Namibia 2016


Namibia – dwa tygodnie w Toyocie Hillux, szutrowe drogi, kradzież bagażu, dwie zniszczone opony, zwierzęta, niesamowite widoki, Etosha, Sosuslevei, Fish River Canyon.  

Galeria zdjęć z wyjazdu

16.10.2016 Zostawiamy samochód na parkingu Lider Parking i stamtąd podwożą nas na Okęcie. Odprawa sprawna i szybka. Na kontroli bezpieczeństwa wylosowują mnie i Teosia do losowej kontroli i sprawdzają jakimś aparatem. Lot do Doha całkiem OK. W Doha próbujemy uzyskać coś w Transfer Desk ( np. wizy ), ale z racji biletu promocyjnego nic nam nie przysługuje. Ogromna kolejka do Immigration. Wizy dostajemy bez problemu – płacimy kartą 3 x 100 QAD, ale całość zajmuje nam prawie 2 h. Kierowca z Blackline już czeka – dzwoni w międzyczasie i zawozi nas do hotelu w Doha  ( zarezerwowanego przez Booking.com ).  Pokój jest całkiem Ok. Jemy w restauracji hotelowej – indyjskie jedzenie, dla nas Ok., ale Teoś w końcu je głównie ryż, bo kurczak jest dla niego za ostry. Chciałem iść na miasto, ale jestem zbyt zmęczony. 
17.10.2016
. Wstajemy około 1:00 w nocy i pakujemy się. Samochód z Blackline już na nas czeka i zawozi nas na lotnisko. Kolejka do Immigration i kontroli bezpieczeństwa, aczkolwiek mniejsza niż po przyjeździe. Rano dolatujemy do Windhoek Wypożyczenie samochodu w Hertzu – długa kolejka, straszne zamieszanie. Zamiast Toyoty Rav 4 dostajemy Hiluxa .Można całkiem korzystnie wymienić pieniądze na lotnisku. Jedziemy do Rivendell Guesthouse, gdzie mamy nocleg – całkiem fajne miejsce, basen, można kupić domowe ciasto itp. Wieczorem jedziemy do miasta – zakupy w głównym centrum handlowym + jedzenie w KFC, bo całe miasto wygląda na wymarłe po zmierzchu. 18.10.2016 Rano po śniadaniu zostawiamy bagaże na recepcji i jedziemy do miasta. Zwiedzamy kościół luterański, park przy budynku parlamentu ( ładny, ale zaniedbany ), idziemy do Muzeum Namibii w starych poniemieckich koszarach ( niestety słynna kolekcja lokomotyw jest w renowacji ). Wypożyczamy namiot i materace, potem jedziemy do Otijiwarongo. Po drodze widzimy kopce termitów i guźce. Nocujemy w Bush Pillow Guesthouse –fajne, eleganckie miejsce. Idziemy na kolację, a po drodze oglądamy starą lokomotywę przy dworcu kolejowym i mocno zaniedbany park.  Jemy w Ce Est Sibon – dobre jedzenie.

Namibia - farma krokodyli

Namibia – farma krokodyli


19.10.2016. Po dobrym śniadaniu pakujemy się i jedziemy. Naprawiam ułamany kluczyk do tylnej klapy w warsztacie ( 50 N$ ). Potem jedziemy na Farmę Krokodyli – całkiem fajne miejsce, oglądamy hodowane krokodyle i żółwie. Teosiowi się bardzo podoba. Jedziemy na zakupy do Spar. Po wyjściu ze sklepu okazuje się, że nas okradziono – zniknęły n

asze bagaże – lekarstwa, kable do urządzeń, ubrania, kosmetyki. Wraz z policją Ola ogląda nagranie z kamer – to nie stało się przed supermarketem. Jedziemy na farmę krokodyli, ale nic z tego nie wynika. Dostaję raport na policji. Musimy kupić dużo rzeczy – lekarstwa ( udaje się nawet antybiotyki i nasze lekarstwa ), ubrania, buty i pieluchomajtki Teosia, ładowarkę do telefonu. Tylko nie mam nic do ładowania baterii aparatów fotograficznych. Jest już za późno aby jechać do Etoshy. Szukamy noclegu, Bush Pillow pełny, śpimy i jemy w Ce Est Si Bon – fajny domek za 920 N$.
20.10.2016 – 21.10.2016 Jedziemy do Parku Narodowego Etosha. Po drodze kupuję uniwersalną ładowarkę do baterii naszych aparatów fotograficz

Namibia - Etosha - słoń

Namibia – Etosha – słoń

nych. Widzimy trochę zwierząt np. s

trusie. Płacimy 340 N$ za wjazd do parku – miejsca kampingowe mamy opłacone poprzez agencję Cardbox Travel. Dobrze że dzwoniłem poprzedniego dnia i uprzedziłem, że przyjedziemy dzień później. Dostajemy miejsce numer 36 na kempingu – puste, wyschnięte pole. Rozbijamy namiot. Jest bardzo gorąco – nawet do 40 stopni. Jeździmy na safari samodzielnie – dwa popołudnia i jeden ranek ( chcieliśmy nawet wziąć coś zorganizo

Namibia - Oppi-Koppi Rest House

Namibia – Oppi-Koppi Rest House

wanego, ale były odwołane z powodu braku chętnych ) –  widzimy małe antylopy, oryksy, gnu, żyrafy, słonie, zebry, nosorożca z daleka, hieny i szakale, jakiegoś  mniejszego kotowatego, 2 lwice ( jedna chyba chora lub martwa ), ptaki. W obozie Outakuju gdzie mieszkamy jemy w restauracji lub w kiosku z hamburgerami – jedzenie drogie, obsługa kiepska, nawet się z nimi kłócę. Jest tam basen, ale ten dla dzieci jest dość brudny. Oglądamy zwierzęta przychodzące do „waterhole” – nosorożce – raz trzy , raz dwa, żyrafy, słonie, hieny i szakale. Niestety wieczorem pierwszego dnia jest awaria prądu i nie ma światła i wody przez noc i pół ranka – kiepska sytuacja w toaletach. 
22.10.201623.10.2016 Jedziemy do Kamanjab. Fajny nocleg w Oppi-Koppi

Namibia - Himba

Namibia – Himba

Rest House. Domek rodzinny, przed wejściem do głównego budynku wypchana małpka ( która jak wynika z tabliczki kiedyś zniszczyła dachy w domkach ). Oglądamy dawne napisy na skałach – klucz bierzemy z Oppi-Koppi za opłata. Próbujemy zwiedzić farmę gepardów, ale pierwszego dnia jesteśmy za późno ( trzeba być na 16 ), a drugiego okazuje się że ceny są zdzierskie – 350 N$ za osobę także za dziecko. Musimy zapłacić 50 N$ za wjazd na teren posiadłości, gdy nie chcemy oglądać karmienia gepardów – zostaje niesmak. Za to fajnie wspominamy wizytę u ludzi Himba – 200 N$ od osoby, Teoś za darmo. Jesteśmy tam o 8 rano sami. Wiadomo, że to atrakcja turystyczna, ale przewodnik fajnie opowiada o ich zwyczajach. Wszystko jest dość autentyczne, a Teoś jest zachwycony, że grupa dzieci powtarza to co on robi. Kupujemy kilka wyrobów artystycznych.  Kamanjab to kilka domów i sklepów, zamkniętych ( oprócz jednego ) w niedzielę.
24.10.2016 – 26.10.2016. Jedziemy do Swakopmund. Po raz pierwszy poza Etoshą jedziemy drogami szutrowymi – w miarę OK., choć czasami trochę ślisko. Po drodze chcieliśmy obejrzeć malunki na skałach ludzi San ( White Lady ), ale gdy okazało się, że to 2 godzinna wędrówka w słońcu – zrezygn

Namibia - kolonia fok

Namibia – kolonia fok

owaliśmy. Gdy dojeżdżamy do wybrzeża pogoda się zmienia – z ponad 30 stopniowego upału robi się  16 stopniowy chłód, są chmury, wiatr i mgła. Jedziemy do kolonii fok – bardzo fajne miejsce i nawet nie ma tak brzydkiego zapachu jak się spodziewaliśmy. Spotykamy wycieczkę Polaków prowadzoną przez panią z portalu malypodroznik.pl. W Swakopmund dokupujemy trochę rzeczy których nam brakuje oraz kupujemy walizki. Zwiedzamy samo miasto – latarnię morską ( niestety nie da się wejść do środka ), kilka poniemieckich zabytków. Jest dość chłodno. Odwiedzam z Teosiem
akwarium – główne akwarium całkiem fajne z tunelem i rekinami , ale ubogie są akwaria dodatkowe. Zwiedzamy

Namibia - Swakopmund

Namibia – Swakopmund

galerię kryształów z największym kwarcytem na świecie ( kilka ton ) – kupujemy tam kilka kamieni i drobnych prezentów.  Jedziemy na „Welwitchia Drive” – zaobserwować  niezwykłe rośliny czerpiąca wodę z mgły i żyjące po pareset lat – najstarsza po podobno 1500 lat – droga podobno wymaga jakiegoś permitu, ale jedziemy bez niego i nikt nas nie zatrzymuje. Oglądamy też  „Księżycowy Krajobraz” Wybieramy się do Walvis Bay i to jest błąd – chcieliśmy tam pooglądać „Bird Paradise”, ale jest zamknięte, sami trochę łazimy po błotnistych jeziorkach przy oczyszczalni ścieków i oglądamy flamingi. Same miasto jest raczej mało ciekawe, portowe, z całymi dzielnicami domków na pustyni. 27.10.2016 –

28.10.2016  Jedziemy szutro

Namibia – welwitchia

wą drogą do wydm Sosuslevei. Niestety po jakiś 100 km opona nam się rozrywa – jest całkiem zniszczona. Muszę wymienić koło – nie jest to takie proste w Toyocie Hillux, na szczęście mam podręcznik obsługi samochodu. Fajne jest, że ludzie się zatrzymują i pytają, czy potrzebujemy pomocy. Dalsza droga przez półpustynną krainę przebiega bez problemu. Docieramy do miasteczka Solitaire, gdzie  kupuję nową oponę za 3500 N$, a pan z warsztatu orzeka , że poprzednia była stara i nadlewana – robimy jej zdjęcia i będziemy się starali o zwrot pieniędzy z Hertza. Tankujemy i jedziemy do Seseriem – tam jest nasz kemping Oasis. Kemping dość luksusywny – każde miejsce kempingowe ma własną łazienkę , prąd i ciepłą wodę. Wieczorem idziemy jeść na pobliskiej lodgy – jest tam bufet w podobnej cenie, jak w Etoshy ( 270 N$ od osoby, Teoś raz za darmo raz 50% – zależy na kogo z obsługi trafiliśmy ). Lodga jest prywatna i jedzenie jest bardzo dobre – różne rodzaje grillowanej dziczyzny i innych mięs ( ja jem zebrę , strusia, guźca i antylopę ), grillowane warzywa, zimne dania, całkiem sensowne cenowo i smakowo wina. W nocy duszno i gorąco. Niestety następny dzień jest pochmurny. Nadal jest gorąco, ale o ile jeszcze rano przebłyskuje jakieś słońce, to potem jest kiepski dzień do fotografowania. Wjeżdżamy do Parku Narodowego ( 80 N$ od osoby, 10 N$ samochód, Teoś za darmo ). Wchodzimy na Wydmę 45, i oglądamy wyschnięty Hidden Vlei z martwymi drzewami – widok robi wrażenia. Aby dojechać do Vlei trzeba mieć samochód 4Wd i jechać przez piaski.  Po południu oglądamy Seseriem Canyon – całkiem fajny, niewielki kanion. W nocy pada deszcz, ale następny dzień jest słoneczny. Jadę robić zdjęcia, następnie wyruszamy do Aus.
29.10.2016 – 30.10.2016  Po do

Namibia - Sosuslevei

Namibia – Sosuslevei

ść długiej jeździe szutrowymi drogami docieramy do Aus bez żadnych przygód. Nasz hotelik Banhof Hotel, choć był drogi ( około 500 zł za noc ) nie jest luksus

Namibia - Sosuslevei - antylopa

Namibia – Sosuslevei – antylopa

owy, po prostu przyzwoity. Jedziemy 120 km do Luderitz, aby zrobić zakupy ( sobota – w Aus wszystko zamknięte ) i dowiedzieć się o zwiedzanie Kolmanskop. Droga niesamowicie monotonna, im bliżej Luderitz  tym mocniej nawiewa piasek. Robimy zakupy w jedynym czynnym portugalskim supermarkecie Multi Save i doczytujemy się na drzwiach agencji turystycznej, że permity można kupić po prostu przy wjeździe do opuszczonego miasta – 8:30 – 13:00. Wracamy do hotelu, obiad jemy w hotelowej restauracji – taki sobie, choć nie tani, dobre wino z SA ( Nederburg – już wcześniej piliśmy ). Następnego dnia wyruszamy znowu w kierunku Luderitz. Mniej wieje. Płacimy za permity (Teoś za dramo ) i zwiedzamy opuszczone miasto Kolmanskop. Na początku oprowadzanie przez przewodniczkę ( angielski lub niemiecki, za darmo ). Pani się nie podoba , że Teoś trochę dokazuje. W każdym razie miasto fajne – było samowystarczalne, wodę dowożono z Kap

Namibia - Kolmanskop

Namibia – Kolmanskop

sztadu, miało własną fabrykę lodu, chłodnię i mini kolejkę. Oglądamy opuszczone, wpół zasypane budynki – szpitala, domy lekarza, architekta, inżyniera, dyrektora artystycznego, nauczyciela, odnowiony dom managera. Z czasem zaczyna coraz mocniej wiać, piasek jest wszędzie . Jedziemy do Luderitz. Chcemy zobaczyć zabytkowy dom, ale jest otwarty 16-17 . Jemy całkiem fajny lunch w jedynej czynnej kafejce Diaz Point . Robimy jeszcze zakupy w Spar i jedziemy nad Grosse Bucht – wielką zatokę. Tam już wieje maksymalnie, nie za bardzo da się nawet zrobić zdjęcia. Oglądamy jeszcze Diaz Point z latarnią morską i krzyżem postawionym przez Portugalczyka ( zerwany most, aby przejść na nią ) i jedziemy z powrotem do Aus. Chcemy obejrzeć jeszcze dzikie konie w okolicach Aus, ale przy studni, gdzie piją akurat odchodzą – robimy zdjęcia tylko strusiom. Po odwiezieniu Oli i Teosia nawet tam wracam, ale więcej koni nie ma.
31.10.2016 – 01.11.2016 Jedziemy na farmę White House Drogi dobre asfaltowe, więc podróżuje się całkiem szybko. Farma położona około 4 km od głównej drogi do Grunau. Tam znajduje się dom właścicieli i recepcja. Do właściwego „białego domu”, gdzie będziemy mieszkać mamy jeszcze około 2 km. To stary dom, powstały na początku XXw, niewiele zmieniony, tylko odnowiony. Właściciele guesthousu sprzedają różowy kwarcyt, które sporo jest na farmie. Teoretycznie na terenie jest plac zabaw i basen, ale basen to betonowy zbiornik z dość zazielenioną woda. Po terenie chodzi stado kóz, można pooglądać ptaki ( właściciel wybudował niewielkie zadaszenie do podglądania ptaków przy źródełku z wodą ). Właściciel przywozi nam obiado – kolację. Potrawy to

Namibia - Luderitz

Namibia – Luderitz

zapiekanki z mięsem dzikich zwierząt lub kurczaków. Całkiem dobre, choć w ilościach trudnych do przejedzenia. Następnego dnia rano jedziemy do kanionu Fish River. Najpierw jedziemy drogą szutrową do Ais-ais. Tam znajdują się gorące źródła. Jest tam basen i SPA, gdzie za niewielką  opłatą 30 N$ ( dla nie mieszkających w hotelu ) można popluskać się w płytkim basenie ogrzewanym wodą ze źródeł. Tak robią Ola i Teoś. Potem podjeżdżamy do samego źródła, gdzie rzeczywiście wylewa się woda o temperaturze około 65 stopni. Na terenie biegają pawiany, które wybierają jedzenie z koszy. Po niewielkim posiłku jedziemy do drugiego wjazdu do Parku Narodowego, aby obejrzeć kanion. Pan strażnik jest na tyle miły, że przy wyjeździe nie pobiera od nas opłaty, bo przy drugim wjeździe jest wyższa. Oba miejsca dzieli około godzina jazdy szutrowymi drogami. Po dojechaniu do drugiego wjazdu oglądamy kanion z kilku punktów widokowych. Robi on duże wraże

Namibia - kanion Fish River

Namibia – kanion Fish River

nie, porównywalne z kanionami w USA. Przed zachodem słońca ( niektórzy czekają na nie ) wyjeżdżamy w kierunku hotelu. Jedziemy drogami szutrowymi. Niestety około 50 km od naszego domku znowu łapiemy gumę – opona zostaje zniszczona. Choć mam już doświadczenie, zmiana nie jest prosta z powodu zapadającego zmierzchu. Ruszamy dalej już po ciemku. Jazda nie jest przyjemna. Wracamy na farmę – tym razem dostajemy kotleciki i klopsiki oraz ciasto marchewkowe – bardzo dobre. No i znowu pijemy dobre wino Nederburg, tym razem z okazji aamoich urodzin.
01.11.2016. Kupujemy kolczyki z różowego kwarcytu oraz kawałek kamienia. W Keetmanshoop wjeżdżamy do miasta i w dość dużym punkcie wymiany opon kupujemy nową oponę, tym razem za 2600 N$. Jedziemy do Mariental . Tam zatrzymujemy się w Anandi Guesthouse. Całkiem fajny domek z widokiem na ogrodzenie po napięciem, w miarę czysty basen. W hotelu odbywa się konferencja nauczycieli. Pani poleca nam jedzenie w położonej naprzeciwko restauracji ( w

Namibia - tama Hardap

Namibia – tama Hardap

innym hotelu ). Jesteśmy jedynymi klientami. Jedzenie ( pizza ) poprawne, choć nie zachwyca. Jedziemy obejrzeć tamę Hardap. Podobno nazwa Hardap określająca tą okolicę w miejscowym języku oznacza kobiece sutki do których są podobne okoliczne wzgórza. Okolice tamy to rezerwat przyrody – wjazd płatny – 60 N$ od osoby, 10 N$ samochód, Teoś za darmo.  Po raz pierwszy widzimy w Namibii tak duże śródlądowe zbiorniki wody. Po zjazdach do spuszczania łodzi widać, jak bardzo opadł poziom wody. Sporo ptaków, fajna atmosfera. Niestety Teoś wchodzi w kłujące zarośla.
02.11.2016 Jedziemy do Windhoek – stolicy Namibii Jedziemy do hotelu Rivendell. Zajeżdżamy do Namibia Crafts Center, gdzie kupujemy trochę pamiątek – miskę z włókien ( 160 N$ ), t

Namibia - Windhoek - dworzec główny

Namibia – Windhoek – dworzec główny

rochę biżuterii, róg Kudu ( 525 N$ przy 5% zniżce za zapłatę gotówką ). Idziemy jeść do restauracji Gourmet przy pobliskim pasażu handlowym. Ola chce spróbować tradycyjnego jedzenia, ale kelnerka jej odradza ( w tym „Worms” robaki ), mówiąc, że to jedzenie dla „czarnych”. Wracamy po zmierzchu. Oglądamy wystawę meteorytów, które kiedyś  spadły w tych okolicach. Jakaś miłą pani przestrzega nas, żeby Teoś nie trzymał w rekach tabletu, bo mogą nam go wyrwać.
03.11.2016 – 04.11.2016Rano po śniadaniu wyjeżdżamy. Jeszcze zajeżdżamy na dworzec kolejowy, aby go obejrzeć za dnia.  Jest tam Muzeum Kolejnictwa, między innymi stara lokomotywa i wagony, a w środku kosz od balonu. W rozkładzie jazdy widać, że pociągi jeżdżą rzadko – maksymalnie raz dziennie. Jedz

Namibia - Windhoek - dworzec główny

Namibia – Windhoek – dworzec główny

iemy w stronę lotniska. Tuż przed lotniskiem w miejscu rutynowej kontroli, zatrzymuje nas policja. Prosi o prawo jazdy. Ja zgubiłem, więc najpierw pokazujemy Oli, a potem dowód rejestracyjny. Policjant w końcu zadowala się 150 N$ łapówki i po miłej pogawędce o pogodzie i Polsce puszcza nas wolno. Tankujemy na ostatniej stacji benzynowej przed lotniskiem ( dojazd piaszczystą drogą ) i jedziemy oddać samochód. Mają nam zwrócić za opony. Udaje mi się złożyć wniosek o zwrot  VATu za ubrania, walizki, czy kamienie z Muzeum Kryształów. Lot do Doha spokojny. Na lotnisku fajne place zabaw – dość „wypasione”. Kupujemy Teosiowi klocki w sklepie Lego ( drogie 65 QAR, w Polsce takie same 44 PLN ), po jedzeniu idziemy spać. Kładziemy  się na placu zabaw, pan z ochrony nas budzi i każe nam iść do „cichego pokoju dla rodzin”, gdzie śpimy na wykładzinie. Rano szybka toaleta i bezproblemowa podróż do Warszawy. W Warszawie jedziemy na parking. Ola prowadzi samochód, bo ja zgubiłem prawo jazdy. 
Choć w Namibii spotkały nas niemiłe przygody ( z których kradzież bagażu była najgorsza ), to jednak ten kraj nas zdecydowanie oczarował – wspaniałe krajobrazy, zwierzęta, ciekawi ludzie. Warto tam jechać, choć trzeba zachować ostrożność.