monastyr spory, ładnie odnowiony ( zachowane freski w środku ), trawniczki, pośrodku ładne drzewo z ławeczką wokół – Teoś ma miejsce do biegania. Następnie postanawiamy pojechać do drugiego klasztoru Dadivank. Tutaj droga okazuje się fatalna – kręta, górska  ( Teoś wymiotuje, musimy mu dać tabletkę ), mocno zniszczona. Od fabryki wyrobów metalowych powstaje nowa droga, niestety robiona w ten sposób, że na długich odcinkach jest albo zerwana stara nawierzchnia, albo usypane kamienie pod nową. Sam klasztor okazuje się bardzo ładny, dopiero jest restaurowany. Po drodze zniszczony transporter z nagrobkami  – zapewne pamiątka po wojnie, ładne widoki na rzekę i dolinę. Przed wjazdem do Stepanakertu odwiedzamy pomnik”My jesteśmy górami’, zwany też pomnikiem Babci i Dziadka   – symbol miasta. Po powrocie do Stepanakertu chcemy odwiedzić muzeum upamiętniające żołnierzy poległych na wojnie niestety mimo dopytywania się ( także taksówkarzy ) nie udaje się go odnaleźć. Po 18 jedziemy jeszcze do Susa, oglądamy po drodze średniowieczne mury miejskie i zrujnowany meczet. Dojeżdżamy na punkt widokowy ( wjazd samochodem 500 dram, ale zostawiamy samochód przed parkingiem ), skąd podziwiamy widoki doliny rzeki i Stepanakertu. Wracamy do miasta, jemy kolację w Tashir Pizza ( zostawiamy 500 dram napiwku miłemu kelnerowi, który z nami rozmawia ) i kupujemy Teosiowi samochodzik za 1500 dram.

04.09.2015 Po śniadaniu we własnym zakresie, wyruszamy w drogę powrotną do Erewania. Wstępujemy jeszcze do sklepu na zakupy i odwiedzamy pomnik „My jesteśmy górami”, bym mógł zrobić zdjęcia. Na punkcie kontrolnym na granicy pokazuję paszporty i oddaję potwierdzenie rejestracji w MSZ w Stepanakercie i możemy jechać dalej bez problemów. Po drodze ładne widoki – parę pasiek z prowizorycznymi miejscami do mieszkania. Kupujemy brzoskwinie i gruszki w dolinie gdzie są liczne sady i winnice ( też salon wina z degustacją – nie korzystamy, bo się spieszymy ). Korki dopiero przy wjeździe do Erywania. Szukamy naszego apartamentu ( o mylącej nazwie Sara Talyan Guesthouse ) bez sukcesu, wreszcie dzwonimy do właściciela. Czekamy na niego, Teoś bawi się na placu zabaw. Wreszcie przyjeżdża i nas pilotuje na miejsce. Sam apartament jest OK. ( Teoś na początek rozbija kubek do mycia zębów, usiłując go wymyć ), położony przy małej uliczce w całkiem fajnym osiedlu domków. Niestety jest już za późno, żeby cokolwiek obejrzeć ( a chciałem bibliotekę Matenadaran, następnym razem, jeżeli wrócimy do Armenii, .Oddajemy samochód w wypożyczalni i jemy w Tashir Pizza, i jedziemy taksówką w pobliże naszego apartamentu ( 600 dram ). 

05.09.2015 Nasz kierowca przyjeżdża o czasie. Dajemy Teosiowi na wszelki wypadek tabletkę. Na granicy – strona armeńska bez wysiadania z samochodu, strona gruzińska musimy przejść z walizkami. Jedziemy do Tibilisi, korek przy wjeździe do miasta – przebudowa drogi. Znajdujemy nasz adres – aleja Kazbegi , wyładowujemy się i płacimy 40 000 dram z przejazd. Apartament bardzo duży ( ponad 100 m2 ), chyba w nim pomieszkują, bez klimatyzacji, troszkę zaniedbany, ale ładny. Jedziemy metrem na spotkanie z Martą, Tomkiem i Łukaszkiem. Odnajdujemy się z naszymi znajomymi i idziemy na Stare Miasto i Mostem Pokoju oglądać pokaz fontann ( całkiem fajny ).  Nasi znajomi wracają do hotelu, my kupujemy Teosiowi chiński samochodzik za 3 lari i na Starym Mieście łapiemy taksówkę ( 5 lari ) w pobliże naszego apartamentu. 

06.09.2015. Jedziemy metrem do stacji Alaverdi.  Idziemy stamtąd do kościoła na skale, przed którym znajduje się pomnik króla. Nie wchodzimy do środka. Potem schodzimy na plac Europy. Ładny plac, choć widać trochę niedoróbek. Obok zaraz znajduje się park z fontannami  i placem zabaw dla dzieci oraz dolna stacja kolejki gondolowej. Wsiadamy do kolejki ( nie zatrzymuje się, koszt 1 lari dla dorosłych, płatność kartą do metra, Teoś za darmo ). Ładne widoki w czasie jazdy kolejką, wjeżdżamy do w okolice  fortecy. Oglądamy  pomnik Matki Gruzji i schodzimy ścieżką obok fortecy na bardzo pochyłą i śliską ulicę ( chłopcy zjeżdżają po niej na kawałkach dykty ).  Zachodzimy do małej kawiarni Carpe Diem, gdzie pijemy soki i piwo. Następnie idziemy poprzez Stare Miasto, dość ładnie odnowione. Odwiedzamy dwa kościoły po drodze ( w jednym są śluby ), dość bogato zdobione, z freskami.  Dochodzimy do wieży zegarowej – o dziwnym kształcie ( obok się mieści teatr lakowy dla dzieci ).  Szukamy placu zabaw. Bierzemy taksówkę ( 5 lari ) na plac gdzie mamy spotkać się z Martą, Tomkiem i Łukaszkiem. Idziemy do sieciówki, polecanej przez Lonely Planet. Jedzenie nie jest tam złe, choć np. sałatka mocno przesolona, całkiem dobra lemoniada gruszkowa. Obsługa dość powolna. Okazuje się, że nasi znajomi się spóźnią, bo ich autokar utknął przed jakimś rumowiskiem skalnym. Umawiamy się na następny dzień i idziemy do hotelu. Teoś zamawia tort, którego oczywiście nie zjada, zabieramy go do apartamentu ( i tam też nie zjadamy ). 

07.09.2015. Jesteśmy umówieni na 10:00 na stacji metra Didiani, skąd jeżdżą marszrutki do Mkheta. Trochę się spóźniamy, nasi znajomi już tam na nas czekają.  Taksówkarz proponuje nam obwiezienie nas po zabytkach Mkhety i powrót na stację metra za 30 lari. Zgadzamy się. Jedziemy taksówką, trochę ściśnięci ( dzieci na kolanach, tylko ja wygodnie z przodu ). Najpierw zajeżdżamy do pięknie położonego na wzgórzu kościoła Jvari – miejsca skąd św. Nino rozpoczął nawracanie Gruzji. Kościół niewielki, z nieliczonymi zdobieniami. Jedziemy do katedry Svetitskhoveli. Według legendy założona na miejscu, gdzie pochowana została szata Chrystusa. Otoczona jest murem obronnym z XVIII w. W środku piękne freski i bogaty ikonstatas. Siedzimy chwilę w kawiarnu, a następnie podjeżdżamy do kościoła Samtavro. Tam kupujemy za 3 lari ikonkę na prezent. Wracamy do Tibilisi, już w mieście łapiemy gumę, ale kierowca sprawnie się uporał ze zmiana koła. Ponownie wjeżdżamy kolejką górską na szczyt i schodzimy bardzo podobną trasą jak poprzedniego dnia. Idziemy jeść w jednej z knajpek. Potem ja idę pofotografować sobie. Ciekawie wyglądają okolice pałacu prezydenckiego ze zrujnowanymi domami. Wracam do reszty – Teoś i Łukasz jeździli na samochodach elektrycznych, a następnie są na placu zabaw. Ochroniarz przegania nas gdy siadamy na ławkach dla dzieci, są specjalne miejsca do siedzenia dla dorosłych. Smutny sprzedawca zabawek. 

08.09.2015 Wyruszamy około godziny 8:00 – tak poprzedniego dnia uzgodniliśmy  z panem Jakubem z firmy Via Kaukaz od której wypożyczaliśmy samochód ( jedziemy do Mestii, to dość daleko ). O 8:00 przychodzi pan od apartamentu, któremu oddajemy klucze. Przyjeżdża czarna Honda, już z zapakowanymi naszymi znajomymi.  Na początku droga jest bardzo ładna, prawie autostrada. Przed wjazdem w góry tankujemy, bo mamy połowę baku – około 70 lari. W górach droga jest całkiem dobra, trochę dziur, ale nic strasznego. Przysypiamy. Dojeżdżamy do Mestii i znajdujemy nasz hotel. Pokoje niestety nie są tak fajne, jak myślałem – tu coś zniszczone, tu coś krzywo, w łazience cieknie spod brodzika i pali się tylko jedno światło. Jemy w restauracji w hotelu – obsługa jest dość niemrawa, nie przynosi posiłków itd. 

09.09.2015 Idziemy do miasta do jedynej restauracji, która serwuje śniadania w mieście. Jajka na twardo okazują się niedogotowane, chleb jest chyba wczorajszy, konfitury okazują się jedną konfiturą, kawa jest słaba, obsługa bardzo powolna, a cena całkiem wysoka. Przez powolność obsługi lekko spóźniamy się na spotkanie z naszym kierowcą na 10:00. Podwozi nas do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Za 5 lari od osoby ( Teoś za darmo ) jedziemy na górę. Bardzo ładne widoki. Na górze schronisko, ale restauracja nieczynna, bo „obsługa odpoczywa” wg. informacji jakiegoś pana. Widać ślady po wczorajszej imprezie Tomek chce schodzić w dół widoczną ścieżką, ale ponieważ zbierają się chmury i słychać grzmoty postanawiamy jednak zjechać na dół wyciągiem. Widoki na górze są bardzo ładne, szkoda, że nie ma ładnej pogody i słońca. Po zjechaniu w dół jedziemy do restauracji na kawę. Wcześniej odwiedzamy biuro informacji turystycznej – mamy informacje o trasach turystycznych. Zaczyna padać, wręcz leje. Gdy padać i przejaśnia się postanawiamy wspólnie pójść na wycieczkę. Idziemy pod górę. Jest dość ostre podejście. Nie daję rady jeszcze niosąc Teosia „na barana”. Marta, Tomek i Łukaszek idą dalej na górę z krzyżem, my wracamy powoli do hotelu. Wieczorem idziemy do nowej restauracji ( znalezionej przez Martę ) na obiad. Niestety tutaj również są liczne niedociągnięcia – obsługa jest bardzo powolna, a na koniec „zapominają” wydać 10 lari . Jedzenie jest jednak całkiem dobre. Wracamy do hotelu. 
10.01.2015 My postanawiamy jechać do Ushguli – wsi niedaleko Mestii, z licznymi wieżami, położonej w górach. Nasi znajomi przejść się po górach i jechać zobaczyć lodowiec. Nasz kierowca podwozi nas na miejsce gdzie stoją samochody jeżdżące do Ushguli. Negocjujemy cenę na dojazd – 150 lari. Jedziemy ( nasz „stały” kierowca zabiera się z nami, bo nie ma co robić ). Droga na początku jest betonowa, potem zaczyna się gruntowa, z licznymi kamieniami, często po prostu przez las. W sumie nie jest taka straszna, tylko jazda nią jest dosyć powolna. Po drodze zostaję poczęstowany domowej roboty czaczą ( w plastikowej butelce, pan ma kieliszek ) . Po około 2h dojeżdżamy do Ushguli. Kierowca zawozi nas najpierw do monastyru z IX wieku. Mały kościółek, mnich, który wpierw zabrania wejść, ale potem nas wpuszcza ( gdy nasz kierowca o to prosi ). Potem zjeżdżamy w dół, do restauracji. Pijemy kawę po turecku ( całkiem mocną ) i jemy miejscowe jedzenie – placki z mięsnym nadzieniem ( wołowina, trochę twardawa ). Idziemy oglądać wioskę, liczne krowie kupy na ścieżkach. Teoś oczywiście wchodzi w kilka, musimy myć jego buty w strumieniu. Fotografujemy wieże i obejścia. Schodzimy do rzeki, potem chcemy odwiedzić miejscowe muzeum, zachwalane przez naszego kierowcę, ale nie ma kto go otworzyć ( mimo dzwonienia przez miejscowych ). Wracamy do Mestii. Nasi znajomi mieli dość ciężką, ale udaną wyprawę do lodowca ( widzą udomowionego niedźwiadka ). Idziemy ponownie do tej samej restauracji. Znowu problemy z obsługa, „zapominają” na wydać 50 lari ze 100 lari. Wracamy do hotelu. Chcemy płacić kartą za pobyt w hotelu, ale terminal jest zepsuty. Dostajemy po 20 lari rabatu za płatność gotówką. 

11.09.2015. Wyruszamy o 9:00. Droga przez góry.  Na drodze mamy jedną niebezpieczną sytuację, gdy jadący  szybko z naprzeciwka samochód nie wyrabia się na zakręcie i zajeżdża nam drogę. Szczęśliwie mamy gdzie zjechać, jedziemy dość ostrożnie, a nasz kierowca sensownie reaguje i wszystko kończy się na chwili strachu. Po zjechaniu z gór i wyjechaniu ze Swanetii tankujemy, o dziwo tylko za niecałe 80 lari ( do pełna ). Jedziemy do Kutaisi i szukamy naszego hotelu – gdy nawigacja doprowadza nas pod podany adres, dzwonimy do niego, nie wierząc, że to ten budynek – na zewnątrz nie ma żadnego szyldu, nazwy. W środku okazuje się nowy, elegancki, z dziwacznymi rozwiązaniami typu brak firanek i zasłonek w oknach, olbrzymie okrągłe łóżko u naszych znajomych, czy nisko zawieszona pod skosem deszczownica. Ale ogólnie jest całkiem OK. Jedziemy do monastyru Gelati, pięknie położonego na wzgórzu nad miastem, z panoramą. Remontowany, w rusztowaniach, ciekawa dachówka na dachu. We wnętrzu dobrze zachowane,bardzo ciekawe freski –  atmosfera bardzo podniosła, zwłaszcza, że trwają śpiewy. Wchodzimy na półpiętro jednego z budynków, gdzie też jest niewielka kapliczka. Po obejrzeniu monastyru  Gelati jedziemy do katedry Bagrati. Była ona zniszczona i odbudowywana od początku XX w. Najbardziej dziwny jest ostatni etap odbudowy, niedawno ukończony, w stylu nowoczesnym ( przez włoskiego architekta  ), który spowodował wpisanie katedry na listę budynków zagrożonych UNESCO. Z zewnątrz bryła bardzo ciekawa, choć swoim ogromem nie do końca „gruzińska”, w środku wnętrze dość puste i surowe z nie do końca pasującymi nowoczesnymi elementami ( kolumny ). Na zewnątrz fajny trawnik i ładny widok na Kutiasi. Wracamy do centrum – przed budynek parlamentu ( miał się tu przenieść z Tibilisi, ale nowy prezydent anulował tą decyzje i nie wiadomo co dalej z tym budynkiem za 50 mln Euro ) i dziwną fontannę. Wybrana z przewodnika restauracja Baraka okazuje się całkiem OK, oprócz może tortu, który zamawia Teoś, nie zjada i zabieramy go do hotelu. Z naszymi znajomymi umówiliśmy się przed Muzeum Historycznym  i Etnograficznym, które byliśmy pewni jest naprzeciwko fontanny – tak jest w naszym przewodniku Lonely Planet i na naszej mapie. Nie mogliśmy ich znaleźć, oni na nas czekali dość zdenerwowani. Okazało się, że muzeum przeniesiono, a oni dowiedzieli się w informacji turystycznej o jego położeniu i tam czekali. Przypadkiem ich spotykamy, gdy już idą do hotelu i przepraszamy za nieporozumienie. Wracamy razem do hotelu, pijemy wino musujące, chłopaki się razem bawią. Postanawiamy ruszyć o 9:30 zamiast o 8:00 i zobaczyć jaskinię Prometeusza, ponoć przepiękną, jak mówili im spotkani w restauracji Polacy. Ponieważ już umówiliśmy się z kierowcą na 8:00, a nie mamy do niego telefonu, dzwonię do managera, pana Jakuba i proszę o przekazanie zmiany godziny. Obiecuje to zrobić. 

12.09.2015 Pod naszymi drzwiami, w obszernym holu, na kanapach śpi jakaś para. Nasz kierowca się spóźnia. Dzwonię do pana Jakuba. Pisze mi, że kierowca utknął w korku. Potem kierowca mówi nam, że zrozumiał od niego, że miał być na 10:30. Gdy kierowca przyjeżdża, jedziemy do jaskini Prometeusza. Droga prowadzi przez miejscowość z szerokimi alejami i willami . Na miejscu okazuje się, że do jaskini mogą wejść dzieci od 6 roku życia ( ze względu na trudności i wilgotność ). Mimo naszych próśb i gotowości kłamania co do wieku, obsługa jest nieubłagana. Postanawiamy jechać do rezerwatu Sataplia, który znajduje się dość niedaleko tej jaskini. Dojeżdżamy na miejsce dość krętymi drogami. Bilet wstępu to koszt 6 lari od osoby, Teoś za darmo. Czekamy na przewodnika ( angielskojęzycznego ), który nas oprowadza. Najpierw widzimy ślady dinozaurów ( odbite w skale, w budynku ), potem idziemy przez las z rozstawionymi posągami dinozaurów ( jeden uszkodzony ), oglądamy skałę, gdzie żyły pszczoły ( tam kiedyś wylewał się miód, stąd nazwa lasu, obecnie po epidemii żyje tylko jedna rodzina pszczół  ) i zachodzimy do jaskini ( nie za duża, podświetlona, przezroczyste stalaktyty, stalagmit w kształcie prawdziwego ludzkiego serca, małe pajączki ), wreszcie ( już bez przewodnika )  przezroczysty taras widokowy w panoramą Kutaisi i lasu kolchidzkiego. Po odwiedzeniu rezerwatu jedziemy do Gori. Droga jest w budowie, powstaje autostrada, fragmenty są nawet gotowe. Dojeżdżamy na miejsce dość późno. Idę sam zwiedzać Muzeum Stalina, reszta idzie coś zjeść. Wstęp kosztuje 10 lari + 5 lari za zwiedzanie wagonu, którym Stalin jechał na konferencję do Poczdamu. Muzeum dziwne – z historią życia dyktatora, jego maską pośmiertną, prezentami z różnych krajów, wystrojem pierwszego gabinetu na Kremlu. Wagon ciekawy, z łazienką, chyba kuloodporny. Jedziemy do Uplistische ( wstęp 3 lari od osoby ).  Jest już późno, ale miejsce czynne do 19:00. Oglądamy – ciekawe skalne miasto, piękne widoki z góry, Potem jedziemy do Tibilisi, bocznymi drogami. Spotykamy się z właścicielem apartamentu, który nas prowadzi swoim samochodem do bloku gdzie ma być nasz apartament. Żegnamy się z naszym kierowcą i idziemy do mieszkania ( winda płatna za wjazd 10 tetri, bezpłatny zjazd ). Okazuje się, ze jest problem i że mamy być w jednym apartamencie. On się zupełnie do tego nie nadaje – nie ma oddzielonych sypialni dla dwóch rodzin. Pan proponuje, że nasi znajomi mogą jechać do jego apartamentu na Starym Mieście. Tak robimy. Pan odwozi naszych znajomych, a po powrocie podwozi mnie, abym mógł wymienić pieniądze i zapłacić mu ( daje nam zniżkę 50 lari ). .

13.09.2015. Idziemy do parku Maksminda ( a właściwie jedziemy metrem ). Po drodze ze stacji metra mijamy ciekawy sklep z wyrobami ręcznymi z wosku pszczelego ( każda z futerałem ). Idziemy do parku. Znajduje się tam Wesołe Miasteczko. Kupujemy kartę magnetyczną i doładowujemy ją za 20 lari. Teoś korzysta z różnych rozrywek – min pontonu na wodzie, dziecięcego rollercastera ( jedziemy z nim razem – dość fajny ), kolejek. Najciekawsza atrakcja to powstała w 1935 kolejka z prawdziwą parową lokomotywą ( była to pierwsza taka lokomotywa dla dzieci na świecie – tamta lokomotywa jest wystawiona, obecnie jeździ jej następczyni ). Poszczególne atrakcje kosztują 1 – 1,5 lari, czasami rodzice są liczeni oddzielnie, czasami nie. Również Łukaszek, który dołącza później korzysta z tych atrakcji – chyba podobają  się dzieciakom. Po zakończeniu zabaw idziemy wszyscy na stację metra „dworzec kolejowy”, aby dojechać na Stare Miasto. Przed dworcem jest jednak bazar – trudno przejść, sprzedają wszystko, klimat dawnego  bazaru Różyckiego, liczne kantory z korzystnymi kursami walut i małym spreadem. Teoś je słodką bułkę zakupioną w piekarni. Jedziemy metrem na Stare Miasto, do restauracji, gdzie byliśmy pierwszego dnia. Jemy obiadokolację – ostatnią w czasie tej podróży w Gruzji. Po wyjściu z restauracji dzwoni do mnie właściciel naszego apartamentu. Słabo go słyszę i rozumiem, ale chyba chce abyśmy przenieśli się do innego mieszkania, pyta, kiedy przyjedziemy i ma przyjść do nas. Nasi znajomi uciekli z apartamentu, do którego pojechali – tak był fatalny i oddali nam klucze do niego, aby zwrócić właścicielowi. Żegnamy się do wylotu z naszymi znajomymi i idziemy kupić prezenty Teosia. Przechodzimy ulicą Rustaweli i wsiadamy do metra. Wreszcie docieramy do naszego apartamentu. Rzeczywiście właściciel przychodzi właściciel z panią do sprzątania i rozumiem, ze chce abyśmy przenieśli się do innego, aby mógł posprzątać dla następnych gości. Zamykam mu drzwi przed nosem. 

14.09.2014 Właściciel naszego apartamentu przysyłał nam SMSy wieczorem z pytaniem o taksówkę, choć myślałem, że obrazi się na nas. Wstajemy o 1:00, budzimy Teosia. Jedziemy na lotnisko, za kurs płacimy 20 lari. Na lotnisku jesteśmy trochę za wcześnie. Jemy hamburgera + 2 kawy z mlekiem + woda w Burger Kingu za 16 lari. Sprawna kontrola bezpieczeństwa i paszportowa. Spotykamy naszych znajomych. Czekamy trochę dłużej na samolot. Są dwa domki do zabawy dla dzieci.
Koniec podróży do Armenii i Gruzji.