USA 2014


Podziel się z innymi ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •  
  •  

Opis podróży do USA w czerwcu 2014 roku – Nowy Jork i południowy – zachód ( Kolorado, Utah, Arizona, Newada )

Galeria zdjęć z wyjazdu
 02.06.2014 Lecimy najpierw do Londynu, a potem do Nowego Jorku. Na lotnisko zawozi nas Mirek. Pan w Warszawie nadaje nosidełko Teosia ( w torbie z IKEA ) na bagaż nadwymiarowy, żeby mniej nim rzucali.  Podróż jest OK., tylko sporo kontroli bezpieczeństwa, zwłaszcza w Londynie. Teoś musi zdjąc buty i jest obszukiwany przez pana. W czasie  lotu do NJ Teoś śpi trochę, ale poza tym bawimy się samochodami koło toalet, jednak jakaś pani z obsługi zabrania nam tego. Potem bawimy się na fotelach, ale to nie to samo. Teoś trochę marudzi, ja jestem zmęczony całą podróżą. Wreszcie dolatujemy. Immigration bez problemu, tylko pan się pyta Why, co oznacza pytanie o cel podróży. Okazuje się, że wózki na bagaż są płatne (?) na lotnisku Newark, a wózek Teosia trafia  do stanowiska z bagażem ponadwymiarowym ( jeszcze mnie obrugają za wejście tam ). Z lotniska bierzemy taksówkę do hotelu. Wpierw dają nam kwitek na 90$, ale na końcu taksówkarz chce 135$ ( bo opłaty po drodze ) + 20% , czyli w sumie płacimy 160$. Jechaliśmy ładny kawałek, ale mam wrażenie, że nas oszukano.  Ale Teoś był bardzo zmęczony, zasnął po drodze. My też po zameldowaniu się w hotelu szybko się umyliśmy i poszliśmy spać.

Nowy Jork – Statua Wolności

03.06.2014 Teoś budzi się dość wcześnie, oglądamy samochody na pobliskiej drodze szybkiego ruchu, a w końcu idziemy na śniadanie. W sumie nie jest najgorsze, choć  bajgle są kiepskie, a kawa słaba.  Po śniadaniu jedziemy metrem na wybrzeże. Stacja metra jest blisko. Zjeżdżamy windą na stację i kupujemy kartę do komunikacji za 1$ + 9$ na przejazdy.  Dość długo szukamy miejsca gdzie odpływają promy , bo Battery Park jest remontowany. Kupujemy bilet ( 18$, Teoś za darmo ) na prom. Przed wejściem na prom kontrola bezpieczeństwa jak na lotnisku. Wreszcie płyniemy – najpierw do Statui Wolności, a potem do Ellis Island.  Podróż całkiem fajna , Teoś  szaleje na statku.  Oglądamy statuę z zewnątrz ( nie było już nawet biletów na wejście ) i Muzeum Imigracji na wyspie Ellis. Po powrocie jedziemy do Interpid Museum. Szukanie stacji metra zajmuje nam sporo czasu. Na Manhattanie jemy w barze – cheeseburger z frytkami, sałatka grecka, wrapsy z łososiem dla Teosia ( których nie je ), picie kosztuje 51$. Gdy dochodzimy na miejsce – okazuje się, że Muzeum jest już zamknięte ( tzn. nie można już wejść ). Wracamy do centrum Manhattanu, pijemy colę i jemy banany ( 2 za1$ )  w sklepiku. Widzimy ciemne chmury, więc decydujemy się wrócić do hotelu.  Kupujemy Teosiowi  lody z ulicznego samochodu ( 3$ )Gdy wysiadamy z metra – już pada. Robimy jeszcze zakupy w sklepiku niedaleko naszego hotelu ( cola, woda, sok, ciastka, jogurty – 17 $ ) i wracamy do hotelu.  
04.06.2014 Trochę pada, jest chłodniej niż poprzedniego dnia.  Jedziemy na Manhattan. Trochę siedzimy na Rockefeller Plaza, a potem idziemy do muzeum okrętowego. Na szczęście uznają nasze bilety zakupione przez Internet na poprzedni dzień ( za 58$ za dwie osoby, Teoś za darmo ). Oglądamy lotniskowiec z czasów II Wojny Światowej, różne samoloty i śmigłowce ( w tym MI-21 z Polski ) prom kosmiczny Enterprise, samolot Concorde i okręt podwodny z czasów zimnej wojny. Następnie idziemy ulicą Broadway w stronę Central Parku  – spory hałas

Nowy Jork – Muzeum Interpid

, korki. Dochodzimy do parku  Idziemy na plac zabaw – trochę dziwny,  z elementami betonowymi i z granitu, ale Teoś się bawi.  Potem chodzimy jeszcze po parku. Sporo osób leży na trawie, nagabują na przejażdżkę rikszą rowerową ( 2-3$ za minutę ). Jeżdżą też pojazdy konne. Wychodzimy z parku. Kupujemy Teosiowi gofra ( 6$ ). Wracamy do hotelu. W metrze ceregiele, żeby przejść z wózkiem przez przejście bezpieczeństwa ( wpierw przeciągamy kartę , a pan patrzy i otwiera przejście ) – na innych stacjach tak nie było. Zamawiam taksówkę na jutrzejszy dzień na lotnisko La Guardia – ma kosztować 20-25$ i jechać 10 – 15 minut.
05.06.2014. Leje deszcz. Przyjeżdża taksówka ( nie żółta, tylko  jakiejś firmy ). Płacimy jednak 35$ – tyle chce taksówkarz. Kontrola bezpieczeństwa dość sprawna. Lotnisko małe – nie ma sklepów z elektroniką ( a chciałem kupić obiektyw, bo mój szwankuje ). Kupuję Teosiowi zestaw 5 małych wozów strażackich za 16$. Jako rodzina wsiadamy do samolotu pierwsi. Lot OK., pan steward standardowe teksty wygłasza w sposób niestandardowy, z różnymi humorystycznymi komentarzami. Dają zimne picie i chrupki za darmo. Lądujemy w Denver. Lotnisko duże, liczne drogowskazy do schronu na wypadek tornado. Okazuje się, że na stanowisku wypożyczeń nikogo nie ma, musimy jechać bezpłatnym autobusem na parking. Na miejscu pan namawia nas skutecznie na  opłacenie p

Park Narodowy Great Sand Dunes

aliwa ( 40 $ ) i ubezpieczenia assistance ( 111 $ ) oraz nieskutecznie do podwyższenia klasy samochodu. Jedziemy zgodnie z nawigacją, Po drodze silny deszcz w górach. Tylko krótki postój na zakup wody. Dojeżdżamy do Alamosy już po zmierzchu. Idziemy jeść do Burger Kinga. Dostajemy ogromną porcja coli.
06.06.2014. Rano idziemy na śniadanie ( w cenie ), w sumie podobne jak w Nowym Jorku, tylko kawa gorsza. Potem jedziemy do Wallmart – supermarketu, kupić picie i zobaczyć, czy nie mają obiektywów. Teoś szaleje  i chce kupić zabawki, kupujemy ubranka Teosiowi, wodę, colę itp. Niestety nie mają obiektywu, jaki chcę.  Jedziemy do Parku Narodowego Great Sand Dunes – około 40 kilometrów . Kupuję roczną kartę wstępu do wszystkich parków narodowych w USA za 80$. Dojeżdżamy do parkingu i idziemy do wydm. Trzeba przejść przez płytki potok, a dalej są wydmy. Wchodzimy na jedną z nich. Teosia niosę w nosidełku. Niestety jestem za słaby i nie daję rady. Ola i Teoś zostają na jednej  z wydm, a ja idę dalej tylko z aparatem fotograficznym. Dochodzę na jedną z wydm i dalej już nie dam rady. Schodzimy do potoku. Teoś się chlapie w wodzie, w końcu ściąga pieluchę i pluska się na golasa ( inne dzieci są w strojach kąpielowych ). Potem idziemy do toalety i przebieralni – całkiem OK.  Wracamy do miasta. W centrum informacyjnym Ola dowiaduje się o plac zabaw dla dzieci – jest w parku, gdzie w weekend ma być impreza.  Jedziemy tam – piękna trawa, zespół zaczyna grać muzykę country, rozkładają się różne kramy z jedzeniem, zabawami itp. Dość drogo. Kupujemy Teosiowi loda za 4$ – duży, waniliowy, dobry. Jedziemy coś zjeść do miejscowej pizzerii. Całkiem dobra pizza, całkiem dobre lekkie piwo Ally Blue. Za jedną dużą pizzę ( nie zjadłem do końca, pan spakował mi do pudełka ), jedną małą dla Oli ( też nie zjadła do końca ), bar sałatkowy, trzy piwa, kilka mały

Durango – stacja kolejowa

ch wód płacimy w sumie 33$ + 5$ napiwku.
07.06.2014 Dziś jedziemy do Durango. Tankuję – lepsze paliwo niby 3,72 $ za galon. Prosta droga z jednym chyba przystankiem prowadzi nas do celu. Nasz hotel Spanish Trails Inn na początku nie robi na nas najlepszego wrażenia, ale wszystko okazuje się być OK. jedziemy do centrum miejscowym, bezpłatnym autobusem ( trolley ), którego przystanek znajduje się tuż obok hotelu. Centrum historyczne miasta bardzo turystyczne, mnóstwo sklepików, restauracji, kafejek – ładne ale nie robi  dużego wrażenia. Odwiedzamy muzeum przy stacji kolejki, którą będziemy jechac za parę dni. Główna część wystawy to eksponaty zbierane przez  byłego wojskowego i podarowane po jego śmierci przez wdowę po nim – stare samochody, stary samolot, wagony i lokomotywy, różne żołnierzyki oraz ogromna makieta kolejki z jeżdżącymi pociągami – ciekawe, zwłaszcza jak na prywatne zbiory. Idziemy jeść do kurczakarni  wymienionej w przewodniku gastronomicznym po mieście. Kurczaki całkiem dobre, smakują Teosiowi, ale Oli sałatka nie smakuje. Piwo to samo co poprzedniego dnia w Alamosa, ale tu jest po 5$ za butelkę. W sumie płacimy około 30$ +napiwek. W  Walmarcie robimy zakupy spożywcze. Wracając zajeżdżamy jeszcze na plac zabaw. Całkiem fajny – zwłaszcza różne instrumenty muzyczne ( rury i coś w rodzaju cymbałów, w które się uderza ).
08.06.2014 Wstajemy o 7:00, aby wcześniej wyruszyć do Parku narodowego Mesa Verde, bo ma padać, ale sami musimy robić sobie śniadanie ( w hotelu nie ma śniadań ) i w rezultacie

Park-Narodowy Mesa Verde – Spruce Tree House

wyruszamy przed 9:00. Po około godzinie ( wbrew nawigacji, która stwierdzała 2 h) dojeżdżamy do centrum informacyjnego. Biorę mapy i się dowiaduję, że jedną z budowli możemy zobaczyć nawet z wózkiem, a inne tylko sfotografować ( trudne wejścia z drabinami itp. ). Jedziemy pod górę , po drodze zatrzymując się w Park Point ( punkt obserwacyjny , gdzie wypatruje się  pożarów ) i Far View  ( tak wiało, że szybko uciekliśmy ).  Jedziemy do pierwszej  budowli Spruce Tree House. Schodzimy z wózkiem. Zejście OK., powrót inną drogą, kilka schodów. Na miejscu dwóch rangersów pilnuje, aby nie wchodzić na mury itp. Teoś chce oczywiście wszędzie wejść. Schodzimy po drabinie do piwnicy. Zrywa się mocny wiatr i pada. Przeczekujemy złą pogodę w muzeum i w restauracji, gdzie pijemy kawę, a Teoś je kawałek pizzy i lody. Wychodzi słońce, więc  jedziemy oglądać  z góry inne budowle Cliff Palace i Balcony House. Położone są  w ścianach kanionu – naprawdę wygląda to fajnie. Widzimy ludzi wchodzących tam po drabinach. Wracamy  do Durango, do naszego hotelu. Wstawiamy  pranie – 1,75 $ za pralkę i 1,5$ za suszarkę. Niestety mimo dwóch suszeń pranie jest niedosuszone i musimy je wieszać na sznurku w pokoju. Jedziemy do centrum miasta coś zjeść. Jemy w lokalu polecanym w przewodniku Olde Tymers Cafe – Ola je sałatkę, ja hamburgera, jedzenie dobre , około 30$ i 5$ napiwku.
09.06.2014 Wstajemy rano, aby zdążyć na przejażdżkę pociągiem. Wysadzam Olę i Teosia pod stacją kolejową i jadę na parking kolejowy ( opłacony przez Internet 7$ za cały dzień ). Wsiadamy do naszego wagonu. Ruszamy o 8:00.  Na szczęście nie wszystkie miejsca są zajęte więc Teoś nie musi nam siedzieć na kolanach ( nie ma własnego biletu ).  Dobrze, że kupiliśmy miejsca w zamkniętym wagonie, bo rano jest dość zimno, a pył z komina lokomotywy szczypie w oczy, Trasa bardzo fajna przez góry, wzdłuż rzeki, Przystanki na nabieranie wody. Po 3,5 h jazdy jesteśmy już trochę znużeni, chociaż naprawdę były piękne widoki . Silverton, do którego dojechaliśmy tak nam się podoba, że przesuwamy powrót

Podróż Durango – Silverton

autobusem o 3h i zostajemy dłużej na miejscu. Jemy w restauracji, która mieści się w budynku jednego z najstarszych burdeli w mieście. Jedzenie w miarę OK., Teosiowi chyba smakował kurczak, bo sporo zjadł. Płacimy około 40$, nie zostawiamy napiwku. Potem chodzimy po mieście, naprawdę jest bardzo ciekawe, dużo starych budowli, nowe też są w tym samym stylu, położone wśród gór, widać ośnieżone szczyty. Kupujemy lody dla Teosia. Wracamy autobusem, pan kierowca opowiada sporo o mijanych miejscach, Po powrocie idziemy na parking i jedziemy na plac zabaw – ten sam co poprzednio, a potem do centrum, Chodzimy trochę po mieście, kupuję szkic lokomotywy za 10$. Chcemy jeszcze raz odwiedzić  muzeum, ale już jest zamknięte. Idziemy jeść do pizzerii. Bardzo dobra pizza i obsługa. Płacimy około 30$ + 5$ napiwku.
10.06.2014. Wstajemy dość wcześnie rano ( 6:30 ), jemy śniadanie, pakujemy się, oddajemy klucze i wyruszamy. Tankuję ( 3,65 $ za galon ) i jedziemy. Zatrzymujemy się  w Cortez na placu zabaw i korzystamy z toalety w Colorado Welcome Center ( są w każdym większym mieście – fajna sprawa ). Potem jedziemy właściwie bez przerwy, okolica robi się coraz bardziej pustynna. Dojeżdżamy do Monument Valley Navajo Tribal Park. Za wjazd płacimy 20$ za samochód ( do 4 osób ). Widoki z centrum informacyjnego na dolinę zapierają dech w piersiach. Robimy zdjęcia, kupujemy Teosiowi loda i wyruszamy na przejażdżkę po dolinie. Droga jest nie utwardzona, jeździ tylko wyrównywarka i polewaczka. Zatrzymujemy się w kilku miejscach, aby z bliska zrobić zdjęcia. Na pewnym odcinku droga tworzy pętlę i jest jednokierunkowa . Niestety nie możemy jej ukończyć, bo samochód przez nami się zakopuje. Nie ryzykujemy przejeżdżania obok niego i wracamy pod prąd ( i kilka samochodów z nami ) . Jedziemy do n

Monument Valley – Teoś

aszego hotelu w Page. Po drodze mamy ładne widoki, ale nie zatrzymujemy się, bo mamy sporo drogi. Hotel Americas Best Value Inn nie robi na nas za dobrego wrażenia ( choć jest drogi 125$ za noc ). Jedziemy coś zjeść do meksykańskiej knajpki El Tapatio, znaleziona w Internecie, okazuje się być tuż obok naszego hotelu. Jedzeni dużo i dobre, obsługa słabo mówi po angielsku i jest trochę leniwa. Za Quesadillas z serem,  sałatkę i nugetsy z frytkami dla Teosia ( nie zjadł ) płacimy około 30$ + 5$ napiwku ( za dobre jedzenie ). Jedziemy jeszcze do Walmartu ( nie ma mojego obiektywu, kupujemy za 0,5$ lizaka dla Teosia ) i wracamy do hotelu.
11.06.2014. Dzisiaj oglądanie kanionu Antylopy i przejazd do Las Vegas. Jemy śniadanie – raczej kiepskie, w hotelu. Jedziemy do kanionu. Płacimy za wstęp na tereny Navajo – 8$ od dorosłego. Opłacam kartą nasza rezerwację – 40$ od dorosłego. Przez pomyłkę pobierają też 20$ za Teosia, ale zwracają mi gotówka. Czekamy na wyjazd, na szczęście znajdujemy jakąś starą ławeczkę za budką w której pobierają opłaty. Jedziemy do kanionu teren

kanion Antylopy

owymi samochodami – pickupami przystosowanymi do przewozu turystów. Mocno skaczemy – Teosiowi się podoba. Kanion piękny, super snopy światła, pani przewodniczka bardzo fajna – nie tylko pokazuje gdzie zrobić zdjęcie, rzuca piaskiem tam gdzie trzeba, ale pożycza Teosiowi swój wskaźnik, aby nie płakał ( w kanionie mu się nie podoba ). Po godzinie wracamy z powrotem. Daję pani przewodniczce 5$ napiwku. Wyruszamy  do Las Vegas. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie kupujemy colę i loda Teosiowi. Potem jdwziemy przez okolice Wielkiego Kanionu. Zatrzymujemy się jeszcze w McDonalds, gdzie Teoś bawi się na placu zabaw, a ja coś jem. Dojeżdżamy do Las Vegas. Tylko dzięki nawigacji udaje się przejechać sprawnie autostradami z dość dużym ruchem. Dojeżdżamy do kasyna – hotelu Zostawiam samochód przed drzwiami i idę się zarejestrować. Potem wjeżdżamy na parking i stamtąd zjeżdżamy do kasyna. Dopiero po przejściu przez całe kasyno można wjechać windą na 7 piętro, gdzie jest nasz pokój. Mnóstwo ludzi gra – głownie na automatach, także w Blackjacka, czy ruletkę. Często to emeryci, także na wózkach, siedzą i beznamiętnie wciskają przyciski w automacie. Idziemy zjeść do pizzerii w pobliżu. Pizza jest taka sobie , z jakimś dziwnym sosem i frytkami. Nie zjadamy jej w całości. Jakiś czarny 34 latek obchodzi swoje urodziny, pewna biała dziewczyna biorąca udział w jego imprezie rozmawia z nami itp., daje Teosiowi baloniki. Przy meldowaniu obiecują nam dostarczyć łóżeczko dla Teosia. Kilkakrotnie monitujemy o to łóżeczko.  Wreszcie przynoszą je, gdy już śpimy.
12.06.2014 Wstajemy dość późno – musieliśmy się wyspać po długiej podróży poprzedniego dnia. Sprawdzamy łóżeczko – okazuje się za małe dla Teosia – składamy je i odkładamy na bok. Zgodnie z informacjami jest test alarmu przeciwpożarowego. Ktoś wchodzi nam do pokuju bez pukania, aby sprawdzić, czy słychać alarm. Postanawiamy pojechać do drogi 66 i tamy Hoovera. Najpierw jednak jedziemy do sklepu fotograficznego. Reperują tam także aparaty i obiektywy, ale mój diagnozują jako porosły pleśnią i nie umieją tego naprawić !. Dlatego w końcu kupuję u nich tańszy obiektyw za 199 $ + podatek, czyli 215 $. Następnie jedziemy w kierunku Kingman. Jednak po drodze mi się odechciewa i skręcamy

Chloride Ghost Town

w stronę Chloride, położonej niedaleko głównej drogi. W tym miasteczku jest „Ghost Town” z czasów Dzikiego Zachodu częściowo odrestaurowany – bardzo ciekawe, można zobaczyć jak naprawdę wyglądało takie miasteczko – z saloonem, więzieniem itp. Obok znajdują się budunki z początku XXw – ciągle będące w użyciu, np. poczta. Na ogrodzeniach wielu domów wiszą różne wyroby z metalu ( a raczej ze złomu ). Teoś bawi się na placu zabaw w parku miejskim ( raczej ubogim, spalonym słońcem ). Kupujemy jeszcze lody i colę w miejscowym sklepiku ( lodów nie można jeść w środku ) i jedziemy w stronę tamy Hoovera. Gdy tam dojeżdżamy okazuje się, że nie ma już wycieczek po tamie i elektrowni ( jest za późno ), ale jednak parkujemy ( po przejechaniu kontroli bezpieczeństwa – tylko machnęli na nas, aby jechać dalej ) za 10$. Okazuje się, że centrum informacyjne też już zamknęli i możemy pochodzić tylko po częściach ogólnie dostępnych. Nie ma tego za dużo. Robimy parę zdjęć, oglądamy tablicę poświęconą tym  którzy zmarli przy budowie tamy oraz wychwalającej to wielkie osiągnięcie USA.  Potem jeszcze jedziemy na parking, z którego można wejść na nowy most zastęp

Tama Hoovera

ujący przejazd przez tamę ( z lat 2005 – 2010 ). Widoki z mostu są przepiękne.  Widzę Amiszów. Jedziemy jeszcze do Walmartu na zakupy i wracamy do hotelu. Idziemy jeść do Cafe Cortez – tańszej restauracji w kasynie. Za sałatkę grecką, kurczaka, dwa kieliszki wina wraz z z napiwkiem płacimy 36 $.
13.06.2014 Jedziemy do Red Canyon Ale po drodze odwiedzamy plac zabaw. W lepszej dzielnicy – bardzo fajny, trawa jest strzyżona, a liście odkurzane przez ekipę mówiącą po hiszpańsku, która potem odpoczywa sobie w cieniu. Teoś sam bawi się na placu zabaw między innymi z dużymi zjeżdżalniami, które nawet dla nas są duże.  Po zakończeniu zabawy jedziemy do kanionu. Po parku jeździ się  drogą okrężną, przy której są parkingi z których można pójść na krótkie wycieczki.  Najciekawsze są dwa pierwsze parkingi, z których można obejrzeć czerwone skały z bliska i ostatni z panoramą. Z jednego parkingu jedziemy drogą kamienistą, ale na jej końcu jest początek 2,5 h szlaku. Jest też miejsce na biwak, ale z powodu zagrożenia pożarowego nie można rozpalać ognia. Po obejrzeniu kanionu wracamy do Las Vegas do Las Vegas Outlet Premium. Tam chodzimy po sklepach. W sklepie Ecco Teoś zdejmuje sandały, zapominamy o nich, a gdy wracamy po nie już ich nie ma.  Potem chodzimy po innych sklepach i kupujemy między innymi jeansy Levis po średnio 100 zł za sztukę, czy koszule Hilfigera za 100 zł, Idziemy obejrzeć Las Vegas. Jedziemy autobusem Bruce ( 6$ od osoby za bilet ważny 2h ), do Mandalay Palace. Oglądamy między innymi kasyno Luxor

Las Vegas

z piramidą,  Ecalibur z zamkiem , Bellagio z fontannami ( podobnymi do tych z Dubai Mall ),  New York – New York, Paris – Las Vegas z wieżą Eifella, czy Venetian z repliką pałacu Dożów. Jemy w jakieś sieciowej pizzerni – w sumie płacimy 24$, a pizze są zjadliwe tylko na ciepło, a na zimno w ogóle. Teoś robi się senny i wracamy autobusem.  Wysiadamy przy Fremont Stret Experience – robi wrażenie.
14.06.2014 Wstajemy dość późno po eskapadzie poprzedniego dnia. Gdy się wymeldowujemy chcą nas obciążyć za dwie wody ( 2 x 5$ = 10$ ), ale okazuje się po długich rozmowach z obsługą, że to pomyłka. Jedziemy do Kanab. min przez miejscowość Hurricane, Jedziemy na zakupy w miejscowym supermarkecie, a potem idziemy jeść. Spotkana po drodze Niemka poleca nam grill saloon. Idziemy tam. Dobry wegetariański burger ( oprócz typowej buły  hamburgerowej ), fajny indyk z grilla i sałatka z ogórków. Jeszcze kupujemy Teosiowi loda i wracamy do hotelu.
15.06.2014 Wstajemy  wcześniej, aby jechać do Wielkiego Kanionu, ale wybieranie się i tak zajmuje nam tyle czasu, że wyruszamy około 9:00. Droga wiedzie przez straszliwe pustkowia, ale przynajmniej można jechać całkiem szybko. Dopiero gdy wjeżdżamy w góry musimy zwolnić. Droga zaczyna być dość kręta. Wreszcie wyjeżdżamy na wyżynę z łąkami. Zaraz po wjeździe do parku zauważamy pasące się na łąkach stado bizonów. Najpierw id

Wielki Kanion

ziemy do punktu widokowego Angels Point. Widoki naprawdę są niesamowite. Teoś idzie z nami, choć trochę marudzi. Postanawiamy przejść się ścieżką wzdłuż krawędzi kanionu. Niosę Teosia szlakiem . Bardzo przyjemna droga – trochę wieje, oglądamy zarówno kanion, jak i las z ładnymi zapachami. Teoś zasypia w nosidełku. Docieramy do głównej drogi, zostawiam Olę i Teosia i wracam na parking po samochód. Potem jedziemy na wyżej położone punkty widokowe. Zwłaszcza wspaniałe widoki są z ostatniego z nich Cape Royal – z widokiem na skałę z dziurą, ze ścieżką biegnącą wzdłuż pinii. Wracamy do Kanab, jedziemy od razu na plac zabaw, tak jak obiecaliśmy Teosiowi. Plac zabaw ciekawy, wysypany pociętą gumą – Teoś bawi się całkiem dobrze. Następnie jedziemy coś zjeść – tym razem do Houstan`s Trail`s End Restaurant – jedzenie jest bardzo dobre, choć nie najtańsze. Ponieważ zamawiam stek, to wszystko razem kosztuje nas około 50$ + napiwek.
16.06.2014 Jedziemy do Parku Narodowego Zion. Droga zajmuje nam trochę ponad godzinę. Dużo ludzi w parku. Przed wjazdem do tunelu musimy czekać, bo jest ruch wahadłowy. Tunel długi, nieoświetlony, ma tylko co pewien czas „okna” w skale. Wyjeżdżamy z parku do Springdale i tam parkujemy zaraz za granicą parku. Musimy przejść drewnianą kładką do parku ( sprawdzany jest ponownie nasza karta ) i tam jest parking bezpłatnych autobusów, którymi można oglądać park (

Park Narodowy Zion

własnym samochodem nie można ). Zachodzimy jeszcze do centrum informacyjnego, gdzie kupujemy trochę magnesików. Jedziemy, wysiadając przy kolejnych punktach widokowych. Idziemy na dwie dłuższe wycieczki – najpierw do Emerald Pools ( musimy zostawić wózek po drodze ), drugą do Weeping Rock – obie bardzo fajne, a ich końcowe miejsca ( w przypadku Emerald Pools – środkowy basen, bo tylko tam docieramy ) ze strumyczkami, wodospadami i jeziorkami sprawiają Teosiowi dużo radości. Na końcu kanionu idziemy przez pewien czas ścieżką – oglądamy tam jelonka w trawie i rozmawiamy z panem o polskim pochodzeniu ( był w Polsce w 2004 roku ), który rozpoznaje  język polski. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Zion Lodge, gdzie pijemy  zimne napoje i jemy lody. Wracamy inną drogą przez Hurricane, gdzie idziemy do supermarketu Walmart.
17.06.2014 Rano pakujemy się, płacę za hotel i jedziemy dalej do Moab. Postanawiamy „po drodze” obejrzeć jeszcze Park Narodowy Bryce. Skręcamy na drogę numer 12. Mijamy czerwone skały Red Canyon i dwie wykute w skale „bramy” pod którymi przejeżdża drogą i inne piękne widoki, aby dotrzeć do parku narodowego Bryce. W samym parku jeździmy drogą widokową. Oglądamy wspaniałe widoki na skały tzw. Hoodoos. Na Bryce Point oglądamy alpinistów przygotowujących się do wspinaczki. Postanawiamy nie jechać daje do Rainbow Point, bo robi się późno. Zawracamy i jedziemy do wyjścia z parku – widzimy ludzi obserwujących pieski preriowe, ale niestety nie mamy na to czasu.  Zatrzymujemy się po drodze w małym miasteczku na kawę i lody oraz hamburgera. Wjeżdża

Park Narodowy Bryce

my na Interstate Higway – możemy jechać bardzo szybko. Drogą wiedzie przez wspaniałe krajobrazy. Zatrzymujemy się na chwilę, aby je podziwiać. Wreszcie docieramy do Moab do naszego hotelu. Dostajemy rozkładane łóżko dla Teosia. Po rozpakowaniu się jedziemy do miasta, aby zjeść. W wybranych przez nas restauracjach trzeba czekać, więc idziemy do innej. Całkiem dobre jedzenie, ale nie tanio -razem z lodami dla Teosia płacimy około 50$ + napiwek.
18.06.2014. Jedziemy do Rotary Park – znaleziony w Internecie, gdzie jest podobno plac zabaw. Są tam dwa place zabaw – jeden normalny, a drugi z różnymi instrumentami muzycznymi. Teosiowi się tam podoba, nie chce wychodzić. Potem jedziemy do centrum miasta – obchodzimy sklepy – nic ciekawego, kupuję dwie gwiazdy szeryfa na prezent. Jedziemy do Parku Narodowego Arches. Oglądamy najpierw Park Avenue – wspaniałą aleję ze skał, a potem kolejne łuki. Niestety przy łukach Windows,  Teoś dostaje histerii, płacze itp. Potem zasypia. Gdy śpi oglądamy jeszcze Sand Dune Arch i z daleka Delicate Arch ( niestety światło jest z drugiej strony ). Widoki są naprawdę wspaniałe, robię jeszcze trochę zdjęć przy popołudniowym słońcu, ale ze względu na Teosia postanawiamy wracać do miasta. Jedziemy do Moab Brewery – mikrobrowaru, baru ( tylko dla osób powyżej 21 lat ) i restauracji. Jedzenie i piwo smaczne,

Park Narodowy Arches – Windows

porcje duże, ceny nie za wysokie – nic dziwnego, że musimy czekać na wejście Płacimy około 40$ + napiwek.
19.06.2014 Odwożę Olę i Teosia do parku miejskiego, na plac zabaw. Ola sprawdza, ze obok znajduje się basen, na którym jest także specjalny basenik dla dzieci. Wejście dla dorosłych 7$, a dla dzieci 5$, dla Teosia trzeba założyć specjalne pieluchy. Ja jadę zwiedzać parki narodowe. Najpierw jadę do parku Canyonland. Wjazd na drogę znajduję się niedaleko Moab. Sama droga prowadzi przez pustkowia i pastwiska, jest nawet ostrzeżenie, że nie ma tam możliwości kupienia ani wody, ani jedzenia, ani paliwa. Wjeżdżam do parku i jadę od razu na sam kraniec parku do punktu widokowego. Idę łatwą ścieżką. Widoki na kaniony rzek Colorado i Green River są niesamowite i ustępujące chyba rzeczywiście tylko Wielkiemu Kanionowi. Następnie podjeżdżam jeszcze na inne miejsce i podchodzę chwilkę trasą na punkt widokowy z którego oglądam potężny krater – są różne teorie na temat jego pochodzenia ( meteoryt czy naturalne procesy geologiczne ). Wracając do Visitors Center zatrzymuję się na chwilkę w punkcie widokowym na kanion. Jednak widok jest tak ciekawy ( potężny kanion i szutrowa droga zjazdowa ), że schodzę niżej, aby zrobić parę zdjęć. Na koniec wstępuję jeszcze do Visitors Center, gdzie kupuję parę drobiazgów na prezenty. Po wyjechaniu z Parku Narodowego jadę do Parku Stanowego Dead Horse Point. Wjazd kosztu

Park Stanowy Dead Horse Point

je mnie 10$ ( za samochód, nie obowiązuje tu Annual Pass ). Wszystko zorganizowane jest tutaj podobnie, jak w parkach narodowych. Głównym punktem widokowym jest tutaj Dead Horse Point. Roztacza się z niego jeden z najlepszych widoków, jakie miałem okazję zobaczyć w czasie tej podróży. Z punktu widokowego wiodą liczne ścieżki piesze i rowerowe, ale z powodu braku czasu, muszę wracać do hotelu. Teosiowi bardzo podobało się na basenie. Jedziemy na kolację do Moab Brewery
20.06.2014 Wstajemy dość wcześnie, pakujemy się i ruszamy w drogę. Dojeżdżamy do Interstate Higway, a potem cały czas jedziemy nią w stronę Denver. Zatrzymujemy się kilkakrotnie na odpoczynek, np. w Mc Donald`s, gdzie Teoś korzysta z pokoju zabaw, czy na Rest Area ( fajnie zorganizowane ).  Widzimy młodych ludzi jadących na tyle ogromnego pickupa. W kilku miejscach na drodze są remonty – zwężenia, spore ograniczenia prędkości i przez wiele mil żadnych oznak robót. Przed Denver jedziemy przez długi tunel, drugi jest rozbudowywany i musimy go objeżdżać. Gdy zatrzymujemy się na chwilkę na punkcie widokowym, widzimy zabytkowy pociąg jadący  wzdłuż rzeki, podobny do tego, którym jechaliśmy na trasie Durango – Silverton. Dojeżdżamy do hotelu. Ola chce skorzystać z hotelowego basenu, ale decydujemy się pojechać najpierw do miasta. Po rozmowie z panem w hotelu decydujemy się to zrobić własnym samochodem ( szybciej niż komunikacją publiczną, która wymaga przesiadek ). Jedziemy autostradą, a następnie wjeżdżamy do centrum i szukamy miejsca do zaparkowania. Wszystkie są płatne i to dość słono. W końcu parkujemy w takim miejscu, gdzie płaci się 12$ za cały piątkowy wieczór – nie chce się już nam szukać niczego innego. Idziemy na plac zabaw ( znaleziony wcześniej w Internecie ). Nie jest za duży, ale Teosiowi się podoba. Idziemy do włoskiej restauracji w centrum. Niestety nie jest to najlepszy wybór. Jedzenie jest co prawda bardzo smaczne, ale porcje są małe ( a już się przyzwyczailiśmy do amerykańskiej wielkości porcji ), a ceny wysokie. Wstępujemy jeszcze do sklepiku z różnymi słodyczami, gdzie Teoś wybiera samochodzik ( z napędem ! ) wypełniony żelkami za niecałe 3$.  Podjeżdżamy jeszcze pod budynek kongresu stanowego, aby go zobaczyć i wracamy do hotelu. Nawigacja prowadzi nas przez jakieś slumsowa te okolice, ale szczęśliwie docieramy do autostrady i naszego hotelu.
21.06.2014 Jedziemy na lotnisko – na miejsce, gdzie oddaje się samochód docieramy bez większych przeszkód, tą samą autostradą, którą dotarliśmy do Denver. Zabieramy wszystko z samochodu  i autobus zawozi nas do terminala. Przy oddawaniu bagaży jest trochę bałaganu, musimy coś drukować, choć mamy już check-in zrobiony . Biedne panie z obsługi same muszą przenosić nasze walizki na taśmę. Kontrola bezpieczeństwa również przebiega całkiem sprawnie – nie musimy zdejmować butów, ani wyjmować netbooka i tabletów z plecaka, nie do końca rozumiem dlaczego. Załadunek do samolotu przebiega sprawnie, jako rodzina z dzieckiem możemy wejść wcześniej. Lecimy liniami Frontier – tutaj cale jedzenie jest płatne, więc jemy tylko rzeczy wniesione na po

Nowy Jork – widok z Top Of The World

kład. Podróż przebiega sparwnie. Lądujemy na lotnisku La Guardia w Nowym Jorku. Niestety na lotnisku panuje spory bałagan – źle podają nam pas do odbioru bagażu ( mylą z innym lotem ), co powoduje, że trwa dość długo, zanim opuszczamy lotnisko. Z lotniska do hotelu ( tan sam, co na początku naszego pobytu Best Western) jedziemy taksówką. Pan taksówkarz ( hinduskiego pochodzenia ) był w Polsce kiedyś, dość miło sobie rozmawiamy.  Po dotarciu do hotelu i rozpakowaniu się jedziemy metrem na Manhattan. Idziemy do Rockefeller Center, gdzie wjeżdżamy na taras widokowy „Top Of The World”. Na dole robią nam zdjęcia – można je potem wykupić, ale po dość wysokich cenach. Widoki są z góry są super, zwłaszcza zielona plama Central Parku w morzu wieżowców robi wrażenie. Zjeżdżamy na dół, w podziemiach zwiedzamy jakiś sklep. Gdy

Nowy Jork – pomnik ofiar 11-09

Teoś zaczyna się bawić jakimś przedmiotem pani z obsługi podbiega do nas i prosi aby się nie bawił, bo ten przedmiot jest ciężki i coś by mogło się stać dziecku.
22.06.2014 Ostatni dzień naszego pobytu w USA. Rano, po śniadaniu, wymeldowujemy się, zostawiamy nasze bagaże w  na recepcji ( a właściwie w jednym z pokoi ) i zamawiamy taksówkę na po południe na lotnisko JFK. Jedziemy metrem w okolice Wall Street, przechodzimy min do „Ground Zero” ( wspaniałe upamiętnienie tragedii z 11.09 i remiza strażacka z tablicą upamiętniającą strażaków, którzy zginęli w czasie akcji w dwóch wieżach ) i trochę chodzimy po Manhattanie. Na koniec idziemy do MoMA, gdzie Teoś wywołuje popłoch u pana z ochrony dotykając obrazu „Panny z AwinionuPicassa. Wracamy do hotelu i jedziemy taksówką na lotnisko. Podróż powrotna do domu przebiega bez problemów. Na lotnisku w Londynie okropnie długa kontrola bezpieczeństwa ( nowy system ) i bardzo fajne miejsce odpoczynku dla dzieci.

 

Do zobaczenia USA !